Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 22 października 2012

29.12.2010 „Czas zamknąć te drzwi…”


29.12.2010 „Czas zamknąć te drzwi…”

            To był długi i ciężki tydzień. Nie było lekko. Dalej nękają mnie koszmary. Nic nie mogę z tym zrobić, ale nie mówię nic ziomkom bo i tak mają dużo na głowie.
            Teraz jesteśmy wszyscy u Puca… Jest chwila żeby zebrać myśli i to wszystko do kupy. „Bastion bez strat, wszyscy cali. Już nigdy nie będzie tak samo” nadałem wczoraj te słowa do Puca około 17:00, w okolicy szkoły „dwójki”, kiedy zaczęło się już ściemniać. Pucu nie miał żadnych sprzeciwów co do naszej obecności w jego bazie… I całe szczęście.

Sześć dni wcześniej:
            Nie wracaliśmy tego dnia do kwestii napotkanych ludzi i problemów z nimi. Jednak byłem świadomy, że prędzej czy później na pewno dojdzie do jakiejś spiny z nimi. Ale o tym później.
            Koło południa ktoś odezwał się na radiu, to Kolonia. Szefu naciskał żebyśmy przyjechali do ich bazy, miał jakąś sprawę do nas. Więc zebraliśmy trochę rzeczy i pojechaliśmy. Po drodze umówiony znak z Pucem, wszystko w porządku.
            Po kilkunastu minutach, ja, Vi, Misiek i Beny byliśmy pod ogrodzeniem Kolonii. Szybki chciał jak zwykle zostać sam w Bastionie. Nie wiem czemu, ale jakoś nie lubił wychodzić bez konkretnego powodu.
            Ludzie kręcili się po podwórzu i wykonywali jakieś drobne prace. W większości bezsensowne. Wszyscy ucieszyli się na nasz widok. Szanowali nas. Czułem się troszkę jak bohater, chłopaki pewnie też, ale starałem się nie myśleć w takich kategoriach. Tu niby bohaterski czyn, a potem spina z tymi kmiotami od Małej Mi, trochę mnie to dołowało i jednocześnie czułem niedosyt, że nie zamknęliśmy za sobą tych drzwi. Ale Vi zluzował, chłopaki też i byliśmy już inaczej nastawieni na kontakt z nią i resztą. Okazało się, że jeden gostek z jej zacnego grona umarł w wyniku pobicia. Drugi przeżył, o dziwo! Nie pamiętam już kto kogo lał… Pamiętam tylko wściekłość Viego jak chciał skończyć z MM – Małą Mi.
            Wziąłem z naszych zapasów trochę słodyczy dla dzieciaków z Kolonii. Dobrze wspominałem filmy z Afganistanu jak nasi żołnierze rozdawali dzieciakom jakieś smakołyki czy wodę, a te cieszyły się, jak na dzieci przystało. Vi poszedł pogadać z szefem, Beny razem z nimi. Misiek też zgarnął kilka rzeczy dla dzieci. Radocha, to słabe określenie.
- Co do kur… - powiedziałem po jakimś czasie do Miśka i wskazałem mu nadchodzącą gromadę. Szli do nas Vi, Beny, Szef i MM.
- Co jest? – zapytałem, kierując swoje pytanie do wszystkich, nie ukrywałem swojego zażenowania ze spotkania z MM.
- Jest problem panowie, liczę na was… - zaczął Szefu.
- Jasne, kurwa… - odpowiedziałem, już się domyślałem co się święci…
- Dżej Dżej ludzie ją tu chcą zlinczować, podreperowała zdrowie, będzie w Bastionie jako pomocnik od brudnej roboty – powiedział Vi – W końcu ją przymusili, no i tak jakoś wyszło – dodał nie chętnie – Ale zagłosujmy, nie będę tu sam decydował, kto za? – Beny, Vi i Misiek podnieśli ręce – Kto przeciw? – zapytał ponownie.
- Jak to kto, ja kurwa! Pojebało was? Na chuj nam oni potrzebni? Brzydzicie się gówno palić w beczce? – powiedziałem i poszedłem do auta.
            Cała droga powrotna była w nieźle zatrutej atmosferze. Nie wiem czemu Vi dał się do nich przekonać. Nie umiałem sobie tego wytłumaczyć.
- Wysiadam u Puca, jutro wrócę – powiedziałem koło kościoła i wyskoczyłem z Vandury. Byłem podkurwiony i poszedłem chodnikiem jak by był zwykły dzień. Sztywniaków nie było widać w okolicy. Pomachałem zdziwionemu Pucowi, który czaił się na dachu. Otworzył mi drzwi.
            Opowiedziałem mu po krótce co i jak. Powiedział mi pewne zdanie, które rozjebało mnie na łopatki, ale to zacytuję przy okazji, pewnej, dalszej… Tego wieczoru Pucu zapewnił mnie, że w razie czego, jeśli zabraknie dla mnie miejsca w Bastionie, to tu jest jego dużo i spokojnie mogę na niego liczyć. Wtedy uznałem, że Pucu nieco przesadził…

Pięć dni wcześniej:
            Wykąpałem się wieczór wcześniej i trochę pilnowałem jego obejścia. Pucu spał jak kamień. I dobrze. Miałem trochę czasu na zebranie myśli. W nocy skorzystałem z okazji i pogadałem przez radio z Szybkim. Kumpel też wyraził swoje niezadowolenie co do przyjazdu MM i tego dupka, którego imienia zapomniałem, ale doradził mi żeby ta sytuacja nie wpłynęła na nas negatywnie. Szkoda Bastionu dla jednej MM. Liczyłem w głębi duszy, że to wszystko samo jebnie i  uznałem, że ma rację i nie będę po powrocie fikał do ziomków skoro wyrazili zgodę na jej przyjazd. Demokracja, jak sam skurwesyn. Miałem tego dnia wracać do Bastionu.
            Vi dał cynk na radiu, że są już znaczne ubytki w zapasach żywności i warto byłoby skoczyć do Biedy tak, jak jakiś czas temu. Na samą myśl zrobiło mi się ciepło.
- Czekam na info, jak będziecie do mnie dojeżdżać to wyskoczę do was – powiedziałem przez radio i jakieś pół godziny później wyszedłem z bazy Puca. Wcześniej wypytałem go jak tam jego zapasy. Odpowiedział, że ma pod dostatkiem wszystkiego, a ostatnio jeszcze natrafił na spiżarnię księży w podziemiach i ma jeden problem z głowy.
            To mnie trochę uspokoiło bo już następnego dnia po spotkaniu z Pucem doszliśmy do wniosku, że jego załoga to nasz priorytet w razie czego. Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na schronienie u niego i on wiedział, że może liczyć na nas.
            Po wyjściu przez tajne metalowe drzwi wskoczyłem do Vandury.
- Masz swoją klamkę Dżej? – spytał Vi.
- Mam, a co?
- Nic nic tak pytam.
- Rozumiem, że Beny został z Szybkim, mamy z nimi kontakt na radiu? – nie zwracałem uwagi na MM. Traktowałem ją jak powietrze, takie które ma zabójczą przeszłość.
- Spokojnie, od rana obserwowaliśmy sztywnych, naszym zdaniem są teraz całkiem po drugiej stronie miasta, widzieliśmy jak przesuwali się w kierunku Mickiewicza. Będzie git.
- Kto ubezpiecza z zewnątrz? – spytałem już w celu obadania planu wejścia i wyjścia ze sklepu.
- Ja z Miśkiem na szybkości sprawdzimy czy w środku jest czysto. Parkujemy pod tymi drzwiami z boku sklepu, tam gdzie wtedy była ewakuacja. Jak będzie coś to czyścimy w miarę możliwości. Jak skończymy przyjdziemy po was.
- Kto czatuje w aucie? – spytałem.
- MM zostanie, my szybko zrzucimy żarcie i spadamy – odpowiedział niepewnie Vi.
- A w razie czego damy radę wrócić z buta?
- Jak z buta?
- No na przykład jak MM znowu nas walnie w rogi i pojedzie sobie do „Czechosłowacji’ naszą Vandurą, a my się zesramy w środku?
- Nie musisz się, kurwa, bać Dżej Dżej – zagadnęła nagle MM jak by była na równi z nami.
- Z tobą nie rozmawiam, zamknij się – powiedziałem do MM i dodałem do reszty – MM wchodzi na pierwszy rzut z maczetą do środka. Miała być od czarnej roboty nie? Dwójka z nas obstawia drzwi a ona robi spacerek po sklepie. Jeden obserwuje z auta otocznie, może być z dachu. Co wy na to?
            MM się zdegustowała. Myślała, że wskoczy do nowego towarzystwa na gotowe i nic nie będzie musiała robić. A gówno!
- Jak ci się coś nie podoba to wysiadaj - dodałem widząc jej minę.
- To ja z nią wejdę, a wy się jakoś dogadacie – uciął Vi. Odpowiadało mi takie rozwiązanie. Chodziło mi żeby postawić jak najwięcej na swoim i pokazać tej gnidzie małej, żeby sobie nie myślała.
            Zajechaliśmy pod Biedę. Vi za pasek w spodniach wsadził sobie klamkę. W drugiej ręce trzymał maczetę. Powiedziałem Miśkowi, że będę ich ubezpieczał w drzwiach. Ten miał zostać w aucie. Vi uchylił drzwi i zerknął w ich obrębie czy czysto. Weszli oboje, policzyłem to piętnastu i też wszedłem. Widziałem jak lawirują między półkami. Trzeba było się wspomóc latarkami. Widziałem przesuwające się światło. Po chwili pisk MM i głuche uderzenie. Vi krzyknął mi, że był jeden i już jest czysto. Przekazałem Miśkowi, a ten na radiu podał info. Szybko przeparkował Vandurę tak, że prosto z drzwi przyjmował towary do auta i układał je z tyłu.
            W pośpiechu ładowaliśmy konserwy i inne rzeczy łącznie z wodą. Zrobiłem kilka dodatkowych kursów po mąkę dla Puca. Do worka zrzucałem batony i inne słodycze czy gumy do rzucia. Obrabiałem kasy z produktów. Kasy nie tykałem bo po co. Nie wygodne to do podcierania. Wolałem taśmę kwiatową. Lepsza. Po chwili dobił do mnie Vi i zaczął do drugiego wora zgarniać tabletki i fajki.
- Dobry pomysł ziom – powiedziałem kiedy zrównał się ze mną i po chwili razem kroiliśmy – Dawaj po jednym, za oknami czyściocha. Gdzie MM?
- Kręci się i jakieś babskie rzeczy zgarnia. Wiesz…
- Wiem, kurwa, jak ją widzisz?
- Noo widzę ją…
- Jeden wybryk i pod ścianę kurwa!
- Spokojnie stary, mi tez się udzieliło, ale jakoś to sobie wytłumaczyłem, damy radę. Zobaczysz, że będzie pożyteczna.
- Ta, użyteczna, to weź jeszcze to spakuj, w razie czego – i rzuciłem mu małe pudełeczka kartonowe.
- O dobry pomysł – powiedział i zaśmiał się.
- Pakujmy się i spadajmy stąd.
            Po chwili wrzuciliśmy worki na pakę. Kiedy mieliśmy już ruszać na radyjku odezwał się Beny:
- Na Krakowskiej pojawiła się grupa i przemieszcza się w stronę ronda, poczekajcie tam parę minut, powinni rozejść się pedały.
- Przyjąłem – odpowiedział Vi – To co po papierosku?
- Szybki prosił żeby nie palić w aucie – powiedziałem i zaśmiałem się. Chłopaki i MM zaczęli się śmiać.
            Po chwili grupa sztywnych pokazała się koło stacji benzynowej. Nawet nie zakręcaliśmy okien.
- Przejdą? – spytał Misiek i pstryknął petem przez okno.
- Przejdą, a jak nie to będą leżeć – odpowiedział Vi.
            Przeszli. Po chwili Vi odpalił silnik i ruszyliśmy do Bastionu.
            Beny z Szybkim czekali na łupy. Wyładowaliśmy szybko Vandurę i schroniliśmy się w ciepłym Bastionie. Wyjątkowo spokojnie było.

Cztery dni wcześniej:
            Miałem nocną wartę. Wziąłem paczkę fajek, piersiówkę czystej i poszedłem na dach. Ekipa szykowała się do spania.
            Po jakiejś godzinie wskoczył do mnie na górę Vi, z takim samym zestawem grzewczym.
- Jak nastroje?
- Chujowo – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Czemu?
- Mamy kreta w Bastionie a ty jesteś ślepy.
- Jakiego kreta… aaaaa! – skapnął się w końcu o co mi chodzi – Nooo obserwuję ją, każdy jej ruch.
-Aaaa nie pierdol, będzie dobrze. Z czasem będzie co raz lepiej. Jakoś się ułoży a i pomocnik się nada.
- Ta pomocnik, jak na razie to i tak się ciągnie za nami, choćby dziś w Biedzie - powiedziałem.
- Spokojnie, Dżej Dżej, mam ją na oku i nic nam nie grozi. Na noc ja zamykam ją  w mieszkaniu obok. Zastawiłem ją szpadlem Benego. W razie czego usłyszę.  Z trzeciego piętra nie wyskoczy.
- Ostatnio też byli zamknięci a jakoś wypełzła stamtąd. Dobra, ale powiedz Benemu gdzie jest jego szpadel bo go szukał ostatnio - dodałem.
- Ty jak zawsze szukasz dziury w całym.
- Dziury w dupie szukam, a nie w całym. Bastion oberwał już konkretnie. Straciliśmy trzech ludzi. W tym Czarną z winy MM. Nie widzisz jak ostro z nami gra i chce się wrkęcić w towarzystwo. Już chyba zapomniała co się ostatnio stało. Jak by nigdy nic. Dobrą miejscówkę sobie znalazła i teraz się z nas śmieje. Jeszcze by brakowało, żebyś dał jej mieszkanie Czarnej, kurwa mać.
- Nie prawda - powiedział niepewnie Vi - A z resztą, jest nas coraz mniej. Potrzebujemy kogoś nowego. Jak tak będziemy rozpamiętywać to nigdy się nie rozwiniemy tylko polecimy w pizdu. I nie pierdol mi tu o Czarnej!
- Oby moje słowa obróciły się w gówno, ale mam złe przeczucia, kurwa złe - powiedziałęm z obawą w głosie.
- A kiedy miałeś dobre? - spytał mnie Vi i zapadła głucha cisza.
Pociągnąłem solidny łyk z piersiówki i odpaliłem papierosa. Spłunąłem siarczystą flegmą na Krakowską.
- Jak dla mnie to teraz nas podsłuchuje, przy oknie - dodałem.
- Oj Dżej Dżej, tak mnie wkurwia ten twój wzrok, że ja pierdolę - powiedział już zmęczony Vi.
- Przed przybyciem MM do Bastionu cię nie wkurwiał...
- Dobra idę spać, będzie git, zobaczysz - pstryknął petem na dziedziniec Bastionu, a pustą piersiówkę rzucił na Krakowską.

Trzy dni wcześniej:
            Nad ranem poszedłem po Benego na zmianę, powiedziałem mu gdzie jest jego szpadel. Podszedł i pogłąskał go czule i powiedział pod nosem: "Nie jedną głowę ściąłeś!" i poszedł na dach. Ja szybko skoczyłęm w kimę.
            Kilka godzin później chłopaki krzątali się po mieszkaniu i zajmowali się czymś. Ktoś ostrzył maczetę, ktoś zajadał konserwę nożem. Po kuchni walały się puste puszki po piwie i paczki po fajkach. Było dysyć nakopcone w mieszkaniu. Otworzyłem okno i zacząłem wietrzyć.
- Co mamy w planie dziś? - spytałem Viego i Miśka przy stole.
- Nie wiem, „rzyt” się świeci w Vandurze, przydało by się dotankować nieco, bo możemy się zesrać w razie czego - odpowiedział Vi i dodał  - Asz, pojeździłbym moją kropą, biedna stoi sobie dalej koło gazowni.
- Ktoś ostatnio liczył amunicję i robił przegląd broni?- spytał Misiek.
- Ja nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, Vi też zparzeczył.
- Czarna się tym zajmowała - dodał Vi - To co robimy przegląd? Trzeba byłoby Onyksy wyczyścić, już kilka dni nie było na to czasu.
- Dawajcie, idziemy - odpowiedziałem i  poszliśmy do mieszkania Czarnej. Wciąż nią tam pachniało...
             W mieszkaniu Czarnej, w jednym z pokoi stała masywna szafa, w której znajdowałą się broń. Amunicja była poukładana, do każdego rodzaju broni inne pudełko, magazynki osobno i tak dalej.
- O w mordę - powiedział po chwili Vi - malutko. Nie oszczędzaliśmy ostatnio.
- Może coś zostało w Kolonii? - spytał Misiek.
- Nie, gadałem ostatnio o tym z Szefem - mówił Vi - Wspominał, że została im już ostatnia taśma do maszynowej. Dla każdego zostaje - mówił wolno Vi i liczył - po jednym magazynku do krótkiej i cztery magazynki do Onyksów. Ja pierdolę, tu był cały arsenał.
- Dużo wywaliłeś z Benym, wtedy pod bankiem - powiedziałem - ale trzeba było.
- No racja, ale żeby aż tyle?
- Musimy oszczędzać - powiedziałem - Tylko w ostateczności i pewny strzał. Jeden pocisk jeden sztywny, a najlepiej sprinter.
- Dobra powiem reszcie o tym. Aaa bym zapomniał  zostawiam tu P99 Czarnej i awaryjny magazynek. Do ruszenia tylko w ostateczności, gdyby nas tu odcięli albo coś.
- Pięć kul, żywcem nas nie wezmą - dodałem.
- Nie wezmą - pod nosem powtórzył Vi.
            Kilka godzin później omawialiśmy wypad po benzynę.
            Zacząłem, okazjonalnie, zawsze to była robota Viego.
- MM i ten dupek, biorą kanistry i na Zamkowej obskoczą samochody. Raz albo dwa razy, jeden z naszych ubezpiecza z dachu, jeden przy bramie i wystarczy. Reszta na papieroska może iść.
- Mało ich, za słaba osłona Dżej, my wychodzimy bardziej kryci. Ona nie da rady z dwudziesto litrowym kanistrem. Co ty zwriowałeś? - odpowiedział Vi i w tym momencie dwójka nowych weszła do kuchni. Chłopaki zamilki, nie chcieli mówić o nich przy nich. Ja kontynuowałem.
- Miała tu być od czarnej roboty to jest. Dmuchanie w rurkę to nie jest przyjemna zajęcie, a nosić się nauczy.
- Ta i może jeszcze bez osłony w biały dzień ich wypuścisz? - spytał Vi - Weź już daj spokój Dżej bo to się robi nudne. Zostaw ją w spokoju. To jest kobieta i dźwigać nie będzie za nas. Tu też jest sporo do roboty.
Cisza. Nagle MM zaczęła.
-  Ja dziś nie wychodzę, wczoraj byłam, kurwa, reszta też może wyjść - powiedziała z przekąsem.
            Wkurwiłem się takim tekstem. Nie raz nie dwa się wychodziło za bramę za kolegę, za bramę dla kolegi bo gdzieś zaginął - powiedziałem, były takie przypadki, choćby wyskok w kanały, do Kolonii. A ta mi z takim tekstem wyjeżdża.
- Jak będzie potrzeba to i co godzinę będziesz wypierdalać za bramę. Nie zapominaj, że jesteś tu gościem. Jeśli ci się coś nie podoba to ci zaraz otworzę bramę i wypad stąd. A ty też masz swoje zdanie? - spytałem gostka, ten spuścił głowę i pokręcił przecząco - Widzisz tak się zachowuje gość. Nie dasz rady? Spoko nie idziesz, jak masz zły dzień narażasz innych na ścierwo. Do tej pory każdy by poszedł za każdego, na wyraźną prośbę, a nie z pretensjami. Ja pierdolę. Weźcie ją stąd bo nie ręczę za siebie - wyszła.
- Kurwa Dżej Dżej spokojnie, wyluzuj trochę, wdroży się - powiedział Vi.
- Zesra się a nie wdroży - odpowiedziałem - Kurwa ile można tego słuchać. Może jeszcze śniadanie do łóżka.
            Po chwili ciszy Vi zaczął od nowa.
- We trójkę pójdziemy po kropkę. Zatankujemy ją do pełna i zbierzemy trochę opału do Vandury. Co wy na to?
- Ja idę - powiedział Szybki.
- I ja pójdę, tylko Misiek, Beny, pilnujcie wiecie kogo - dodałem.
            Po jakims krótkim czasie wytaszczyliśmy po kanistrze na Zamkową. Beny osłaniał nas z dachu. Przygotował wyjście. Było czysto i bezpiecznie.
- Ile benzyny zostało w kropce? - spytałem po drodze Viego.
- Opary, trzeba wcześniej dolać.
            Plan był prosty. Szybko spuszczamy benzynę, z jakiegoś auta i podlewamy kropkę, żeby w razie czego szybko nią odjechać. A potem spokojnie zbieramy co się da, zalewamy ją do końca i zapas bierzemy do Vandury. Szybki miał obserwować rejon targu czy wszystko w porządku. Było mgliście. Tego popołudnia.
            Łomem wywarzaliśmy kolejne klapki do baków. W końcu znaleźliśmy ropniaka. Vi wpakował rurkę do jakiejś osobówki i zaczął zbierać benzynę do kropy. Po jakimś czasie, nie wiem ile dokładnie bo straciłem rachubę na powierzchni, kropka dostała jeść i Vi sprawdził czy silnik działa. Zaskoczył.
- Działa! - krzyknął z auta - Nigdy mnie nie zawiodła i teraz też nie!
- Zajebiście stary! - krzyknął Szybki - Ale potem sobie zfapiesz, zmiana?
- Tak zmień się ze mną bo już mi nie dobrze - powiedział Vi.
            Szybki na momencie zaczął spuszczać ropę do kanistra. Po chwili było słychać bażanta Viego.
- Kurwa mać! - krzyknął kiedy doskoczył do nas - Szybki ile masz?
- Dwa.
-  Spora grupa nadchodzi, spierdalamy?
- Spadamy, Beny, tu Dżej Dżej, idzie do nas spora grupka, spadamy stąd, przygotujcie bramę - powiedziałem przez radio.
- Minuta, elo - odpowiedział.
- Wskakujcie szybko - krzyknął Vi.
            Szybki wcisnął się do tyłu, ja na pasażera. Zamknąłem drzwi. Vi wsadził kluczyk i zakręcił silnik. Nie odpalił.
- Szybko jeszcze raz - powiedziałem.
- Robie przecież - odpowiedział jeszcze spokojnie, zakręcił drugi raz. Nie zaskoczyła. Przekrećił kluczyk, wyłączył zapłon i próbował trzeci. Przy tej próbie zaczął już piłować kropę - Ja pierdolę, ty suko, pal! - krzyknął i silnik zaczął bulgotać. Wbił wsteczny i zaczął cofać. Dobrze, że wcześniej przestawił ją tak, że mógł swobodnie jechać bo stała przecież za nami terenówka Czarnej. Na wysokości stacji benzynowej horda wytoczyła się na jezdnię.
- Spokojnie zdążymy - powiedziałem i uspokoiłem się. Było już luźno, wyjąłem z kieszeni paczkę i odpaliłem peta.
- Zgaś, w kropie nie palimy - powiedział Vi.
- Kurwa świat się kończy, a w kropie palić nie można - powiedziałem dla żartu.
- Patrz ile benzyny w bagażniku, jak to pierdolnie… - powiedział Szybki.
            Peta wyrzuciłem na jezdnię. Chłopaki czekali już na nas przy bramie. Wszyscy poklepali kropkę. Poprawiła mi humor. Przypomniala dawne czasy.
            Chłopaki pytali czy było ciężko. Nie było źle. Bywały gorsze wypady.
- Szkoda, że nie ma Homera z nami bo by mi podrasował kropkę i fajnie ją pomalował - powiedział Vi.
- Noooo miał fioła na tym punkcie, jakiś zderzaka z terenówki - dodałem - Albo piły mechaniczne z przodu do cięcia ścierwa . Beny, Misiek, upilnowana? - spytałem.
- Tak, spoko Dżej - odpowiezdiał Misiek.
- To co oblewamy nową furę? - spytał Szybki.
- No chlapnął bym co nieco panowie - powiedział Vi.
            Tego wieczoru złamaliśmy zasady i popiliśmy troszkę. Dużo zeszło na wspominanie. Niby tylko samochód, ale dodał nam otuchy i dobrych mysli. Morale też jest ważne. W grilu rozpalilismy ogień i grzaliśmy mielonki z puszek i inne konserwy. Chciałem zrobić jakiś ruszcik, ale Misiek się uparł żeby wrzucić fasolę do ognia.
- Nie dawaj jej tam, jak ją potem wyjmę? - spytałem go, już zfazowany.
- Ee tam jakoś damy radę stary - odpowiedział.
            Po kilku minutach obserwowaliśmy puszkę, która zaczęła pęcznieć od gorąca.
- Kurwa mać zaraz wybuchnie! Misiek podaj mi jakiś dłuższy pogrzebacz, nie mogę jej złapać! - krzyknąłem.
- Ty patrz jak wybrzusza! - krzyknął i rozległa się eksplozja. BUUM!
Wszyscy odskoczyli. Na ścianach pojawiła się fasola. Wszyscy w śmiech. „Jak pierdolnęło!” krzyczał Misiek. Trwało to chwilę, ale szybko daliśmy sobie spokój z polewką, bo nie mogliśmy się tak drzeć.
- Dawajcie, kurwa na sztywnych! - gadał Vi, był nieźle porobiony.
- Jutro, tylko maczety weźmiemy i zrobimy polowanie! - dodał Beny.
            Godzinę później zamknęliśmy drzwi na dziedziniec. Próbowałem pomóc Viemu, ale ten się uparł, że jeszcze sprawdzi obejście czy wszystkie drzwi zaryglowane. Zostawiłem go i poszedłem.

Dwa dni wczesniej:
            Wstaliśmy około ósmej rano.
- Gdzie Vi? - spytałem chłopaków. Nikt nie wiedział. Poderwaliśmy się i wpadamy do niego do pokoju. Nie było go.
- Poszedl gdzieś? - spytałem.
- Gdzie? Może na dole został wczoraj - powiedział Beny.
Zbiegamy na dół, a biedaczysko na pierwszym piętrze zwinęło się w kłębek i śpi jak suseł.
- Kurwa jak by tak sforsowali bramę rano to by go po pijaku zeżarli - powiedział Szybki.
- Vi wstawaj! - krzyknął Misiek. Vi otworzył oczy i zaczął bełkotać.
- Zabezpieczyć teren! - krzyknął i wszyscy w śmiech. Rozbudził się całkiem i już zapomniał co gadał.
            Znowu śmiech. Siedlismy na schodach i zapaliliśmy po papierosie.
- Ale mnie suszy, macie coś? - spytał Vi.
- Zaraz na górze dostaniesz - powiedziałem - Aleśmy pobalowali…
- Moja kropka - westchnął Vi - Moja kropka.
            Beny skoczył chwilę potem na dach obczaić czy wszystko gra. Ten to ma łeb. Nadźgał się tak wczoraj, a od rana gania jak pojebany. Ja to zawsze zdycham. W ruch poszły kiszeniaki. Mieliśmy jeszcze kilka słoików.
            Ciągle przyglądałem się MM i temu typkowi. Analizowałem każdy ich ruch. Kojarzyłem wszystko co robili łącznie ze sraniem. Jeśli wychodzili gdzieś, w obrębie Bastionu oczywiście, to zastanawiałem się co robią, co jedzą, co ubierają. Wszystko, wszystko, wszystko, co tylko się dało. Czekałem na małe potknięcie, jakąs poszlakę, żeby wyjebać ich od nas. Uważałem, że dobrze się maskowali. Vi był już bardziej z nimi zrzyty, rozmawiał i takie tam. Zbliżył się do MM, Misiek też. Świrowali pawiana, jej też się to podobało, ale wiedziała, że ze mną nie ma żartów i unikała mnie. Ja udawałem, że mam na nią wyjebkę, ale w rzeczywistości była prześwietlana. Ten gostek zachowywał się bardziej, że tak to określę, wdzięcznie. Pytał czy może coś zjeść, co ma robić. Ona za to robiła co chciała, zamykała się u siebie i takie tam. Zastanawiałem się co. Nie ufałem jej. Tyle.

Dzień „zero” (29.12.2010):
            Objąłem nocną wartę. Pogadałem z Pucem. Wszystko u niego w jak najlepszym porządku. Prosił o dwa dni zluzowania. Obiecalem mu, że ktoś od nas się zjawi u niego tego dnia na wsparcie. Podziękował. Znowu będzie spał dwadzieścia godzin. I nam się przyda wypad do niego. Zawsze to ciepła kąpiel. Lepsza od dobrego żarcia.
            Miałem ze sobą nocny zestaw grzejący. Podobnie jak kilka dni wcześniej dobił do mnie Vi. Pogadaliśmy, spalilismy po papierosku.
- Jak tam nastroje?
- Bez zmian, ale już nie mam agresora. Tylko dalej mam złe przeczucie. - odpowiedziałem - Miej dziś w nocy włączone radio w pokoju, jak coś to cię obudzę ziom.
- Ale o co biega?
- Nie wiem jeszcze, jak się dowiem to ci powiem, ok.?
- No dobra, nie wiem co kombiunujesz, ale dobra - odpowiedział i poszedł do siebie.
            Kilka godzin później usłyszałem skrzypiące drzwi wewnątrz Bastionu. Ktoś wyłaził.. Niby nic dziwnego, ale nikt z naszych nie skradał się nigdy. Schody wydawaly charakterystyczny dźwięk. Coś było nie tak. Nadałem na radiu do Viego. Mowił, że nic nie słyszał. Kazałem mu się ubrać i naszykować.
- Brać klamkę? - spytał już na poważnie.
- Bierz - odpowiedziałem i sprawdzilem czy w moim pistolecie są naboje w magazynku - Za trzy minuty u ciebie.
            Po chwili zakradłem się pod jego drzwi i zastukałem umowionym znakiem.
- Co jest? - spytał po cichu.
- Ktoś się skradał, nie wiem kto, ale podejrzana sprawa - i zamarłem jak spojrzałem na drzwi MM - gdzie kurwa szpadel!?
- Zabrałem go dla Benego, a ja uznałem, że to nie ma sensu, takie podchody.
- Co kurwa?! Wchodzimy - powiedziałem, poczułem jak adrenalina zaczyna mi się kotłować w organizmie. Nacisnąłem na klamkę, świecę latarką pierwszy, drugi pokój pusto. Spenetrowalismy wszystko. Czysto. MM zniknęła.
- Ja pierdolę! - powiedział Vi.
            Nagle odezwało się radio, to był Pucu:
- Dżej Dżej jesteś tam? Jakaś kolumna samochodów jedźie przez JP II w kierunku na Jagiellońską. Nigdy wczesniej tylu nie widziałem. A na innym kanale ktoś nadaje, sprawdź to stary bo coś mi tu śmierdzi.
- Vi poszukaj po kanałach - powiedziałem a sam zostałem w kontakcie z Pucem i podziękowałem mu za ostrzeżenie.
- Budzimy chłopaków? - spytał Vi.
- Tak tylko cicho, ja idę już na dół, złapałeś coś w radiu?
- Czekaj jeszcze jeden kanał - pstryknął, i usłyszeliśmy: „Już otwieram bramę, spotkamy się na rondzie, zaraz tam będę”
- Budź chłopaków, idę na dół - krzyknąłem i ruszyłem po schodach.
            Drzwi na dół były otwarte. Wyjrzałem. Postać przemknęła mi gdzieś w okolicy bramy. Ktoś coś przy niej manipulował. Wyszedłem na dziedziniec. Zbliżyłem się do bramy. Łatwo się domyśleć kogo tam spotkałem.
- Ręce na widoku, wyłaź na dziedziniec, zostaw tę bramę - powiedziałem tak żeby mnie usłyszała - Komu otwierasz? Znowu chciałaś nas wyjebać?
MM zamarła. Wyszła po chwili na dziedziniec. Miałem ją na muszce. Jednak po chwili, kiedy już wiedziałem, że w żaden sposób mi stąd nie ucieknie, bo wszystko było zabarykadowane, schowałem pistolet za pasek. Odebrałem jej radio. Nie pomyślałem, żeby ją przeszukać. Na korytarzu było słychać chłopaków.
- To będzie koniec naszej znajomości, dziś pójdziesz do piachu - powiedziałem, w mordę jaka spina. Byłem tak zdenerwowany jak nigdy. Masakra jakaś. Ciepło mi się zrobiło, czułem jak krew napływa mi do mieśni. Wpadałem we wściekłość.
- Masz rację, ale pójdziesz ze mną - odwróciła się nagle i wycelowała P99 prosto we mnie - Chuj ci w dupę, nigdy cię nie lubiłam.
- Ja ciebie też, gnido - odpowiedziałem. Nie wiem czemu ale byłem spokojny. Nie uległem panice. Chociaż wiedziałem, że tkwię po uszy w gównie. Analizowałem szybko gdzie mam broń i czy zdążę ją wyjąć przed jej strzałem. Wiedziałem, że nie mam szans - Strzelaj, tylko pamiętaj, że jeszcze dziś sztywni wpierdolą cię żywcem - powiedziałem, Misiek wyskoczył z drzwi na dziedziniec i stanął jak wryty.
            Przeładowała, drugą ręką złapała za chwyt i pociągnęła za spust. Broń kliknęła, komora była pusta. Nie myśląc za wiele skoczyłem przed siebie i obaliłem ją na ziemi. Kiedy ruszyłem nacisnęła drugi raz i znowu broń tylko kliknęła. Trzeciego razu nie było. Leżała już na ziemi  i próbowała się wyrwać. Chłopaki w tym momencie byli już na dziedzńcu. Misiek jak stał tak stał dalej. Szok malował się na twarzach chłopaków. Jeszcze do mnie nie dotarło to co się stało. Kolanem przyciskałem jej głowę do ziemi. Mocno…
- Bierzcie ją - powiedziałem i podniosłem ją za szmaty. Czułem jak trzęsą mi się ręce. Mało brakło. Dlaczego nie wystrzelił?
            Vi podszedł i podniósł broń, z której próbowała do mnie strzelać.
- P99 Czarnej, wczoraj rozładowałem magazynek - powiedział i spojrzał na mnie.
- Daj fajkę - odpowiedziałem i pociągnąłem mocno w płuca. Zakręciło mi się w głowie - Ja pierdolę kurwa, celowała we mnie, chciała mnie rozpierdolić.
- Sorawa Dżej Dżej, trzeba było cię posłuchać wcześniej - odpowiedział - Dawajcie ją pod ścianę.
            Chłopaki nic nie mówili. Wiedzieli i chcieli zrobić to, co już należało zrobić dawno. Spojrzeliśmy na jej towarzysza. Był tak samo w szoku jak i my. Nie mógł nic wiedzieć o jej planach.
- Kończymy - powiedział Vi i zaladował kulę do pistoletu Czarnej.
- Wypuśćmy ją, niech sobie idzie - powiedział Misiek - Przestańcie.
- Odsuń się kurwa! - powiedział Vi, jego oczy były puste, ale jednocześnie wypełnione nienawiścią. Misiek chciał mu odebrać klamkę - Trzymać go kurwa!
Beny z Szybkim przytrzymali go.
- Wypuścić tak? Swoich oszukała, nas wyjebała i następnych też opierdoli. A jak dostanie się do Puca? Pomyślałeś o nim?
- Błagam, wypuśćcie mnie… -płakała, darła się w niebogłosy. Błagała o litość, wołała Miśka.
- Zamknij się - powiedział Vi - Koniec, to już tylko przeszłość. Za Czarną! - dodał i wycelował do niej. Stał tak przez chwilkę.
- Daj mi to zrobić - powiedział gość, który przybył razem z nią - Mnie też kiedyś rąbneła.
- Ciiiii...- Vi przyłożył palec do ust. Rozległ się strzał. MM osunęła się na bruk. Dźwięk upadającej łuski odbił się echem na dziedzińcu. Czuć było wyraźny i ostry zapach prochu. Misiek osunął się na ziemię.


=
JJ, Vi

środa, 1 sierpnia 2012

22.12.2010 „Łysy mściciel…”


22.12.2010 „Łysy mściciel…”

            Wyspałem się. U Puca miałem jakieś dwie doby pracy i warty. Teraz przyszedł czas odpoczynku i dla mnie. Spałem mocno tej nocy. Wstałem koło 10. Na nogach już byli wszyscy. Szybki obserwował ulice z dachu.
            Zjadłem coś na śniadanie. Napiłem się zimnego browaru i spytałem ziomków jakie plany na dziś.
- Nie wiem - odpowiedział Vi - Może zwyczajnie pokręcimy się po daszku i coś wypatrzymy. Tylko ostrożnie. Pamiętacie wczorajsze bandy?
- No, może jakiś kontakt nawiążemy z nimi? - spytał Beny.
- Zobaczymy, ale ostrożnie.
            Po jakichś trzydziestu minutach kręcenia się jak smród po gaciach Szybki zawołał nas z dachu przez radio. Wskoczyłem w jakieś gacie i zaraz byłem przy drabinie.
- Co jest? - spytałem Szybkiego.
- Geniusze, wpadli obrobić bank, patrzcie, zaraz będą wychodzić.
- Kiedy weszli? - spytał Vi.
- Parę minut temu, w środku dnia. Debile. W każdej chwili mogą ich zaskoczyć. Jest tam tylne wyjście?
- Nie ma. JJ wspominał coś kiedyś żeby obskoczyć bank i podcierać się banknotami. Ciekawe skąd są te typki. My to mamy go przynajmniej pod nosem. Zagadać do nich jak wyjdą?
- Można by. Będę cię ubezpieczał z Benym - odpowiedziałem.
- Ciekawe co tam u Miśka - spytał Szybki zacierając ręce - A gdzie Homer?
            Zapadła cisza. Szybki się zapomniał… Z resztą nie tylko on. Co jakiś czas komuś się zapominało o śmierci kolegi. Musieliśmy się przyzwyczaić do tego. Jeszcze nie znaliśmy skutków ubicia kabana. Poznaliśmy tylko małe konsekwencje rozbicia gangu - ludzie na ulicach.
- Przepraszam - powiedział Szybki.
- Luz - odpowiedział Vi - Ej! - zmienił szybko temat - Zapomnieliśmy o czymś!
- Co? - spytałem.
- Jak to co, no papierosek poranny! Homera nie ma i już o wszystkim zapominamy. Ten to kopcił jak komin. Już, dawaj ognia! - wyrwał mi zapalniczkę i rytualnie zaciągnął się papierosem - Aaaaaa papieros z rana jak śmietana! Dlaczego dziś o nim zapomniałem? Dziwne. Ostatnio prędzej łapię za paczkę niż otwieram oczy.
- Szybki widziałeś jakiegoś sztywniaka od rana tutaj? - spytał Beny nie zwracając uwagi na Viego.
- Kilka pojedynczych sztuk. Ale bez nerwów. Nie wiem czy zwróciliście uwagę, ale na Krakowskiej leży tyle mięsa, że jak się rozpogodzi to się tu podusimy ze smrodu tego rozkładu.
- Tak, będzie je trzeba spalić, ale to po nowym roku, teraz nie chcę sobie psuć apetytu - odpowiedział Beny - Będzie smród…
            Na dole zrobił się ruch. Przez wybitą szybę wyskoczyło kilka podróżnych toreb nie do końca wypełnionych czymś. W domyśle kasą. Od strony rynku zobaczyliśmy ruch. Kuśtykał sztywniak. Wyglądał jak urobiony żulik co zesrał się pod siebie. Dlaczego oni się nie przewracają? Idzie jak staruszek, ale nigdy nie upada.
            Szybki zaczął ganiać tam i z powrotem po dachu i powiedział:
- Zamkowa czysta, tylko ten jeden się zbliża. Trzeba im dać znak.
- JJ utylizuj butelkę im pod okno - powiedział Vi i rzuciłem pusty browar na bruk.
Zero. Nic. Żadnej reakcji. Goście chyba się zaczęli spinać w środku. Nagle wyskoczył jeden z widłami z mordą rozdartą od ucha do ucha. Kiedy się ocknął z szału zobaczył jednego sztywniaka i zaczął się śmiać. Sztywniak go zwąchał i przyspieszył. Gość nastawił widły jak pikę i sztywniak sam się nadział na ostrza. Gość podniósł go na widłach do góry, jak na filmie z gladiatorami i uderzył nim o ziemię. Nogę oparł na jego ciele i wyszarpnął broń. Wyciągnął raptownie nóż, który miał przytwierdzony do paska i zaczął dźgać go po klatce piersiowej. Był w jakimś amoku. Mordował zombi. Juha zachlapała mu całe ubranie i twarz. Teraz sam wyglądał jak sztywny. Jak byśmy go spotkali na ulicy to nie zawahałbym się go kropnąć. Jakiś pojeb.
- Ej, może lepiej z nimi nie gadajmy? - spytał Beny.
- No, to jakieś pojeby chyba - dodał Szybki.
            To nie był jeszcze koniec sytuacji. Gość skierował się w stronę ulicy drukarskiej i zza winkla zerknął czy nikt się tam nie kręci. W tej samej chwili z banku zaczęli wyłazić jego koledzy. Czterech gości. Nikt z nas nie rozpoznał w nich nikogo znajomego. Całe szczęście w sumie. Teraz dialog „rabusiów”:
- Ty on jest chyba ranny! - krzyknął jeden na tego pokrwawionego co zadźgał sztywnego.
- Nie podchodź, kurwa stój! - krzyczał następny kiedy ten pierwszy zaczął iść w ich kierunku.
- Nożem go ubiłem i zachlapałem sobie ryj debile! - odkrzyknął do kolegów. Jego głos zdradził, że się boi.
- Jak teraz nam udowodnisz, że cię nie drasnął? W każdej chwili się możesz przemienić i rozwalisz nas w samochodzie. Ja nie będę ryzykować - dorzucił kolejny jak piątoklasista i spojrzał na pozostałych. Chłopaki odrzucili torby na ziemię i zaczęli się szykować do rozróby.
- Ej to jacyś idioci - dodał Beny - Pomożemy mu?
- Zbyt wiele razy mieszaliśmy się w nie swoje sprawy panowie, nam nie pomoże nikt - odpowiedział Vi - Dosyć tego, chcą niech się wyrzynają jak idioci. Każdy człowiek się liczy, ale nie debile.
- Co racja to racja - dodał Szybki.
- Albo - zaczął jeden z rabusiów - nie rozwalimy cię. To będzie sprawdzian dla ciebie. Jak wrócisz z buta do naszej miejscowy to znaczy, że nie jesteś brudasem i można na ciebie liczyć.
- Do Wołczyna?! Z buta? Jesteś durny i masz wszy! Zbyt wiele egzaminów przeszedłem - odkrzyknął tamten rzekomo ranny - Całuj się w dupę! Dymacie mnie od samego początku! - krzyknął i wybiegł na nich z widłami. Goście się rozpierzchli, ale trafił jednego w nogę. Gość padł. Drugi zamachnął się na niego siekierą, ale za bardzo poczuł siłę i wypadł mu z rąk. Rolnik wbił mu widły w bebechy. Drugi padł. Trzeci typek miał tylko jakąś pałkę, stał i chyba zlał się w gacie. W każdym bądź razie nie mógł się ruszyć z miejsca.
- Teraz cię zajebię, albo nie, będziesz patrzył jak wpierdala cię ścierwo!!! - krzyknął i dźgnął go w nogę tak głęboko, że widły pokazały się z drugiej strony. Nadepnął jego nogę butem i wyciągnął boleśnie broń z jego nogi. Trysnęła krew. W chwili zrobiła się kałuża pod jego dupskiem.
- Przeproś mnie za wszystko gnoju to może daruję ci życie! - krzyczał do powalonego.
- Przepraszam! - odkrzyknął typ, a mściciel obrócił widły w drugą stronę i zaczął go okładać trzonkiem po głowie. Przez pierwsze kilka uderzeń gość jęczał z bólu, ale przy około szóstym zamilkł, ale mściciel nie kończył. Dosłownie rozłupał mu głowę. Byliśmy w szoku. Tamci kolesie musieli mu nieźle dać w dupę. Wykorzystywali go, jak na filmie i teraz się mści.
- A ty dokąd się wybierasz? - spytał tego drugiego rannego, który zaczął się czołgać w stronę rynku. - Co już zapomniałeś jak zostawiłeś mnie na pożarcie tym gnidom? Teraz zjedzą i wysrają ciebie!!! - krzyknął na koniec bardzo głośno i położył ostrza na jego klatce piersiowej. Typ coś do niego gadał. Mściciel naparł na widły, ale te nie weszły w ciało.
- Ktoś tu się chyba zesrał? - zapytał mściwie. Koleś udawał tylko, że go chce zabić. Już wiesz jakie to uczucie ty skurwielu. Trzy razy zostawiłeś mnie na czatach na pastwę ścierwa gnoju! Trzy razy cudem uszedłem z życiem. Teraz ty zostajesz! Słyszysz? Idą po ciebie! Zaraz tu będą, a ja będą razem z tobą patrzył jak cię wpierdalają!!! Chachacha…!!! - I zaczął się śmiać. Odwrócił się i poszedł do pierwszego rannego. Gość trzymał się za nogę, ale nawet nie próbował wstawać.
- Boli noga? - spytał go i ten skinął głową, że tak.
- No to dobrze. Śmieciu, teraz twoja kolej. Teraz zobaczysz jak to jest, jak ze strachu zaczynasz srać pod siebie - odwrócił się i poszedł po siekierę. Typ bardzo nerwowo zaczął wierzgać zdrową nogą i coś burczeć pod nosem. Wrócił i stanął nad nim z ostrzem. - KTÓRA?! - ryknął, a ja aż podskoczyłem. Był w furii. Chyba czerpał radość z zemsty. Musieli mu nieźle zajść za skórę. Nagle wziął wielki zamach i uderzył w bruk obok nogi gościa. Typ nie drgnął, więc zamachnął się drugi raz i tępą stroną siekiery złamał mu piszczel zdrowej nogi. Typ rzucił się w furii bólu. Chyba stracił przytomność.
- O kurwa! - jęknął Vi - Niech już kończy z nimi bo już nie mogę na to patrzeć.
- Chciałeś to masz - powiedziałem i patrzyłem dalej na tę scenkę, która trwałą raptem może dwie minuty.
- Tak zdechniesz! - krzyknął mściciel i zawrócił do tego drugiego gostka - Wiesz jak wrócę do nas? Twoim autkiem. A wiesz co powiem twojemu staremu kiedy spyta jak zginąłeś? Powiem, że jak ciota, spowity własnym gównem. Ilu zabiłeś gnoju?! - spytał go, a ten chyba coś odpowiedział, ale nie było słychać - Ilu?! Trzech? Ty cioto! Trzech uwaliłem godzinę po inwazji! Kamieniami. Szydziłeś ze mnie przy wszystkich. Kpiłeś ze mnie, a teraz leżysz w gównie po pas. Wiesz na co reagują, prawda?! - krzyknął do niego ostatni raz i zaczął uderzać tą pałką o szyby wystaw i jakieś drzwi. Zrobił hałas.
            Po chwili pojawiło się kilku sztywnych od strony Opolskiej.
- Tutaj, czeka na was mięso, ścierwa zapchlone! - krzyknął mściciel w kierunku sztywnych i ci przyspieszyli w ich kierunku.
- Nie zostawiaj mnie! - krzyknął gość - Ty…
            Mściciel nie odpowiedział nic. Patrzył tylko na niego i splunął mu na twarz. Zrobił kilka kroków w kierunku rynku i patrzył jak sztywni go dopadają. Gość darł się dosłownie jak zarzynany żywcem człowiek. Ranny w obie nogi gość ocknął się i zaczął się czołgać i próbował uciekać. Jeden ze sztywnych zainteresował się jego osobą i po chwili miał swojego adoratora. Sztywny dopadł się do jego złamanej przed chwilą nogi. Gość już był tak osłabiony, że nie mógł bronić swoich nóg. Krzyczał „NIE! NIE! NIE!”, a mściciel „TAK! TAK! TAK! Patrz jak cię wpierdalają!”. Drugi sztywny zaczął ogryzać mu drugą nogę. Gość ciągle żył i widział to.
            Patrzę na bok, tam Szybki trzyma się za głowę. Vi biały jak ściana. Mnie zemdliło jak znowu spojrzałem na Krakowską. Bełt. Zachlapałem chłopakom nogawki. Nie zauważyli nawet. Vi nie odrywając oczu od masakry wyjął peta z kieszeni i próbował go odpalić drżącą ręką, ale nie mógł. Schował ogień do kieszeni, ale fajkę dalej trzymał w ustach. Szybki wyciągnął mu ją i odpalił sobie tego papierosa.
- Myślałem, że nie palisz - powiedziałem do niego.
- Ja też - odpowiedział zdruzgotany i zaciągnął się mocno i głęboko.
- Kurwa, ja pierdolę - zaczął Vi - Już chcę się obudzić panowie, sorawa, ale to mój sen i już chcę żeby się skończył. Wypierdalajcie z mojej głowy.
- Gdzie mściciel? - spytałem.
- Ulotnił się pół minuty temu - odpowiedział Beny - To było… - i nie dokończył.
- To było kurewsko pojebane - dodał Vi - Dosyć tego. Koniec. Wyjazd!
- To nie sen - powiedziałem - Temu kolesiowi odjebało na maksa. Takiej masakry nie było nawet pod bankiem. Spadajmy stąd.
            Zeszliśmy na dół. To znaczy do naszej bazy na piętrze. Chłopaki posiadali przy stole i siedzieli w milczeniu.
- Był jakiś kontakt z Miśkiem? - spytałem.
- Gadał coś z rana - odpowiedział Szybki.
- Ten typ coś gadał o Wołku. Ciekawe jak tam się zorganizowali - powiedziałem - Może kiedyś się tam wybierzemy. Goście zaczynają krążyć po okolicy. Ale chyba słabo uzbrojeni. Na taką wyprawę by wzięli giwery, nie?
- No na pewno - odpowiedział Beny - Ale trochę takie szczyle z nich. Nie wiadomo kto im tam przewodzi. I po kiego im ta kasa.
- Miasto pustawe chyba, ruszmy się panowie, objedziemy miasto, może kogoś spotkamy, nie mogę tu dłużej siedzieć! - krzyknął Vi - Zróbmy coś.
- Spoko, zbierajmy się, ale bez wychodzenia z auta! - odpowiedziałem.
- Dobra.
            Po jakimś czasie byliśmy gotowi do drogi. Szybki powiedział, że ma to w dupie, takie jeżdżenie bez powodu i zostaje. Nie chciał ryzykować. Zamknął za nami bramę. Asekurował nas na radiu. Dał cynk Miśkowi, że wybywamy. Też był zdziwiony tym wyskokiem.
- Nooo tutaj całkiem lepiej - powiedział Vi - Kurwa nie mogę wymazać tego widoku, jak  ten sztywny tego gościa pożerał. Mogliśmy im pomóc.
- Gówno, jak zaczniemy wszystkim pomagać do koła, to zaraz nas wyruchają wszyscy - powiedziałem. - Dobrze żeś nam nakładł po kolejnej wpadce. Jebać wszystkich. Teraz byśmy mieli tych psycholi na głowie. Jak ktoś jest w grupie to niech sobie radzi w grupie. Ulituję się tylko nad samotną osoba, która przetrwała w tym syfie tyle sama. Nad grupą nie zapanujesz w Bastionie. Z resztą już raz grupka do nas weszła i pamiętasz jak to się skończyło.
- No racja.
- Przestań siać wątpliwości, patrz na drogę i nie wjedź w jakieś gówno kurwa.
            Wyjechaliśmy. Jagiellońska. Wolno. Żadnego sztywniaka nie było na drodze.
- Ale spokojnie - powiedział Beny - Myślicie, że to po śmierci kabana taka zmiana?
- A żeś zrymował… - odpowiedziałem.
- Zobaczymy wkrótce - dodał Vi - Dobrze by było jak by im się pomieszało w głowach i zrezygnowaliby z watahy. Pojedyncze osobniki są łatwiejszym celem. Patrzcie! - krzyknął i zatrzymał auto.
            Na środku drogi, na wysokości dwójki, grupka ludzi plądrowała samochód. Zobaczyli nas po chwili. Typek dał i znak do ucieczki i prysnęli w stronę szkoły.
- Spokojnie - powiedział Vi i ruszył dalej - Jedni uciekają, jedni atakują.
            Jechaliśmy dalej. Na wysokości kościoła, na JPII, trzech typków ściągało benzynę z jakiegoś samochodu. Pomachali do nas. Nie uciekli.
- Misiek, widzisz ich? - spytałem przez radio.
- Siema, tak, ale tylko obrabiają autka, nie zbliżają się do kościoła.
- To dobrze, jak coś to daj cynk, bez odbioru.
            Jechaliśmy dalej.
- Na skrzyżowaniu z Byczyńską skręć w prawo, pojedziemy na osiedle, a potem z powrotem na Byczyńską - powiedziałem.
- Spoko, patrz na ten domek - powiedział Vi - Całkiem spalony. Ciekawe co tu się stało.
            Faktycznie, domek stał w zgliszczach. Pewnie już nikt nam nie opowie co tu się stało. Świadkowie mają teraz w mózgach sieczkę. Co któryś domek kopcił z kominów. Zabite okna na parterze. Duże prawdopodobieństwo, że dalej tam ktoś żył.
- Sporo ludzi przetrwało - powiedział Vi - Patrzcie jak fruwają firanki, chowają się przed nami. Ich się nie boję. To dobry znak. Gorzej jak wyjdą do ciebie, to wtedy można liczyć, że zaraz będą się stawiać.
- Racja - dodał Beny - Patrzcie na ten! Forteca!
            Faktycznie. Jeden z domków był normalnie ufortyfikowany. Wory z piachem, jakieś zastrugane kije jak dzidy, tylko czekały na ofiarę. Na jednej z nich wisiał sztywny. Nie ruszał się. Tępy musiał wejść na barykadę w nocy.
- Chyba często się tędy przetacza chorda. W mordę, z piątego piętra to na pewno wygląda inaczej - powiedział Vi - Ryzykują trochę.
            Skręciliśmy w Ossowskiego. Do marketu został zatarasowany wjazd. Ktoś chyba monopolizował go na własny użytek. Ale dalej się dało przez trawę przejechać. Jednak znak ostrzegawczy był widoczny.
- Może być niebezpiecznie - powiedziałem i ująłem karabinek w pogotowiu.
- Spokojnie, nikt w tym mieście nie ma ani pistoletu na kulki - powiedział Vi.
            Nagle na drogę wyskoczyło kilku gości i jakiś inny zajechał drogę samochodem. Musieliśmy się zatrzymać. Byli uzbrojeni po zęby. Noże, pałki, rury, butelki z benzyną, czego dusza zapragnie na zombi apokalipsę.
- Wycofaj - powiedziałem stanowczo do Viego.
- Ile ty masz lat? - zapytał mnie.
- Jakie to ma znaczenie, unikamy konfliktu - powiedziałem.
- Ja wysiadam, a ty wskakuj za kółko - powiedział Vi i wysiadł z Onyksem na ramieniu.
            Goście stali kozacko, chcieli nas przestraszyć, ale jak zobaczyli Viego z giwerą od razu zmiękli. Znajome mordy się pokazały. Znałem trochę ludzi, ale tylko z widzenia. Niektórych nigdy wcześniej nie widziałem.
- Co jest? - spytał Vi.
- Nie ma tu jeżdżenia - powiedział typek.
- Bo co? Chcemy przejechać, nie robimy szkód.
- Wabicie trupy.
- Wy wabicie, tak od was wali, aż tutaj czuć.
- Wypierdalajcie stąd, nie szukamy kłopotów.
- Nie szukacie, powiadasz, to po co nas tak witacie? Skroicie każdego kto wam stanie na drodze. To wy wypierdalajcie nam lepiej z drogi. - dorzucił Vi i goście zaczęli się cofać. Ręka drgnęła mu w kierunku broni.
- Nie róbcie huku, od niedawna się uspokoiło z trupami. Mniej ich, w małych grupach chodzą.
            Vi wycofał się do auta i pojechaliśmy dalej.
- Ale się zesrali jak zobaczyli broń - powiedział triumfalnie - Niech sobie nie myślą, że mogą zastraszać każdego kto im stanie na drodze. Mam nadzieję, że się więcej nie spotkamy.
- Też mam taką nadzieję - odpowiedziałem.
            Podjechaliśmy na plac 3-go maja. Zatrzymałem na krzyżówce.
- Co tu się musiało dziać! - krzyknął Beny.
            Na jezdni leżały ciała. Cała masa. Kilkadziesiąt może ponad sto. Ktoś tu stoczył niezłą bitwę. Nogi i ręce, głowy leżące luzem. Jezdnia zbryzgana krwią. Facet przewieszony przez drzwi samochodu, bez głowy.
- Nie przejadę po ciałach - powiedziałem - Możemy się zakopać w mięsie i nie wyjedziemy.
- Kurwa, jak to zabrzmiało - powiedział przejęty Vi - Samochodem zakopać się w ludzkim mięsie. O w mordę. Jedź dalej Konopnickiej, potem na Wołczyńską, Mickiewicza i do domu. Mam dość tego widoku. Z dachu Bastionu tak źle to nie wgląda.
- Patrzcie ile kominów dymi panowie! Tu są nasi, sporo ich - powiedział Beny.
- Każdy gotowy wsadzić ci nóż w bebechy byle tylko przetrwać - powiedział Vi.
            Zatrzymałem się koło podstawówki.
- O w mordę - powiedział pod nosem Vi.
            Leżało trochę ciał na schodach wejściowych. Niektóre szyby były opryskane krwią od środka.
- Musieli tutaj mieć jakiś przyczółek, albo zebrali się do kupy i wpadli na chordę - powiedział Beny.
- JJ jedź bo kurwa rzygnę! - dodał Vi i ruszyliśmy dalej.
            Na skrzyżowaniu prosto, dalej Konopnickiej. Minęliśmy chwilę wcześniej boisko asfaltowe.
- Pamiętam jak z Pucem i Osą graliśmy tam w czasie matur w kosza. Późno w nocy. Zagrałbym sobie teraz w piłkę - powiedziałem.
- Niedługo zagrasz sobie, wyjebiemy sztywnych z miasta i będziemy wolni - powiedział Vi.
- Ta.
- Mam pomysł.
- Że niby co? Wepchniemy ich do dziury i podpalimy? Dwadzieścia tysięcy ścierw?
- Pogadamy o tym kiedy indziej. Patrz na drogę bo sam zaraz wjedziesz w jakieś gówno.
- Jak ich usuniesz z miasta to ludzie nas zajebią. Prędzej czy później…
            W tej stronie miasta - trzysta metrów dalej - nie było niczego masakrycznego. Wolno leżące zwłoki, jakieś porozbijane auta. Nie było tu większej rzezi.
- Ale tu spokojnie - powiedziałem.
- Wieź mnie do domu - powiedział Beny - Bo już za długo to trwa tak bez celu.
- Są! - krzyknął Vi - Bydlaki! Wiedziałem, że gdzieś muszą się tu kręcić.
            Było ze parę set sztuk na parkingu sklepu, ale bez ładu żadnego, wałęsali się zwyczajnie. Co chwilę się rozchodzili na różne strony. Wcześniej szli według jakiegoś planu.
- Gdzie reszta? - spytał Vi - JJ ostrożnie, zamknij okno.
            Jechałem slalomem. Ale nie uniknąłem potrącenia. Kilku z nich przejechałem. Bardzo to nie przyjemne doświadczenie. Dźwięk miażdżonego sztywniaka pod kołami. Ciary szły po plecach. Wyglądali jak ludzie.
- Na egzaminie na prawko już byś nie zdał - powiedział niby dowcip Vi.
- Ta…
            Na wysokości hotelu zrobiło się luźniej i ruszyłem nieco szybciej. Daliśmy po drodze cynk Szybkiemu, żeby nam przygotował wjazd.
            Po chwili wjechałem do Bastionu.
- Skąd tyle krwi na błotnikach? Całe auto uwalone! - krzyknął Szybki - I jak tam na mieście? Dużo ludzi?
- Sporo kominów dymi. Jedni uciekają drudzy się stawiają. Ze sztywnymi pójdzie łatwiej, z ludźmi będzie ciężej jak dla mnie. - odpowiedziałem.
- A sztywni?
- Są, ale jacyś tacy rozbici. Chyba przez śmierć kabana. Trochę ich mało.
- Powiadomiłem już Miśka o waszym powrocie.
- Spoko.
            Byłem nieco przybity po wypadkach tego dnia. Szybki dopytywał co widzieliśmy na mieście, ale nikt nie palił się z opowiadaniem. Było dopiero koło południa. Vi wpadł na pomysł żeby z braku zajęcia sprawdzić stan barykad i ochrony Bastionu. To był dobry pomysł. Nie było czasu na zastanawianie się nad tym co widzieliśmy za oknami auta. Szybki zajął się żarciem i sprawdził stan spiżarni. Było dosyć sporo zapasów. Nie musieliśmy się martwić pod tym względem o nadchodzące dni. U Puca w kościele było też całkiem przyzwoicie z zapasami.
            Muszę odpocząć i po tym dniu i po opisaniu tego. Wszystkie myśli znowu wróciły. W mordę! A jeszcze tyle otwartych spraw na nas czeka…
            Ot i zwyczajny dzień w Bastionie. Gdyby nie ekscesy o poranku to byłby to zwyczajny dzień. Mimo braku zagrożenia nie byliśmy spokojni. Głowa cały czas płatała nam figle. Nie można było się uspokoić i wyciszyć bo wracały dziwne i niechciane wspomnienia. Robiło się coraz ciężej….
=
JJ