Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 19 lutego 2012

16.12.2010 „Zwyczajny dzień”…

16.12.2010 „Zwyczajny dzień”…
            Ostatni dzień był niezły. Przez chwilę, osobiście, czułem się, jakby nie było tego syfu za oknem. Jakby czas się cofnął. Prze kilka godzin byłem u Viego na chacie, a nie w Bastionie. Wypiliśmy trochę czystej, ale tylko na smaka… musieliśmy być w ciągłym pogotowiu.
            Kolejny dzień zapowiadał się całkiem spokojnie…
            Wolno planowaliśmy kolejny wypad do Biedy po żarcie. Po tym jak dwa razy nas oskubali skurczybyki o wiele wcześniej skończył się prowiant.
            Około 12:00 Misiek zawołał nas do kuchni. Na dachu był Beny.
- Słuchajcie, początkowo myślałem, że tylko mi się zdawało i mam omamy - zaczął - ale w oknie naprzeciwko siedzi typiarka i rzuca kamykami w nasze okna.
- Co? - powiedziałem - Poryło cię? - spoglądam do okna i rzeczywiście. Siedzi typiara w oknie i macha do mnie. Odsunąłem się jakoś nerwowo od okna, odruchowo uznałem, że to sztywny i muszę się schować.
            Vi otworzył okno i zawołał do niej:
- Co ty tu robisz?
- Będziemy tak gadać przez okna jak cyganie, czy może zaprosicie nas do środka? - spytała nieznajoma, jej ton mnie lekko zdziwił.
            Vi zamknął okno i powiedział do nas:
- JJ, idź do zbrojowni, przynieś kilka P99 w razie czego, coś mi tu nie gra. Misiek obstawiasz bramę, Szybki idź do Benego, powiedz mu żeby się nie zdradzał i powiedz wszystko co się dzieje. Nie zdradzamy żadnych szczegółów o nas. Morda w kubeł.
Każdy poszedł do swoich obowiązków. Wynikało z  tego, że jest ich więcej. Trzeba uważać na kolesi. Wspominałem wcześniej, że z żywymi to tylko kłopot. Dobrze dogadywaliśmy się z Kolonią i mogliśmy im chyba zaufać w razie czego, po ostatnich przejściach. Nie było jeszcze okazji sprawdzić lojalności kolonistów, a Czarna była bardzo oddana, po prostu była w ekipie Bastionu, jak byśmy się znali od nie wiadomo ilu lat.
            Razem z Vim otworzyliśmy drzwi i pomachaliśmy do przybyszki. Po chwili, skacząc pomiędzy leżącymi reklamówkami z gównem i zdechłymi sztywnymi przemknęli do nas do środka. Kiedy wchodzili ustawiłem się z tyłu klatki i ubezpieczałem Viego. Ten zatrzasnął drzwi i zaczął je barykadować, a ja stałem i przyglądałem się nowym. Jedna laska i jeden gość.
- Pod ścianę - powiedział do nich Vi.
- Co? - spytała laska - jak to?
- Musimy sprawdzić czy jesteście czyści - odpowiedział.
Wszystko wyglądało w miarę dobrze. Nie mieli żadnych ran. Wprowadziliśmy ich na dziedziniec. Tam już czekali na nas: Czarna, Homer, Misiek i Szybki. Beny został na dachu. Po chwili widziałem jak zerka na nas i sprawdza czy wszystko w porządku.
- Skąd jesteście? - spytał Vi.
- Z Kluczborka, wszyscy - odpowiedziała laska.
- Tułamy się po mieście, ciągle zmieniamy kryjówki - dodał gostek - ostatnie dni spędziliśmy w kamienicy naprzeciwko.
- Jak do was się zwracać? - spytał Vi.
Nieco napięta atmosfera była. Serce mi biło. Nie mieli przy sobie żadnej broni. Nic. Tak jak stali tak przyszli.
- Mówią mi Mała Mi, to jest Joszi, a to Spartan - odpowiedziała dziewczyna.
- Spoko, nie kojarzę was z widzenia, kompletnie - odpowiedział Vi.
- Ja was też - odpowiedziała.
- Jak długo wiecie, że tu jesteśmy? - spytał Vi.
- Od wczoraj - powiedziała Mała Mi - ale długo zastanawialiśmy się zanim do was zagadaliśmy.
- Czemu? - spytałem.
- Krąży w Kluczborku gang - odpowiedziała - raz na nich wpadliśmy. Stuknęli naszego kolegę, a potem w czasie ucieczki wpadliśmy na zombi. Wtedy poległ drugi kolega. Jak bym mogła to bym zatłukła tych bydlaków.
- Wtedy zginął mój brat - powiedział Joszi - nie mogłem mu pomóc. Jego ciało zatrzymało tych bydlaków.
- My też straciliśmy kompana - powiedział Misiek.
            Rozmowa jakoś się potoczyła. Zaprosiliśmy ich do środka. Zauważyłem razem z Homerem, że ciągle się rozglądali. Obserwowali każdy szczegół Bastionu. Potem doszliśmy do wniosku, że to tylko zwykła ciekawość. Jak byłem pierwszy raz na dziedzińcu wiele lat temu to też byłem w szoku, że w moim mieście jest taka miejscówka. Dziedziniec robi wrażenie… inny świat.
            Zrobiliśmy coś ciepłego do picia. Goście nie chcieli czystej. Byli głodni to daliśmy im konserwy. Zjedli spokojnie. W międzyczasie rozgadywałem wszystko z Vim.
- Miej ich cały czas na oku stary - powiedział do mnie - coś mi tu śmierdzi. Jak coś to wal bez ostrzeżenia.
- Spoko - odpowiedziałem - zaraz pogadam z Homerem i w razie czego bierzemy ich na ostro.
            Nie było takiej potrzeby. Wszystko było w porządku.
Daliśmy im jedno mieszkanie. Przydało się. Dobrze, że Młody wtedy wszystkiego nie rozdupczył i nie rąbaliśmy mebli na opał. Ludziska cieszyli się z nowego lokum. Przekazaliśmy im wszystkie szczegóły bytowania w Bastionie. Głównie chodziło o to, żeby mieli mordy na kłódkę.
- I jeszcze jedno. Po godzinie „policyjnej” nie wychodzicie z mieszkania. W ogóle nie wchodzicie na górę ani nie schodzicie do piwnicy. Ostrzegam, że mamy w nocy wartownika i można dostać po mordzie, jak ktoś będzie łaził. Napalcie sobie w piecu i jutro dostaniecie jakieś zajęcie - powiedział do ekipy Vi.
            Potem spotkaliśmy się na rozmowie. Wystawiliśmy podwójną wartę tej nocy. Szybki objął dach na noc, Misiek dziedziniec. Mieli radia w razie czego.
- Myślisz, że coś kombinują? - spytałem Viego.
- Nie, myślę, że są posrani - odpowiedział - ale musimy im pokazać, że my tu rządzimy i nie ma takiego o wchodzenia do Bastionu. Może wyglądają na pewnych siebie, ale jak dla mnie to teraz się cieszą, że weszli do naszego zamku.
- Powiem jeszcze Miśkowi żeby uważał - dodałem - coś tak jakoś maślane gały robi do Małej Mi.
- Broń pochowana w bezpiecznym miejscu - powiedział jeszcze Vi na odchodne - w razie czego nie skroją nam niczego ostrego. Śpię dziś z Onyksem pod poduszką.
- Ja też - odpowiedziałem - elo ziom.
- Elo - odpowiedział Vi.
            Poszedłem do Miśka.
- Jak tam? - spytałem i zapaliliśmy po malborasku.
- Gitara - odpowiedział.
- Uważaj dziś w nocy stary - powiedziałem - każde pierdnięcie podawaj na radiu.
 -Spoko stary - odpowiedział - nie spinaj ziom, to zwykli ludzie, nic się nie stanie.
- Będę siedział do późna i czuwał - powiedziałem - będę miał radio także, dawaj co jakiś czas cynk, że żyjesz. Idę jeszcze do Szybkiego pogadać. Trzymaj się.
- Stary nie spinaj tak - powiedział Misiek - nic nie będzie dzisiaj w nocy!
- Ta, kiedyś coś podobnego wyczytałem, a rano zaczęła się wojna światowa, heh, pozdro ziom - dodałem i poszedłem.
            Wspiąłem się na dach. Pogadałem z Szybkim na ten sam temat i powiedziałem mu co i jak. Powiedział podobnie jak Misiek, żebym był spokojny i będzie gitara, nowi w Bastionie odświeżą atmosferę.
- Spoko idę do siebie - powiedziałem.
            Pisałem kronikę tej nocy. Zabijałem tym samym czas. W jednym z mieszkań urządziliśmy siłownię. Ciężary i sztangi zgarnęli z jakiegoś innego mieszkanka. Trenowaliśmy trochę - dla wzmocnienia i dla zabicia czasu.
Rozstałem się z ziomkami jakoś po 22. Jeszcze o 2, albo 3 w nocy dawałem im cynk na radiu i padłem.
            Znowu miałem koszmary tej nocy. Spanie o tej porze mnie stresowało. Wolałem zasypiać nad ranem i gnić potem do południa. Wtedy nie miałem koszmarów.
- JJ!!! Kurwa JJ!!! - krzyczało radio we śnie. Nie chciało mi się wstać do niego. A co tam, śpię dalej, pomyślałem w letargu…
- Wstawaj kurwa!!! - krzyknął mi nad uchem Vi - zaatakowali Bastion!!!
            Momentalnie usiadłem na łóżku. Z okna wychodzącego na dziedziniec zobaczyłem światło, paliło się coś. BUM!!! Eksplozja.
- Wstawaj! - krzyknął znowu Vi.
Usłyszałem kilka strzałów z dachu.
- Co się dzieje?! - krzyknąłem.
- Jeszcze kurwa nie wiem, za mną na dziedziniec!!! - krzyknął i wyskoczył z pokoju.
Na schodach zderzyłem się z Homerem. Miał w ręce P99 i latarkę. Nic nie mówił tylko biegł za mną na dół.
- Misiek!!! - krzyknął Vi i pobiegł w jego stronę. Leżał koło Vandury i zbliżała się do niego ciemna postać. Vi z rozbiegu, frontalnie z buta odepchnął sztywnego, który już był bardzo blisko. Ten poleciał na ścianę. Odbił się od niej głową i zostawił krwawy ślad na niej. Leżał na ziemi, ale jeszcze wierzgał. Rozlała się plama krwi.
- JJ, Homer, bierzcie go do środka! - krzyknął Vi - Szybki!!!
- Jestem! - odkrzyknął z góry.
- Co tu się kurwa stało?! - nie wiem, nadchodzą od Zamkowej!!!
- Ilu?! - krzyknął Vi.
- 15!!! - odpowiedział.
- Kurwa ognia!!! - krzyknął do niego Vi.
            W tym momencie pierwszy sztywny wpadł przez bramę do środka… była uszkodzona.
Ktoś przebiegł obok mnie i potracił mnie barkiem. Nie widziałem kto bo tak padło światło od ognia. Błysnął tylko szpadel. Wtedy go rozpoznałem. Świst i pierwszy sztywny padł.
- Beny, weź mołotova i podpal przejście w bramie! - krzyknął Vi.
- Co z Miśkiem?! - odkrzyknął. Z góry padło kilak strzałów.
- Koniec amunicji!!! - krzyczał z góry Szybki.
            Ściągnęliśmy Miska do środka Bastionu.
- Kurwa zostawiłem Onyksa na górze - powiedział Vi - musimy ugasić ogień bo cała kamienica się zajmie.
            Zostałem na klatce z Miśkiem, próbowałem go cucić. Homer z maczetą wyskoczył na dziedziniec. Beny wołał o pomoc. Nie mógł znaleźć koktajli, a już dwóch sztywnych weszło do środka. Homer go wspomógł.
            Gdzieś po minucie Misiek się obudził.
- Wstawaj kurwa! - krzyknąłem.
- Co się stało? - spytał.
- Ewakuacja, Bastion otwarty - odpowiedziałem - wstawaj!
Na hasło, że Bastion otwarty Misiek zebrał się i podniósł. Oparł się o ścianę i zaczął rozmasowywać czachę. Wyszedłem na dziedziniec.
Beny trzymał bramę. Po chwili Czarna odjechała Vandurą kawałek, w głąb dziedzińca. Szybki był już na dole z maczetą. Wysypał cały magazynek z P99 i dobił do nas. Stałem bez broni. Vi próbował gasić ogień.
- Gdzie te kurwa nowe pizdy?! - krzyknął Vi.
- Spierdolili! - krzyknął Misiek z drzwi.
- Jak to?! - krzyknąłem.
- Generator - odpowiedział Misiek. Wszystko było jasne.
            Po chwili walki z ogniem Beny krzyknął:
- Sztyyywnii!!! - a w bramie pojawiło się około 10 głów. Szybki wrzucił do środka bramy koktajl Mołotowa i podpalił wchodzących. Zaczął się straszny kwik, zarzynanie 10 świniaków na raz.
Jeden z nich minął ogień i wszedł na dziedziniec. Homer do niego doskoczył i przeciął mu bebechy. Wszystkie flaki wylały mu się na nogi. Pośliznął się na nich i padł na plecy. Juha waliła z jego wielkiej dziury. Po chwili przestał się ruszać. Buchnął z niego smród jak z kanału.
- JJ ze mną po broń, Beny jak nie dacie rady tutaj to zabarykadujcie drzwi do Bastionu i na dach! - krzyknął Vi.
            Ruszyliśmy pędem po schodach, nie mieliśmy przy sobie światła. Wszystko odbywało się po omacku. Po chwili już w mieszkaniu wzięliśmy awaryjne latarki z szafki w przedpokoju i zgarnęliśmy broń. Onyks, maczeta i P99. Zawróciliśmy szliśmy z powrotem. Potknąłem się o coś ciężkiego - młot. Bardzo długi i ciężki. Wziąłem go dla Miśka, bo przecież on też był bez niczego. Pocioty nowe zabrali jego broń i nawiali.
Po chwili byliśmy na dziedzińcu.
- Wysłałem przed chwilą Czarną na dach z karabinem - powiedział na dole Beny.
- Są tu deski - zaczął Homer- wzmocnimy bramę - i zaczął organizować wszystko.
Ogień dogasał. Kanister, który kilkanaście minut wcześniej wybuchł na dziedzińcu wypalił się. Resztę benzyny szybko przenieśliśmy do środka. W bramie leżały zwęglone ciała. Wtedy nie zwróciłem uwagi na smród.
- Vi!!! - krzyknęła Czarna - idą! Około 100! Od rynku!
- Wystrzel racę!!! - krzyknął do niej Vi.
To był pomysł Homera… w razie nagłego ataku strzelamy racą żeby odwrócić uwagę sztywnych od naszej pozycji. Nie wiedzieliśmy czy to zadziała. Na jakimś filmie działało. Mieliśmy jeszcze kilka rakietnic sylwestrowych z wędkarskiego.
Wyjrzałem zza bramy i mało brakło a bym się porobił ze strachu. Szli do nas, a barykady nie ma. Czarna nadal nie strzelała. Byli coraz bliżej. Dałem znać chłopakom żeby się naszykowali do ewakuacji.
Strzał, poleciała flara. Zawisła na spadochronie w powietrzu i wolno opadała po stronie wieży ciśnień. Stanąłem na środku bramy. Sztywni minęli wejście i poszli na wieżę ciśnień. Nie odwracając się do chłopaków pokazałem im kciuk do góry. Miało to oznaczać, że wszystko gra i raca zadziałała.
Zacząłem się cofać do reszty. Nadepnąłem na zwęgloną czaszkę sztywnego. Pękła i zmiażdżyłem ją butem. Głośne chrupnięcie spowodowało, że kilku sztywnych obejrzało się na nas. Obrócili się i weszli do bramy. Bez skradania doskoczyłem do chłopaków. Nie mogli strzelać bo wtedy cała horda weszłaby do środka. Czarna wystrzeliła teraz z jakiejś butelki sztuczny ogień który trafił w dach muzeum obok wieży ciśnień. Wybuchł i zrobiło się na chwilę jasno.
Chłopaki w tym czasie stanęli w jednej linii i czekali na sztywnych. Tak się zastanawiam teraz, czemu od razu nie barykadowaliśmy drzwi do Bastionu od razu tylko się stawialiśmy… kurna broniliśmy naszej twierdzy! Bastion to coś więcej niż schronienie. To ostoja, mała ojczyzna. Kurna dom!
Weszło ich do nas chyba 6 sztuk. Kiedy się zbliżyli to rozeszliśmy się żeby nie stać jak cioty. Vi ściął pierwszego, zaraz Homer drugiego, dla mnie też przypadł jeden. Beny z Szybkim stanęli po obu stronach Vandury. Sztywny nie mógł się zdecydować na którego iść i odwracał się raz w tę raz tę stronę. Kolejny padł u jego stóp ścięty przez Homera. W tym momencie w górę poszedł kolejny sztuczny ogień. Nieco bliżej Bastionu. Sztywni dalej mijali bramę, a ten koło Vandury stał na rozstaju dróg i nie wiedział, na którą się zdecydować.
            Misiek wyszedł na sam środek dziedzińca i ustawił się za sztywnym. Oparł młot na ziemi, zrobił krok do przodu i zamachnął się na umarlaka. Trafił go pod prawą rękę i młot wbił mu się do środka ciała przez żebra. Użył za dużo siły i puścił trzonek, który wpadł do ciała sztywnego i razem z nim uderzył w ścianę. Sztywny już nie wstał. Siła uderzenia była tak duża, że chyba w środku się rozleciał cały. Ciężki i głuche uderzenia. Na szczęście jego ciało wytłumiło uderzenie i sztywni nie zwrócili na to uwagi. Misiek podszedł i wyciągnął młot z jego klatki piersiowej. Przeraźliwy zgrzyt zmiażdżonych i połamanych żeber ocierających się o stał wypełnij dziedziniec. Ciary poszły po plecach.
Poleciał kolejny strzał ze sztucznych ogni. Sztywni mijali naszą bramę i nikt nie obracał się do środka.
- Panowie chowamy się i morda - powiedział Vi.
Ukryliśmy się na dziedzińcu. Vi kazał mi iść z radiem do Czarnej. Drugie radio zostało na dole.
            Po kilku minutach byłem na dachu i przygotowaliśmy razem kolejny strzał.
- Co tam się dzieje w centrum? - spytał ktoś z Kolonii.
- Zaatakowano nas - odpowiedział Vi - odwracamy uwagę sztywnych.
- Idę po Szefa - odpowiedział głos.
- Vi - powiedziałem do radia - ramie Y na Zamkowej pełne tego gówna, będzie z tysiąc głów. Cały czas nachodzą od strony rynku. Nie widać końca.
- Przyjąłem, wchodzimy do Bastionu i będziemy barykadować drzwi - odpowiedział Vi.
- Czekajcie na strzał i wtedy ruszycie - powiedziałem i przygotowałem fajerwerk. Poszedł prosto na wieżę ciśnień. Sztywniaki szli i szli w stronę muzeum i w stronę ronda przez Krakowską.
            Po chwili na radiu odezwał się Szef:
- Co u was?
- Robimy nowy rok - odpowiedział Vi.
- Potrzebujecie wsparcia? - spytał Szef.
- Na razie sytuacja jest opanowana - odpowiedział Vi - ponad tysiąc sztywnych mamy pod Bastionem i brak bramy, ale powinno być dobrze.
- Vi - powiedziałem do radia.
- Co? - spytał.
- Jest ich coraz więcej - powiedziałem - ruszyliśmy chyba bydlaków aż ze stawu Kościuszki, sznur nie ma końca. Krakowska pełna syfu, Zamkowa to samo.
- A złe wieści? - odpowiedział kozacko Vi, ale był na pewno świadom, że zaczęło się niezłe bagienko. Sztuczne ognie strzelały ostatecznie za blisko Bastionu, ostatnia rakieta poszła kiedy osłaniałem chłopaków przejście do Bastionu. Cały syf zaczął się gromadzić koło nas. Jeszcze do tego nie było bramy…
- Złe wieści to takie, że mamy za mało benzyny żeby spalić tych skurwysynów - odpowiedziałem - idę zobaczyć czy możemy zejść na Drukarską i zaraz dam ci cynk. Wzmocnijcie drzwi na dziedziniec, nie mogą ich sforsować, tylko cicho.
- Przyjąłem - odpowiedział Vi.
            Kiedy szedłem w stronę rynku po dachach Vi przypadkiem nacisnął na przycisk, który służył do nadawania komunikatów przez radio i usłyszałem ich rozmowę, dosyć niewyraźną:
- Bierzemy żarcie i zostajemy na dachu stary - powiedział chyb Misiek.
- Co się stało - spytał Vi Miśka.
- Mała Mi mnie zaatakowała, podeszła do mnie bardzo blisko i jak już miałem się do niej zbliżyć uderzyła mnie pałą w łeb, tyle pamiętam - odpowiedział Misiek.
- Ostatni raz robią z nas wała kurwa! Przypadkowe spotkanie, jak ich dorwiemy to zrobimy egzekucję - powiedział Vi i po chwili spytał - JJ, jak sytuacja?

- Horda wypełniła Krakowską i Zamkową. Sztywni stoją. Czekaj, teraz zaczęli kocioł, jak w parku. Bastion odcięty… - odpowiedziałem po chwili łamiącym się głosem.

JJ; Vi
=

sobota, 18 lutego 2012

14.12.2010 Zejście… ; 15.12.2010 Imprezka…

14.12.2010 Zejście…
            Na drugi dzień po akcji w kolonii, spaliśmy bardzo długo. Każdy z nas był wycieńczony nie tylko walką, ale też tym syfem, który nam dał Homer przed wyjazdem. Koło 16:00 nadworny inżynier zawołał wszystkich na dziedziniec. Wyżerka… Upichcił sarnie nóżki w sosie orzechowym. Że co? Pomyślałem, nóżki, sos orzechowy…
            Konserwy i suchary przez już ponad dwa tygodnie, „Tyrolska” do zrzygania… Ileż można. Wychodzę na balkon, a tam ruszt, ogień, a na ruszcie… świeżutkie mięso.
Czarna wstała wcześniej od nas i pomagała Homerowi skórować i patroszyć zwierza. Ćwiartowali mięso do jedzenia i przygotowali wszystko zapeklowane do zamrożenia jak już ściśnie ostro zima.
            Zaczęło się zajadanie. Pachniało tak nieziemsko, że obawiałem się, że sztywni pokuszą się na wizytę na domowy obiadek. Brakowało kartofelków, pomyślałem.
            Kiedy każdy z nas dostał kawał mięcha, Homer zaczął pogrzebaczem ruszać palenisko. Kawałki węgla zaczął zsuwać na tacę metalową… pieczone ziemniaczki.
- Homer - powiedziałem - daj pyska bracie! To nie jest jedzenie, to jest ambrozja…
- Homer - dodał Beny - ratujesz mi życie.
- Od dzisiaj jesteś tutaj vipem, ziom - dodał Misiek.
- Zasłonię cię swoim ciałem przed sztywnymi za ten obiad stary - powiedział Szybki.
            Vi się nie odzywał tylko łapczywie kąsał mięso.
            Niesamowita atmosfera. Niby tylko jedzenie, gril itd., ale w rzeczywistości to był raj i odpoczynek dal nas. Luźno, bez spiny. Za bramą mogła się przetaczać teraz horda, a gówno, mamy swój świat. Jak na działce u Benego…
            Wspominaliśmy wspólnie spędzone chwile przed apokalipsą. Czarna wsłuchiwała się w polewne historie.
            Laliśmy z Szybkiego:
Kiedyś chłopaki pojechali na imprezę do Opola, na Piastonalia. Przed wejściem zrobili małą degustację trunków, a potem stanęli w kolejce, która nie miała końca. Żeby wejść do środka, trzeba było przejść przez wąski przerębel ochrony. Kiedy przyszła na nich kolej, goście zaczęli sprawdzać dowody. Szybki jeszcze był w powijakach i nie miał papierów. Jak pech to pech. Szybki jeszcze na dodatek w dresie… Standardowo, klasycznie. Pewnie nawet do matury by poszedł w dresie. Vi, Beny, Młody weszli bez problemu, ale Szybkiego cofnęli. Panowie doszli do wniosku, że muszą jakoś go przeszmuglować do środka. Przez płot się nie dało więc szukali innego sposobu. Ktoś wpadł na niezły pomysł - Beny dał swój dowód. Vi doszedł do wniosku, że jak Szybki ściągnie okulary to będzie łudząco podobny do Benego. W tłumie ważne żeby mieć dowód, a zdjęcie to tam nie ważne jest. Po spinie i oczekiwaniu Szybki po chwili pojawił się na sali. Wszedł bez problemów mimo dresu. Po jakimś czasie uznali, że uderzają do jakiegoś lokalu, Ciny chyba, bo była nuda na polibudzie. Vi rzucił pomysł - wóda, dziwki i lasery - jak to on zawsze. Standardowo - trunki przed wejściem. Wszystko ładnie pięknie, spoko ekipa. Wchodzą i znów to samo - ten pan nie wchodzi. Szybki do domu…  Mówili mu przed wyjazdem, żeby ubrał się inaczej. Niestety nasz kolega ma tylko dresy. Beny oddał mu swoje gatki dżinsowe i Szybki w grupie studentów wszedł kolejny raz bez problemu. Potem byłą już tylko biba. Musieli tylko uważać na hardkorowe kobitki, które czasem lubiły pogryzać. Niezły polew był z tej i innych historyjek.
            Czas mijał w dobrej atmosferze. Homer gadał o wymarzonym samochodzie, Szybki o klubach piłkarskich - Chelsea najlepszy oczywiście - i zaraz spór, każdy miał swojego faworyta. Ciekawe czy gdzieś jeszcze grają.
Ja z Vim gadaliśmy i niegdysiejszej wielkiej libacji w Zakopcu… zaklinanie ognia, bizony. To były czasy.
- Vi! - powiedziałem - pamiętasz Puca jak robił „Uwolnić orkę” i spadł na kant łóżka?
- No pamiętam - odpowiedział - potem w nocy go odratowałem jak bełtał przez sen. Ciekawe gdzie teraz jest, stary druh.
- No, mam nadzieje, że gdzieś się zaszył i dał radę to przetrwać - powiedziałem - ostatnio ciężko harował, pewnie spał tej nocy…
- Kto tam jeszcze był? - spytał Vi.
- Osa był z nami… - odpowiedziałem zasmucony - może jemu też się udało?
- Fak ziom, na pewno gdzieś mają swój Bastion… - odpowiedział melancholijnie Vi.
- Hahahahah, a pamiętasz jak resztki wódki Pucu nalewał następnego dnia? - spytałem - jak mu się ręce trzęsły, nie rozlał ani kropli, wypił i już przestały się trząść. Hahahah
- Nooo - odpowiedział Vi - a pamiętasz za co piliśmy?
- Tak, za Polskę… - odpowiedziałem.
            Beny wspominał wypad z wakacji sprzed lat. Czarna opowiadała o przepisie na zajebisty bigos i grochówę. Nie obeszło się bez wspomnienia o Młodym i jego kozackich popisach i opowieściach.
- Pamiętacie, jak Mlody kiedyś na Metalchemie został sam i rąbnął 7 czy 8 gości w pojedynkę? - spytałem.
- Kurwa, epicka akcja… - dodał Vi.
- A pamiętasz jak u ciebie na urodzinach - zacząłem - staliśmy na balkonie, a Młody wpadł na pomysł żeby po balustradzie zejść piętro niżej?
- Noo - odpowiedział Vi - jeszcze wisiał na jednej ręce i peta sobie odpalił. Niezłe baśnie opowiadał, ale przynajmniej śmiesznie było. Ale tę akcję, ostatnią to na serio miał kozacką i każdemu będę to opowiadał.
            Brakowało Młodego. Niedoszły kuchta… ale by się cieszył jakby z Homerem sarenkę obrabiał. Na Młodego można było liczyć. Nigdy nie zawodził, tylko czasem za dużo gadał. Dobry kompan, przeżyło się z nim swoje.
- Ty, a pamiętasz jak kręciłeś pornosy z Suszim w Zakopcu? - spytałem Viego.
- Łahahahahah - zaczął się śmiać - to była akcja, a niektórzy do dziś myślą, że to prawdziwe było.
- Myślisz, że był w Wawie czy w Kluczborku dwa tygodnie temu? - spytałem.
- Mogliśmy wpaść wtedy do niego na chatę, może akurat był zabarykadowany w domu - odpowiedział - da sobie radę. Może gdzieś wpadniemy na siebie.
- Kurwa, jak byśmy tak jeszcze mieli w ekipie Osę, Puca i Susziego - powiedziałem - to by było. Ekipa nie do zniszczenia.
            Ten czas był nasz… wspomnienia dawały nadzieję.
=
            Kiedy paliłem malboraska z Miśkiem na boku, ten nagle wyskakuje do mnie z tekstem:
- Ty stary - powiedział - Szybki ma jutro osiemnastkę, teraz sobie przypomniałem.
- O w pizdu - odpowiedziałem - pary z gęby!
- Musimy coś zrobić - powiedział - ostatnio oberwał ostro, należy mu się.
- Co racja to racja - odpowiedziałem - trzeba powiedzieć naszym i coś zrobimy dla niego.
            Czas mijał, ognicho dogasało. Czas na obchód. Vi z Benym obskoczyli dach. Sprawdziliśmy wszystkie wejścia na dole. Bramę. Wszystko było w porządku.
            Zaczęło się już robić zimno. Wyznaczyliśmy nocną wartę i poszliśmy do kamienicy B1 - to ta którą oblegaliśmy, była głównym zapleczem broni, amunicji, żywności i wody. Jednak w każdej z pozostałych kamienic mieliśmy stanowiska ewakuacji i obrony. Wszystko przygotowane tak, że wchodzisz do pomieszczenia w gaciach i masz tam ubranie, żywność, broń i wodę. Wszystkie scenariusze obgadane. Wszystko dopięte na ostatni guzik.
            Noc minęła spokojnie. Szybki miał wartę. Chcieliśmy go zmęczyć żeby spał w dzień. Sami obgadaliśmy plan dnia.
- Panowie - powiedział Vi - kontaktowałem się z Kolonią. Będzie niespodzianka. Tylko musimy tam pojechać. Szybki nie może nic podejrzewać. ( o niespodziance potem)
- Dobra to trochę mało - powiedziałem - co jeszcze?
- Skoczymy do sportowego - powiedział Misiek - i weźmiemy coś dla niego. Coś zajebistego.
- W piwnicy było coś ciekawego - dodał Beny - dziś jest okazja więc otworzymy to.
- A i ode mnie coś dostanie - powiedział Homer - idę szykować prezent póki czas.

Vi; JJ
=
15.12.2010 Imprezka…
            Plan był taki: każdy zajmował się określonym prezentem, trzy osoby miały pojechać do Kolonii jeszcze jak było ciemno, potem kilka osób do sklepu, Homer i Czarna mieli przygotować ucztę. Planowaliśmy kolejną Posadówkę, lekko zakropioną czyściochą, ale tak na smaka i dla toastu. Bez libacji. Miał być bardzo przyjemny i spokojny wieczór. Chwili wytchnienia dla Szybkiego i szacuj za jego wkład w rozwój i istnienie Bastionu. Bo bez niego byśmy zginęli.
            Homer skręcił jakieś kable i z mptrójki zapodał muzykę na głośnikach. Symbolicznie.
            Pomijam szczegóły wyjazdu do Kolonii, wypadu do sklepu. Potrafiliśmy już poruszać się po terenie w miarę bezpiecznie i bez konfliktów. Zgarnęliśmy sprzęt z Kolonii i wróciliśmy. Wszystko odbyło się po 4 rano. Misiek zmienił Szybkiego, który padł po nocy jak zabity i spał do 12. Mieliśmy dużo czasu żeby wszystko przygotować.
            Kiedy już się ściemniło Misiek pilnował, żeby Szybki nie podszedł do okna czy na balkon. Robota była w toku. Po 18 czekaliśmy na solenizanta na dziedzińcu.
            Szybki wychodzi z klatki i zaonk. Aż go cofnęło jak zobaczył znowu rozpalony ruszt, a na nim…
- Co jest? - spytał Szybki.
            Zaczęliśmy śpiewać „Sto lat, sto lat…”, ale w granicach rozsądku. Cichutko. Homer odpalił bum boxa i poszła dobra muza. Złożyliśmy kompanowi życzenia. Prezenty!!!:
- Szybki to dlaciebie ziom! - krzyknęliśmy. Musiał przy nas wypakować: piłka do nogi z dobrej firmy, elegancki dres z tej samej firmy, ale w wersji x5 na każdy dzień tygodnia, różne kolory, do tego litrową wódkę z etykietą „Bastiońska! 70%, do czyszczenia silników, koktajli mołotova, do chlania”. To były prezenty takie materialne, teraz jedzenie: sarenka z ognia, a do tego! Pięciolitrowy słój ze smalcem i mega skwarkami! Pięciolitrowy słój z ogórasami kiszonymi, takimi grubasami!(aż się głodny zrobiłem), a na dodatek - świeży, pięciokilowy bochen chleba. W Kolonii mieli zapas mąki i piec. Piekli sobie świeży chleb. Od ponad dwóch tygodni jedliśmy tylko gówno. Pierwsze jedzenie, konkretne, sprawiło nam nie lada radość.
- Nie wiem co powiedzieć - bąknął Szybki.
- Nic nie mów - powiedziałem - tylko rwij chleb, lej gorzałę i otwieraj słoje!
            Dobra atmosfera była. Świąteczna niemalże.
- Dziękówa panowie za wszystko - powiedział Szybki po jakimś czasie.
To był dobry okres, w tym całym syfie.
            Sprawiliśmy Szybkiemu niezłą radość. Źle się czuł w dżinsach. Dostał klasa dresy i mógł się czuć swobodnie. Od tamtej pory nie widziałem, żeby kiedykolwiek zmienił ubranie.

            Bym całkiem zapomniał! Homer zrobił nie tylko nową markę wódki. Łaził gdzieś po strychach jak kot. Znalazł kopę desek. Podbijał wszystko i zrobił elegancki wychodek na dziedzińcu. Normalnie drzwi, ściany, daszek, klapa, z boku bolec ze srajtaśmą (dwugłowicowa szpula - nie mogło zabraknąć). Koniec ery srania do reklamówek i rzucania nimi z dachu na boczne uliczki Krakowskiej. Wszystko szło do wiadra i co jakiś czas trzeba było wszystko wypalić benzyną. Potem przenieśliśmy wszystko do małego pomieszczenia z boku Bastionu, tam gdzie nikt nie przebywał bo było zimno.


JJ; Vi; Homer; Misiek; Beny; Czarna
(Szybki jeszcze raz wszystkiego najlepszego na osiemnastkę! Od całej ekipy Bastionu!)

wtorek, 7 lutego 2012

12.12.2010 Odpoczynek… 13.12.2010 - Szacunek dla…


12.12.2010 Odpoczynek…

            Zwała. Cały dzień siedzieliśmy w Bastionie i nic nie robiliśmy. Kilka razy mieliśmy kontakt z ekipą z Kolonii. Ale tylko takie suche gadki. Bez żadnych problemów, ani u nas ani u nich. Wszystko w porządku. Chłopaki z NSR-u mówili, że ludzie bardzo się cieszyli na wieść o naszej ekipie. Daliśmy im otuchy, a oni nam, że jeszcze sporo żywych ludzi jest dalej ludźmi. Proponowali nam spotkanie, ale musieliśmy się naradzić. Nie mogliśmy im ufać tak do końca. Nigdy nie wiadomo co strzeli do łba ludziom. No i oczywiście trzeba było założyć, że Kolonia w ogóle nie istnieje i że mogą nas chcieć wrobić w jakieś szambo.
            Jak minął nam dzień bez wyjścia? Spokojnie. Paliliśmy papierosy na balkonie i na dachu. Obserwowaliśmy otoczenie. Wszystko w ciszy. Kilka razy przeszła Krakowską spora horda. Prawdopodobnie ta sama.
Nigdy nie zapomnę Benego, który z dachu lał na przechodzących sztywnych. Po prostu się na nich odlał. Trochę byliśmy wkurwieni, że ryzykował upadek albo zatrzymanie hordy, ale ostatecznie nic się nie stało. Laliśmy jak debile z tego. Naszczał na nich, jeszcze teraz na samą myśl o tym śmieję się sam do siebie. Zloty deszczy…
            Złodzieje nie wrócili. W nocy byliśmy nieustannie w pogotowiu w razie jakiegoś ataku ze strony żywych. Ich bałem się najbardziej. Był względny spokój w tej materii.
Dobra dosyć tej świńskiej łaciny. Idę teraz na wartę na dach. Później wrócę do poprzedniego dnia.

JJ
=

13.12.2010 - Szacunek dla…

            Koło południa:
- JJ idę się wysrać do reklamówki - powiedział Vi - a ty czuwaj przy radiu.
- Spoko, miłego - odpowiedziałem.
            Kilka minut później poszedł komunikat z Kolonii:
- Właśnie do ogrodzenia zbliżyło się kilku, tych no, jak wy to mówicie? - spytał głos.
- Sztywnych - podpowiedziałem mu.
- No sztywnych - odpowiedział.
- Spoko, jak sobie z nimi radzicie? - spytałem.
- Zakłuwamy ich widłami - odpowiedział - zauważyliśmy, że wykrwawiają się do zdechnięcia, ale to trwa trochę dłużej niż u żywych ludzi.
- Też to zauważyliśmy, szkoda naboi - powiedziałem.
- Co racja to racja - odpowiedział.
            Kilka minut później był bardzo zdenerwowany. Sytuacja się nagle zmieniła. Zaczął nadawać:
- Kurwa mać, zebrał się spora grupa sztywnych - powiedział - są bardzo agresywni. Zaczynam alarm.
- Chłopaki kurwa! - krzyknąłem z kuchni - chodźcie szybko!
Wszyscy zbiegli się do kuchni.
- Co jest? - spytał Vi.
- Kolonia zaatakowana - powiedziałem.
- Jak sytuacja? - spytał Vi przez radio.
- Widzę przez lornetkę, od strony miasta nadchodzi spora grupa, może 200 - odpowiedział - przekazuję radio Szefowi.
- Jestem - powiedział Szef - panowie z centrum, sytuacja nie wygląda za dobrze, jest ich za dużo, nie utrzymamy ogrodzenia! Zaczynamy ewakuację. Czy jesteście wstanie nam jakoś pomóc. Cokolwiek.
- Bastion może przyjąć do 250 ludzi, ale w środku dnia będzie ciężko - odpowiedział Vi.
- Nie wiem czy uda nam się w ogóle wyjechać, sztywni są wszędzie, pojedynczo, a spora grupa nadchodzi - powiedział.
Cisza.
- Szkurwa, chyba chce pomocy od nas - powiedziałem - co robimy?
- Ilu jest dokładnie? - spytał Vi.
- Ponad 200 na oko, ale może być i więcej - odpowiedział.
- JJ, otwieraj zbrojownię, bierz magazynki i karabiny, Beny szykuj kurwa szpadel, Misiek Szybki znoście maczety do Vandury, Homer naszykuj wszystkie koktajle mołotova jakie mamy - Vi zaczął wydawać komendy. Sam podjął decyzję o pomocy, ale myśleliśmy tak samo jak on i nikt nie sprzeciwiał się.
            Jazda, zacząłem ze stołu zsuwać magazynki do torby. Karabinki - cztery, dla mnie, Viego, Benego i Czarnej. Homer miał zostać w Bastionie. Zostawiłem dla niego P99 w razie potrzeby. Dla Miska i Szybkiego też po pistolecie i po dwa magazynki. Reszta broni ręcznej była już po chwili w samochodzie. Wszystko z zestawu maczet i noży jaki znalazł Szybki w Vandurze, łom i szpadel Benego. Po kilku minutach byliśmy już na dole.
            Zanim Vi odpalił auto podbiegł do nas Homer i powiedział:
- Ten gostek, co go zastrzeliłem miał takie coś przy sobie, może wam się przydać - i podał Viemu mały worek, z białym proszkiem.
- Co to jest? - spytał Vi Homera.
- Pomogło mi przejść przez ten ból po postrzale, sprawdzone, bierzcie - odpowiedział.
- Zdrowo, to dlatego całe noce sterczałeś na warcie, a potem w dzień zwałowałeś - powiedział Vi.
- Spory ten wór - dodał Szybki - nie powiem, ale może nam to pomóc. Wiecie sytuacja awaryjna…
Szybki zanurzył w niej nóż i sporą grudę wciągnął przez nos. Podał dalej. Oprócz Benego(nie chciał), wszyscy skorzystaliśmy z magicznego proszku gumisiów.
            Ruszyliśmy, Vi prowadził i wydawał komendy. Stanowczy opanowany głos. Bez krzyków. Pełna koncentracja. Myślałem, że sobie teraz odpocznę, ale nadchodziła kolejna sieczka. Powoli umysł zaczął mi się wyostrzać. Już trochę lepiej to znosiłem, ale jak Vi powiedział, że mam szykować sprzęt to czułem ciary jak mi poszły po plecach. Niesamowite uczucie. W „kompanii Braci” Stephena Ambrose’a była podobna akcja jak Winters wydał komendę „bagnet na broń”, wspominał to jeden z żołnierzy. Czuł coś podobnego chyba. Dopalacz zaczął działać. Szczeny zaczęły chodzić jak opętane, mimo koncentracji nie mogłem spokojnie siedzieć. Vi rzucił do tyłu gumy do żucia, które dał mu Homer. Zaczęliśmy ściągać kurtki. Zostaliśmy tylko w bluzach. Czułem jak pulsują mi wszystkie tętnice w organizmie. Serce waliło jak opętane, już sam nie wiem czy ze strachu czy po wuju…. Łom przy boku, karabin na plecy, magazynek podpięty, maczeta przy pasku.
- JJ... - powiedział Vi.
- Co? - spytałem.
- Odpal mi szluga bo kurwa łapy się trzęsą i nie mogę zapalniczki zapalić - powiedział, podałem mu fajkę, zaciągnął się i powiedział - Czarna zostajesz na szyberdachu, ubezpieczasz.
- Idę z wami! - powiedziała.
- Nie wkurwiaj mnie - powiedział zdenerwowany Vi - nie wiem jak wygląda teren, potrzebuję dobrego strzelca na dachu. Bez dyskusji do kurwy!(Czarna zamilkła, kiedy były żarty to były…) Beny, JJ, Misiek, bierzecie po dwa mołotovy naszykujcie jakiś dobry ogień, żeby nie było zonka. Szybki powiedz gwardzistom żeby nie strzelali jak podjedziemy. Na mój znak rzucicie pierwszego mołotova panowie. Potem naszykujecie drugiego. Szybki ubezpieczasz nas na ziemi.
- Spoko, gotowe wszystko - powiedziałem.
- Strzelamy tylko w ostateczności - dodał Vi - Szybki Jak sytuacja w Kolonii?
- Napierają na ogrodzenia, długo nie wytrzymają - powiedział.
- Powiedz im żeby postarali się zbić sztywnych w jedną grupę, spalimy skurwysynów - powiedział Vi - dwie minuty.
            Szybki nadawał przez radio. Zbliżaliśmy się do elektrowni czy co to tam jest. Było nieco trudniej niż się wydawało. Sztywni byli na drodze. Vi zaczął ich trącać samochodem.
- Czarna na dach! - krzyknął. Padły pierwsze strzały. Szybki podał na radiu, że jesteśmy blisko. Kaem z dachu przestał strzelać. Wystrzały było już słychać. Krótkie serie.
- Zaraz sforsują płot! - krzyknął ktoś w radiu. Był to ostatni komunikat z Kolonii.
            Podjeżdżamy tyłem na realną odległość. Plan awaryjny był taki, że jak coś pójdzie nie tak to wskakujemy tylnymi drzwiami, Czarna daje nam chwilę osłonę i spadamy stamtąd.  Dojechaliśmy…
Otwieramy drzwi i wypierdalamy przed Vandurę. Jakieś 60 metrów od nas przy płocie kotłowali się sztywni. Nie zwracali na nas uwagi bo byli zaabsorbowani atakowaniem ogrodzenia. Byli bardzo agresywni, wygłodniali. Co chwilę Czarna strzelała ogniem pojedynczym. Oczywiście nie w kupę, ale wokół nas. Dobrą osłonę zrobiła. Zbliżyliśmy się do masy. Nie widzieli nas.
- Rzućcie w sam środek tego burdelu! - krzyknął Vi i wskazał nam zbitą grupę.
- Kurwa szybko, musze mieć wolne ręce! - krzykną Beny i ruszył pierwszy z odpalonym koktajlem. Rzucił go w grupę, ale ten nie wybuchł. Zrobiłem to samo, ale butelka się też nie rozbiła. Misiek rzucił swojego kawałek bliżej i buchnął ogień.
- Poprawcie kurwa! W to samo miejsce - krzyknął Vi.
Rzuciliśmy po drugiej butelce. Te które spadły w nogi sztywnych jeszcze się nie zapaliły. Z dachu padły strzały z kaemu, siatka już była maksymalnie napięta i zdawało się że zaraz puści. Kilku sztywnych przeszło przez lukę, która się zrobiła pod siatką.
Nie dalej jak po minucie po pierwszym rzucie eksplodowały koktajle, które wpadły w sam środek grupy. Zaczęło się piekło. Vi obserwował co się dzieje. Z dróżki obok zaczęła się zbliżać grupka sztywny w naszą stronę. Po drodze asfaltowej. Vi odpalił swój koktajl i rzucił na drogę. Cała grupa weszła w ogień i zaczęła się palić. Straszny smród uderzył nasze nozdrza. Gdyby nie pompa to bym się porzygał.
- Za mną! - krzyknął Vi. Każdy z nas złapał swoją broń i ruszyliśmy za dowódcą na podbój. Vi odebrał radio od Szybkiego i dał cynk, żeby przestali strzelać. Dziki kwik zaczął przechodzić, ale nadal dosyć  spora liczba sztywnych chodziła i była zagrożeniem. Na placu między budynkami zobaczyłem dwóch żołnierzy, którzy widłami nadziewali sztywnych. Ostro. Czarna ciągle strzelała. Musiało ich być bardzo dużo. Weszliśmy w sam kocioł. Każde machnięcie to była jedna głowa. Beny szarżował szpadlem. Początkowo wyglądało to o wiele groźniej. Położyliśmy może ze 30. Nagle usłyszeliśmy krzyk żywych ludzi. Stos ciał dopalał się pod płotem, ale coś musiało się dziać za ogrodzeniem. Czarna została sama.
            Przeskakujemy przez płot. A tam między blokami biegają ludzie ze sztywnymi. Nie wiadomo było kto jest kto. Rozbiegliśmy się. Każdy atakował zgodnie z przekonaniem. Ludzie w panice. Krzyk.
Leży na ziemi dziecko i sztywny wgryzł mu się już w bok. Podbiegłem i uderzyłem maczetą w łeb. Wylała się z niego juha prosto na dzieciaka. Nie mogłem mu pomóc, zostawiłem go. Obejrzałem się po chwili i zobaczyłem, ze podbiegł do nas młody chłopak i odciągnął rannego do budynku w pobliżu. Meksyk. Biegnę dalej. Za sztywnym, teraz ja go goniłem, bo ten leciał za starszą babeczką, dostał w kark. Padł na ziemię i już nie wstał. Babeczka się nie zatrzymała i wbiegła do budynku. Myślała że też zesztywniałem i chcę ją zeżreć. Odbiłem bez zatrzymywania w prawo. Patrzę a tam młody chłopak z nożem walczy ze sztywnym, ten go zranił ciężko, ale młody dalej się bił. Za nim stała grupka dzieci, młodszych od niego. Ten mógł być może z trzeciej gimnazjum. Doskoczyłem i ściąłem sztywnego, powiedziałem mu żeby zabrał dzieci do najbliższego budynku, wykonał polecenie bez gadania. Potem dowiedziałem się, że był harcerzem. Świetny chłopak. Bystry, dzielny, waleczny… przydał by się taki w naszej ekipie. Nic. Drzwi zamknął i ruszyłem dalej. Sztywny napierał na drzwi obok. Ktoś musiał się tam zabarykadować. Rozbiłem mu głowę. Krzyknąłem przez drzwi kto tam jest, było kilka starszych osób. Powiedziałem im żeby siedzieli cicho i trzymali drzwi. Rozmawiałem z nimi i stałem oparty plecami o drzwi żeby nic mnie nie zaskoczyło. Z pierwszego piętra obok z okna wyskoczył ranny harcerz. Podbiegł do mnie i mówi, żebym dał mu broń, dodał jeszcze, że zabarykadował drzwi. Rzuciłem mu łom, złapał go i skoczył do najbliższego sztywnego jaki był.
Wyglądało na to, że chyba opanujemy sytuację. Spojrzałem przed siebie, a tam kilku sztywnych szło prosto na Benego. Zamarłem…
- JJ!!! - wołał Beny. Wpadł w kozi róg. Machnął łopatą i położył jednego, machnął drugi raz i szpadel wypadł mu z rąk. Byłem za daleko… koniec Benego…
BUM BUM BUM BUM BUM!!! Misiek doskoczył ze swoim P99 i rozbił tę grupkę. Nie zabił wszystkich od razu, ale zatrzymał ich i ciężko ranił. Odwrócili się i ruszyli na niego. Beny złapał szpadel i przetrącił tego, który był ostatni. Ja pierdolę, sekundy i Beny by mógł jedynie spocząć na stosie…
- Gdzie Szybki i Vi kurwa!!? - krzyknąłem do Benego.
- Nie wiem - powiedział i padł na ziemię.
- Wstawaj! - krzyknąłem - Bierz maczetę! Zostaw szpadel! Tam są małe dzieci!
- Dobra -odpowiedział. Pomogłem mu wstać taki był zadyszany. Mało brakowało…
            Nagle krzyki za blokiem.
- Vi!- krzyknąłem.
Biegniemy we trójkę, Beny został lekko z tyłu. Nie mógł złapać oddechu. Sztywnych było więcej niż nam się wydawało. Niektórzy ludzie stłoczyli się już w autobusach gotowi do odjazdu, ale nie było kierowców. Dwa autobusy odcięte, wokół nich sztywni. Żołnierz z dachu przeniósł swój kaem i zaczął strzelać z góry. Trafił niestety w autobus i chyba ranił w środku ludzi. Ostrzelał hordę i sztywni się rozproszyli.
- JJ, kurwa! W drugim autobusie jest kilka dzieciaków - krzyknął Vi  i ruszył z pomocą. Oczywiście rura za nim! Z prawej nagle wybiegł Szybki, miał żądzę mordu w oczach. Chyba dalej mścił się za Młodego…  Za Szybkim leciał harcerz z moim łomem. Wskoczył w sam środek bagna i po chwili odbił i zniknął gdzieś.
            Podbiegamy do sztywnych i zaczynamy ich siekać. My we trójkę rąbaliśmy jedno skrzydło autobusu, a Szybki sam się zajął drugim bo harcerz odskoczył bardzo szybko i udał się w inne miejsce. Szybki wywijał maczetą jak szablą. Korzystaliśmy z tego, że byli rozproszeni i atakowaliśmy ich z tyłu. Gdyby szli na nas kupą to tylko moglibyśmy się obronić bronią palną i mołotovami. Leciały rozbite czaszki. Z rozbiegu zamachnąłem się na sztywnego szpadlem Benego, trafiłem go, ale trzonkiem nad metalową częścią. Sztywnego odrzuciło i padł, ale szpadel wypadł mi z rąk, ciężko było nim władać. Chwilowo byłem bez broni. Zdjąłem z pleców karabinek i przeładowałem. Dostał kilka razy ten na ziemi. Obróciłem się i zacząłem strzelać. Niecelnie bardzo bo już byłem zdyszany, jeszcze ta kolka… Sytuacja stała się dramatyczna. Po chwili na placu byli już tylko pojedynczy sztywni.
Zobaczyłem jak Beny machnął maczetą, trafił sztywnego, ale sam padł obok niego i nie podnosił się. Był blady. Podszedłem cały posrany. Bałem się czy coś mu się nie stało.
- Beny co z tobą? - spytałem.
- Kurwa nie mogę się podnieść - powiedział - chyba jestem ranny, nie wiem kurwa, uważaj na mnie jak bym się przemienił to mnie zapierdol! Nie chcę być sztywnym! Obiecaj!
- Nie pierdol! - krzyknąłem i klęknąłem obok niego i wycelowałem karabinek - spokojnie osłaniam cię - i zacząłem strzelać do pojedynczych sztywniaków, którzy jeszcze gdzieś włóczyli się w okolicy. Po chwili zmieniłem magazynek, ale nie było już do kogo strzelać.
Ręce zaczęły mi opadać. Vi  czyścił resztki sztywnych wokół autobusów tam gdzie nie mogłem strzelać.
- Kurwa JJ, chyba jestem ranny - powtórzył Beny - przepraszam nie chciałem!!!
- Nie pierdol - powiedziałem drugi raz, cały posrany - Vi!!! - krzyknąłem.
            Od tego momentu minęło jakieś 5 minut. Po chwili przyszedł Vi i stanął obok mnie. - Chyba już czysto - powiedział Vi - żołnierze dobijają resztki sztywnych za blokami i tych co jeszcze wiszą na płotach. Kurwa chyba się udało. Co jest?
- Nie wiem - powiedziałem - mówi że jest ranny.
            Vi zaczął go zbierać z ziemi. Sprawdził go i mówi, że jest czysty.
- Kurwa nie mogę się podnieść - powiedział Beny - chyba szpadel mnie tak zmęczył, wszedłem w nich na pełnej kurwie i za dużo sił używałem. Źle je rozłożyłem, za duża pompa, za duża… - powtarzał.
Przyszedł Misiek z Szybkim. Cali zadyszani. Ciężko walczyli.
- Misiek dziękówa stary - powiedział Beny - gdzie Czarna?
- Ja pierdolę! - krzyknął Vi i ruszył w drogę powrotną do Vandury. Ja z Szybkim za nim. Nagły przypływ świeżej energii
Od jakiegoś czasu nie było słychać już strzałów. Obawiałem się najgorszego. Wpadamy na drogę, Vi uderzył sztywnego, który jeszcze szedł po drodze, był spalony do połowy. Stajemy koło Vandury. Czarnej nie ma. Zniknęła. Sztywnych też już nie było…
Obeszliśmy samochód wokół, ale nie było śladów, ani krwi, ani żadnego ciała.
- Kurwa patrzcie - powiedziałem do chłopaków. W odległości gdzieś do 70 metrów w obrębie auta leżało kilkadziesiąt ciał sztywnych. Siekała ich równo z dachu. Gdyby nie jej osłona to weszliby nam na plecy. Ciężko by było.
- Czarna!!! - krzyknął Vi.
-Czego drzesz ryj! - powiedział za nami glos Czarnej - tu jestem!
Nic nie powiedzieliśmy, tylko to uczucie ulgi, że żyje.
- Myślałem już, że… - powiedział Vi.
- Od dziś nie jesteście już pedałami - powiedział Czarna - tylko nie zmarnuj tego.
- Vi, JJ gdzie jesteście? - spytał Misiek przez radio.
- Wracamy już - odpowiedział Vi.
            W miejscu gdzie leżał Beny było już skupisko ludzi. Przez chwilę pomyślałem, że to sztywni, przeszył mnie dreszcz, ale to tylko złudzenie.
            Kiedy przychodziłem obok grupki dzieciaków, która cała zestresowana stała blisko nas, jeden z dzieciaków gdzieś w wieku może 14-15 lat powiedział:
- Patrzcie, wiedźmin! - wszyscy się wystraszyli. Że co - pomyślałem. Jaki wiedźmin… potem spojrzałem do lusterka w samochodzie… źrenice plus maczeta, którą akurat miałem w ręku, długie włosy… Chłopak widocznie czytywał niegdyś dobrą literaturę… Sapkowski…
            Przepchaliśmy się przez tłum. Wszyscy żołnierze byli na ziemi.
- Kto ubezpiecza z dachu? - spytał żołnierza Vi.
- Nikt - odpowiedział.
- To wypierdalaj na dach! W każdej chwili mogą się zebrać znowu! - krzyknął do niego.
            Beny siedział na ziemi. Misiek go przytrzymywał. Ludzie stali i patrzyli się na tę scenkę. Jeszcze brakowało żeby wyjęli telefony i porobili zdjęcia i filmy. Beny był jak w delirce. Był tak spompowany, że nie mógł się ruszać normalnie. Po godzinie już normalnie chodził. Potem mówił, że to zmęczenie i psychika, był pewny, że zginie jak upuścił szpadel i normalnie się wyłączył podobnie jak ja wtedy pod autem co mnie Młody zgarniał. Tak się czasem dzieje…
            Sytuacja sama się wyrobiła. Ludzie się porozchodzili i przyszedł do nas starszy facet, jednak od razu było widać że jest kozakiem… mówili na niego po prostu Szefie. Chwilę wcześniej wydał komendy i odpowiedni ludzie zajęli się reperowaniem ogrodzenia.
- Po szybkiej naradzie uznaliśmy, że zostajemy i musimy się lepiej przygotować przed następnym atakiem - powiedział Szef - Panowie dziękuję, uratowaliście nas…
 -I panie - dodała Czarna
- Straty? - spytał Vi.
- Jeszcze nie ustaliliśmy - powiedział zrezygnowany Szef - już zajmują się tym odpowiednie osoby.
            W ich ekipie było sporo facetów w średnim wieku i w naszym wieku, ale jak zaczęła się sieczka to wszyscy się posrali i wycofali, zostawili dzieci i kobiety i uciekli.
Całe uderzenie przejęliśmy my, tych kilku żołnierzy i paru harcerzy lokalnych, którym udało się przedostać do Kolonii.
Młodzi się świetnie spisali. Zostali i bili się do końca. Ten co był przy mnie wtedy szlachtował sztywnych samą finką harcerską bo już nie było żadnej broni dla niego. Inny walczył kijem od jakiejś motyki czy czegoś, pikinier, nadziewał na dzidę sztywnych. Dwóch było pogryzionych, ale jeszcze żyli. Chyba trzech z nich przeżyło walkę. Szukałem tego dzielnego z łomem. Znalazłem go za blokiem… Leżał pod ścianą, obok niego leżało czterech sztywnych, jeden jeszcze się ruszał. Podeszła do mnie babeczka po czterdziestce i powiedziała, że ją gonili, a młody doskoczył do nich i załatwił ich resztką sił. Padł z wycieńczenia. Wykrwawił się na śmierć w walce, ale łom dalej tkwił w jego pięści. Nie przeklinał i nie krzyczał. Szedł się bić jak Spartiata i zginął jak Spartiata… Wszyscy harcerze byli z drużyny chyba „Tornado” i „Szakłak”. Młodzi kozacy. To było trudne doświadczenie. Ranni harcerze byli świadomi tego, że umierają, prosili o pochowek w jednym miejscu razem z kolegami, którzy zginęli. Spoczęli w jednej mogile, na terenie Kolonii. Oznaczono starannie miejsce ich spoczynku. Wszystko odbyło się z pełnymi honorami.
_ _
Ostatnio była brawura, ale w porównaniu z tym to była igraszka. Chyba do samego końca nie byliśmy świadomi w co wchodzimy. Nigdy więcej bym chyba tego nie powtórzył w takim wykonaniu. Jedno draśnięcie i dupa, piach…
- Homer jesteś tam? - spytałem przez radio.
- Kurwa! - krzyknął - Ile można czekać na kontakt!
- Sytuacja opanowana, Bastion bez strat- powiedziałem - było bardzo ciężko.
- Dobra, czekam na was - odpowiedział. Jak wróciliśmy to powiedział, że w ciągu godziny wypalił trzy paczki fajek z tego wszystkiego. Słyszałem tylko co jakiś czas komunikat, coraz to gorszy. Myślał, że nas zgnietli tam…
- Powiedz Homerowi, że wrócimy już po zmroku - powiedział do mnie Vi - musimy tu jeszcze zostać trochę.
- Jeszcze raz dziękuję za pomoc - powiedział Szef.
- Pomoc pomocą, ale macie tutaj pogryzionych ludzi - powiedział Vi - musicie ich dobić bo wstaną i zacznie się od nowa! Trzeba wszystkich sprawdzić, nawet nas. Nie możemy ryzykować.
- Będzie ciężko, mamy pogryzione dzieci, matki, mężów… - powiedział zrezygnowany Szef.
- Gówno mnie to obchodzi - powiedział Vi - musi to ktoś zrobić.
 -To jednak ludzie - dodał Szef.
- Gdyby nie my - zaczął już lekko podkurwiony Vi - to ci sami ludzie właśnie by wami srali gównem z krwią!
            Pompa zaczęła schodzić. Ludzie opatrywali rany swoim kolegom i członkom rodziny.
            Samo liczenie strat trwało trochę. Koło 16 koloniści usypali stos sztywnych - rozwalonych, stos zabitych - ludzi, którzy zginęli w czasie walki i ułożyli w jednym pomieszczeniu ludzi rannych, którzy jeszcze żyli, ale mieli się przemienić. Polaliśmy benzyną ciała martwych i spaliliśmy je. Straszny smród. Ludzie płakali nad zabitymi. Ciężko było im przestawić się na nową rzeczywistości mimo, że trwało już to wszystko dosyć długo. Tam byli do tej pory bezpieczni i spokojnie dawali radę. Teraz, po sieczce byli roztrzęsieni.
- Vi, będziemy się zbierać - powiedziałem - musimy odpocząć.
- Wiem, kurwa, ale musimy jeszcze im pomóc to ogarnąć wszystko. Idę pogadać z Szefem i myślę, że do dwóch godzin będziemy wracać.
            Koloniście nie zgodzili się na dobijanie żywych. Powiedzieli, że to ludzie i będą przy nich czuwać. Jak się ktoś przemieni to wtedy będą działać. W sumie to mieli racje, bo ktoś się mógł skaleczyć w trakcie ucieczki itd., a nie wiedzieliśmy sami do końca jak działało to świństwo. Kilku facetów zorganizowało to wszystko. W międzyczasie przyszła informacja, że ogrodzenie zostało wzmocnione i wszystko było naprawione. Ci dwaj harcerze przemienili się po jakimś czasie. Szkoda ich było. Dzielne chłopaki. Ratowali przede wszystkim innych… poświęcając siebie.
Żołnierze na dachu rozlali benzynę do butelek i przygotowali koktajle na ewentualne kolejne oblężenie. Co jakiś czas z jednego budynku grupa czuwających nad rannymi wynosiła ciało czy ciała przemienionych i zabitych, już sztywnych. Układali je na stos i potem wszystko podpalili.
Cała organizacja tego wszystkiego trwała nieco dłużej. Do Bastionu wróciliśmy dopiero koło północy.
Bilans: 18 osób zabitych na miejscu w tym bodajże 4 ranione przez strzelca, który walił z dachu, 30 osób pogryzionych, w dwóch trzech dzielnych harcerzy(tu zaznaczam ludzi rannych, którzy potem się przemienili)… Ze 134 osób zginęło 48. Rachunek jest dosyć prosty, zostało 86 osób. Dorosłych, dzieci, młodzieży, kilku harcerzy, wszyscy z żołnierzy itd.
Koloniści oberwali znacznie. Musieli teraz odbudować zabezpieczenia i poprawić system ewakuacji. Nie pomagaliśmy im w tym, ale zwróciliśmy im uwagę na to. Muszą trenować alarmy bo inaczej znowu dojdzie do paniki i masakry. Dziwne było to, że horda zapuściła się tak daleko od miasta. Być może zaczynają migrować.
Od dnia „zero”, jak nazywam początek apokalipsy, udało nam się gdzieś na oko rozwalić 500-600 sztywnych. Tu spaliliśmy więcej niż 200. Sam naciąłem około 30 ręcznie, chłopaki mówili, że tracili rachubę przy nastym zabitym. Do tego jeszcze wyborowa Czarna… Nie wiem czy liczenie tych bydlaków ma jakikolwiek sens. Miasto miało i tak około 25 000 mieszkańców. Wyczyszczenie go jest raczej niemożliwe. Kto wie. Być może nigdy tego nie dożyję.
            W drodze powrotnej zobaczyliśmy na drodze sarnę, która stanęła i patrzyła się prosto w reflektory samochodu. Vi stanął i mówi:
- Czarna trafisz?
- Zobaczymy - odpowiedziała i otworzyła szyberdach. Strzeliła zwierzęciu prosto w szyję. Skoczyło kilka razy i padło na ziemie. Poczekaliśmy chwilkę aż zejdzie i zebraliśmy świeże mięso do samochodu. Wrzuciliśmy ścierwo na pałatkę harcerską żeby nie pobrudzić Vandury. Homer przygotował spore ognisko na dziedzińcu i następnego dnia na obiad zjedliśmy świeżo upieczone mięsko. Dawno takiego nie jadłem. Uznaliśmy, że warto częściej wyjeżdżać na polowania. Konserwy stawały się już nudne.
            Dostaliśmy następnego dnia pewien dar od ekipy z Kolonii, ale o tym później.


JJ; Vi
==

niedziela, 5 lutego 2012

10.12.2010 Kolonia…

10.12.2010 Kolonia…
Wybiła 22:00, Misiek dał cynk, że zaraz mamy go zmienić…
- I co, panowie? - spytał Misiek na schodach - jaki plan?
- Obczajamy bazę z  dachu - odpowiedział Vi - jak coś usłyszymy to schodzimy na dół
i łapiemy gnoja. Jedna osoba czuwa przy radiu w chacie, a reszta może spać.
- Spoko, przekażę reszcie info - odpowiedział Misiek i poszedł.
            Zostałem z Vim na dachu. Strasznie pizgało. Co jakiś krótki czas paliliśmy papierosy. Trochę to rozgrzewało. Mieliśmy też po piersiówce czystej. Dawało nam to złudzenie ciepła, ale zawsze coś.
- Jak myślisz, kto to jest? - spytałem Viego.
- Chuj wi, mam nadzieję, że nie jakiś koks, bo będzie się stawiał i będziemy go musieli zajebać - odpowiedział  - a tego bym nie chciał.
- No ja też - dodałem - po tym Johnym czy Prezesie dalej mnie męczy sumienie. Ale z drugiej strony to skąd mogłem wiedzieć, ja pierdolę. Apokalipsa, a ja jeszcze żywego człowieka…
- A tam nie pierdol - dorzucił Vi - inny nawet by nie mrugnął okiem, a by cię zajebał. Pamiętasz tę ekipę na Krakowskiej wtedy?
- No pamiętam - odrzekłem - mielibyśmy z nimi problem.
- Myślisz, że wejdzie przez tę samą dziurę? - dopytał Vi.
- Pewnie tak, jak raz poczuje korytko to w tej sytuacji zachowa się tak samo - odpowiedziałem - jak dziś znów przyjdzie to będzie to oznaczać, że to raczej ktoś mało rozgarnięty.
            Noc się dłużyła, mieliśmy stać tak do samego rana. Chłopaki z dołu co jakiś czas dawali cynk na radyjku.
Około 2 w nocy usłyszeliśmy na dole hałas. Vi zaczął nadawać:
- Tu Vi, chyba mamy wiewiórkę!
- Kurwa, wiewiórkę? - spytałem - może jeszcze wróbelka?
- Spierdalaj - odpowiedział do mnie i zaraz do radia - schodzimy.
- Jestem gotów - odpowiedział Beny przez radio - szpadel w pogotowiu.
            Jazda, zbiegamy po drabinie na korytarz, lecimy na dół, już na ostatnich schodach zwalniamy bo skrzypią, żeby nie spłoszyć tej wiewiórki…
- Dobra schodzimy - powiedział Vi i uchylił drzwi.
Pakujemy się wszyscy jak te cioty na schody i złazimy wolno na dół. Po ciemku! Latarki mieliśmy włączyć na skrzyżowaniu, na dole. Krok za krokiem, trzymamy się ściany.
Nagle na dziedzińcu hałas. Zawracamy i wszyscy wypierdalamy na środek ze światłem.  Każdy w łapie po maczecie, łomie, Beny ze szpadlem…
Stanęliśmy jak te pały i stoimy. Nikogo nie ma. Na środku dziedzińca tylko toczył się stary garnek.
- Co jest? - spytał Vi.
- No i co macie złodzieja? - spytała Czarna z najniższego balkonu, wyszła za nami, ale na obławę nie poszła, w końcu nas ma od takich rzeczy jak to sama mówiła.
- Nie, uciekł chyba - odpowiedziałem.
- Opowiem wam historię - zaczęła z nas zlewać - złodziej wszedł do piwnicy, skroił co trzeba, a jego kolega was wyportkował i zrobił hałas na dziedzińcu. Wybiegliście jak te stado baranów - homoseksualistów , a złodziej uciekł z towarem.
- Przestań na nas mówić, ze jesteśmy pedałami! - powiedział Vi.
- To idźcie do piwnicy sprawdzić czy mam rację - powiedziała Czarna.
- Idziemy - zakomenderował Vi.
            W piwnicy:
- Kurwa mać - zacząłem - jest tu Czarna?
- Nie ma jej - odpowiedział Beny.
- Powiemy jej, że się pomyliła i nic nie zniknęło - powiedziałem.
- Spoko, spoko - odezwało się kilka osób.
            Obrobili nas i to jeszcze lepiej niż wczoraj.
- Zabieramy wszystko na górę, kurwa! - powiedział Vi - przez tego dupka będziemy musieli znowu jechać na zakupy.
-I tę drabinę też weźmy - dodałem - kurwa ale nas wyrolowali.
- No macie rację - powiedziała za naszymi plecami Czarna - i co?
            Nikt się nie odezwał. Zaczęliśmy zbierać szpej na górę. Czarna poszła od razu do swojego pokoju. Przejrzała nas jak małe dzieci. Po jakimś czasie zrobiliśmy pogadankę w kuchni. I zaplanowaliśmy następną wartę.
- Może zrobimy obławę - spytał Misiek - jak na świniaka?
- Ta i naganiaczy jeszcze zatrudnimy? - dodałem.
- Ale nas Czarna pojechała - dodał Vi i komicznie naśladując Czarną - że co, że pedał!?
- Ma rację, wała ktoś z nas zrobił - powiedziałem - mogliśmy od razu zabrać rzeczy na górę i czekać na dole na tego kogoś, a nie bawić się w film.
- Mądry Polak po szkodzie - powiedział Szybki
- Pedały- dodał jeszcze raz Vi - kurwa mać! Idę spać.
- Kto weźmie wartę? - spytałem  i po chwili - Nikt? To może ktoś pójdzie ze mną?
- A, sorawa JJ, zapomniałem, że mieliśmy mieć dziś razem - odpowiedział Vi - bierz konserwę i kiszeniaki. Nawpierdalamy się na dachu..
- Spoko, to co imprezka? - spytałem.
- Jak za dawnych lat! - odkrzyknął Vi i poszliśmy na dach.

11.12.2010 Kolonia… ciąg dalszy…
            Nad ranem poszliśmy od razu w kimę. Chłopaki już powstawali i szykowali jedzenie. Homer powiedział, że idzie do Vandury robić nowy wynalazek.
            Spaliśmy kilka godzin. Wchodzę do kuchni jakoś po 12 i czuję zapach kawy, świeżej.
- Co tak pachnie?! - krzyknąłem - chyba jeszcze śpię!
- Nie, nie śpisz - odpowiedziała Czarna - ale popraw sobie gacie.
- Przestań nas tak jechać - odpowiedziałem - bo cię wygnamy! I sobie pójdziesz.
- Tak tak, a kto będzie o was dbał?- spytała.
Nic nie odpowiedziałem. Kurna, dbał! Cholera. Na każdym kroku się błaźniliśmy i nic nie mogłem na to poradzić.
- JJ ważna sprawa - powiedział Misiek w kuchni.
- Co tam? - spytałem.
- Vi!!! - krzyknął Misiek - chodź tu, dupa z wyra!
- Dawaj, co tam! - powtórzyłem.
- A nie będę dwa razy gadał - odpowiedział.
- Vi, chodź tu pedale! - krzyknąłem i po chwili pojawił się Vi.
- Sam jesteś pedał! - krzyknął.
- Chłopcy spokój! - krzyknęła Czarna i znowu z nas polała.
-Co jest? - spytał Vi.
- Koło 10 na radyjku ktoś się odezwał - zaczął Misiek - ale chyba są dobrze zorganizowani to nie odżywaliśmy się. Mówili coś o wypadzie do centrum ogrodnictwa, tam na Grunwaldzkiej.
- No i? - spytałem - Co chcecie iść się z nimi spotkać? W środku dnia, w środku miasta? Pierdolę nie jadę.
- No właśnie - dodał Vi.
- Tak tak, ale kolesie są żołnierzami - powiedział Misiek - a przynajmniej tak wywnioskowałem z tego co mówili.
- Może coś wiedzą, a może to jakieś wsparcie? - spytałem.
-Ta wsparcie i do ogrodniczego jadą się włamać - powiedział Vi.
- Może jadą po jakąś chemię na ładunki wybuchowe albo dymne - spytał w drzwiach Homer - szczerze mówiąc też by mi się przydało kilka kilogramów saletry. Można by było zrobić dym sygnalizacyjny. Normalnie odpalasz ładunek przez zwykły lont i dajesz sygnał na kilka kilometrów.
- I kto tutaj do nas przyleci. Chyba superman i tak nam nie pomoże - dodał Vi.
- Więc? - spytałem - co robimy?
- Kto jedzie? - spytał Vi zrezygnowany.
Zgłosiliśmy się wszyscy. Ale potem doszliśmy do wniosku razem z pomocą Czarnej, że pojadą ci co dobrze strzelają. Ja, Vi, Beny, a reszta zostaje. Homer przyprowadził samochodzik jakiś, który miał sporo w baku i mieliśmy w razie czego szybkie wsparcie. W sumie to trochę kiepawo to zaplanowaliśmy, ale mądry Polak po szkodzie, jak to mówiło się.
            Nie będę opisywał pakowania itd. Po kilkunastu minutach zajechaliśmy we trojkę na Grunwaldzką. Po drodze Vi potracił dwóch sztywnych i koło centrum ogrodniczego wysiedliśmy.
- Mówiłem ci żebyś go ominął - powiedziałem - zarysowałeś maskę, kurwa pało!
- Nie pierdol - odpowiedział Vi - ostatnio się komunikowali, nigdy nie wiadomo jak mutują. Osłaniaj lepiej i nie pierdol.
            Vandurę zaparkowaliśmy tak, żeby spokojnie obserwować wszystko zza zaciemnionych szyb. Nawet sztywni nam nie zagrażali, o ile byliśmy cicho.
- Tu JJ, tu JJ - powiedziałem przez radio ale na innym kanale - jesteśmy na miejscu. Cisza w eterze. Czekamy.
- I co o tym myślicie? - spytał Vi - przyjadą czy nie?
- Przyjadą - powiedział Beny.
            Czekaliśmy na ruch może minutę, obok samochodu przeszedł sobie sztywny, potem drugi i trzeci. Skurczybyki całkiem sprawnie się poruszali. A tak teraz sobie przypomniałem, jeśli nikt nie był do tej pory w Żabie całodobowej to Szakira dalej tam naginała, między półkami. Po około 40 minutach przyjechały trzy samochody. Wysypało się z nich gdzieś ze 12 osób. W tym 4 w mundurach wojska polskiego, z kałachami.
- Kurwa zdradzamy się czy co? - spytałem - Może być ostro. Mają broń kurwa.
- Czekamy - odpowiedział Vi. Na radiu co chwilę ktoś się z nimi łączył i nadawał jakieś komunikaty. Mieli kogoś na skraju miast na czatach i jeszcze gdzieś w głębi ktoś monitorował co się dzieje na ulicach miasta. Po ich zachowaniu było widać, że się boją i są bardzo spięci. Rozglądali się gwałtownie itd.
            Po chwili ludziska zaczęli pakować jakieś wory do bagażników. Jeden z nich pokazał na nasz samochód i zaczął się zbliżać do nas. Doszło do niego jeszcze kilku i zaczęli podziwiać Vandurę.
- Zajebisty - powiedział jeden z żołnierzy - może go zabierzemy do bazy? Dzieci by się ucieszyły z takiego resoraka.
- No można by - dodał drugi i złapał za klamkę. Broń mieliśmy już dawno przygotowaną i czekaliśmy na wyjście. To uczucie… chyba to się czuje przed walką gdzieś na wojnie, adrenalina, krew spływa do rąk, wyostrza się wzrok, umysł się oczyszcza, koncentracja przed uderzeniem, przyspieszony puls… sraka przychodzi potem. Teraz nie było czasu na myślenie. Beny przeładował zamek swojego Onyksa, zrobiłem to samo.
- Spokojnie - powiedział do nas Vi - najpierw pogadamy z nimi - wyjął radio i powiedział kilka słów do niego. Kolesie w zdziwieniu odwrócili się i spytali swoich kto tam gadał.
- Teraz kurwa - krzyknął Vi i otworzył drzwi, wyskakując przeładował karabin.
Wyskoczyliśmy z karabinkami i celujemy do gości. Żołnierze odwrócili się i wycelowali do nas z kałachów i zaczęli drzeć ryje do nas.
- Stój, stój opuśćcie broń kurwa!!!! - jeden z nich zaczął się wydzierać, pewnie nie pomyślał, że może na nas ściągnąć hordę.
- Rzucić broń!!! - dodał drugi.
- To wy rzućcie broń!!! - krzyknął Beny. Całkowita spina. Scena jak z „Szeregowca Ryana” Celowaliśmy do siebie, Beny się z nimi przekrzykiwał, a Vi powiedział do mnie:
- JJ, patrz na ich broń!
Co za kolesie! Też to zauważyłem jak mi powiedział. Selektor ognia ustawiony u nas na automat. Jak byśmy wysypali to skosilibyśmy wszystkich tych frajerów bez zmiany magazynków.
Vi stał po mojej lewej, a Beny po prawej.
- Co ty robisz kurwa!- powiedziałem do Viego. Ten opuścił broń i zaczął iść w ich kierunku. Ludzie którzy byli bez broni schowali się za samochodami.
- Stój bo was rozpierdolimy!!! - zaczął się drzeć jeden z żołnierzy - stój bo strzelam!!! Stój!!!
            Vi już był przy nim i do kolesia:
- Z czego będziesz strzelał idioto jak magazynka nie masz?! - krzyknął mu w twarz i chlasną go w gębę plaskaczem. Reszta jego ekipy opuściła broń. Kolesie się zwyczajnie zmieszali. To ich wyciszyło i uspokoiło. Vi wycelował teraz do nich i dodał - Rzućcie broń frajerzy bo my was rozpierdolimy. I zamknąć ryje kurwa zjeby! Bo zaraz tu hordę na nas ściągniecie. Kurwa banda pederastów! Rączki kurwa! JJ sprawdź ich! Beny ubezpieczasz!
 Może się to wydawać śmieszne, kozackie i tak dalej. Ale wtedy miałem pełne gacie. Koleś mógł mieć w komorze jeden nabój, a reszta mogła zmienić selektory ognia jednym ruchem palca. Mogliśmy ich zaczepić na radiu i spotkać się na spokojnie, ale nie, wyjebaliśmy na nich z giwerami, to oni na nas.
- Ty z lewej - powiedział Vi do jednego z żołnierzy - chodź tu - koleś podszedł cały zesrany do Viego i stoi.
- Jak jeszcze raz do mnie wycelujesz - powiedział do niego - to cię zajebię - powiedział wkurwiony na maksa i zamachnął się żeby go uderzyć. Złapałem go za rękę.
- Spokój kurwa - powiedziałem - zostaw go. Kto wam kurwa dał mundury i broń? - spytałem gościa - Kim wy w ogóle jesteście?
            Ludziska zaczęli wychodzić zza samochodów. Beny ciągle nas ubezpieczał. Broń typków zawinęliśmy w razie czego. Teraz dopiero poczułem jak uchodzi ze mnie ciepło, tak się spiąłem i zaczęło mi być strasznie zimno.
- Skąd jesteście - spytał Vi starszego gościa, który wylazł zza auta.
- Niedaleko stąd mamy obóz - odpowiedział.
- Uchodźcy? - spytał Vi.
- Można tak powiedzieć, ale organizujemy się sami, jest z nami kilku żołnierzy, chronią nas - odpowiedział - Była cała drużyna, ale zginęli, tylko ci zostali.
- Kurwa, myślałem, że może jesteście z zewnątrz - powiedział Vi - czego tu szukacie?
- Przyjechaliśmy po nasiona - odpowiedział.
- Ty - powiedział Vi do tego samego żołnierza - z jakiego jesteście oddziału? Gdzie reszta?
- No tak po prawdzie to nie pamiętam już jaka to była jednostka - odpowiedział pociot - ale teraz to już nie ma znaczenia, wszyscy zginęli.
- Nie wiedziałem, że wojsko polskie aż tak słabo stoi, nawet z bronią się nie umiecie obchodzić - powiedziałem do gostka.
- Tak właściwie to jak się to wszystko zaczęło - powiedział gość - była szybka i chaotyczna mobilizacja, zawodowi obstawili większe miasta, te wojewódzkie, a resztę dali na mniejsze miejscowości, no i trafiliśmy tutaj. Organizowaliśmy ewakuację w północnej części miasta…
- Jaką resztę - spytałem - to kim w jesteście jak zawodowi zostali w miastach?
- Noo jesteśmy z  NSR-u - opowiedział.
- To kurwa wszystko wyjaśnia - powiedział Beny.
- No i mieliśmy zorganizować punkt ewakuacyjny, kilka autobusów, mieliśmy jechać na wschód, tam miało być zgrupowanie, ale wszystko szlag jasny trafił - dodał gwardzista - dowódca wziął kilku chłopaków do samochodu i powiedział, że jedzie do miasta na wsparcie dla policji bo mieli rzeźnię na jakimś parkingu. Pojechali i nie wrócili. Słyszeliśmy tylko wystrzały i po chwili cisza. Zarażeni zaczęli się zbliżać do nas i ewakuowaliśmy ludzi w bezpieczne miejsce i teraz zgarniamy wszystko co może nam się przydać.
- Gdzie siedzicie? - spytał Vi.
Podszedł starszy gość, przywitał się i wyciągnął mapę Kluczborka - Tutaj - powiedział i pokazał na mapce miejsce.
- Nieźle - powiedział Vi - ilu was tam jest?
- 134 osoby - odpowiedział facet - staramy się jakoś zaopatrywać kolonię, ale ciężko jest.
- Wiecie coś więcej na temat zarazy? - spytał Vi - To prawda z tym Iranem?
- Gówno prawda - powiedział gwardzista - co chwilę przychodziły sprzeczne komunikaty, ale najbardziej prawdopodobna wersja to taka, że syf wyszedł z Białorusi. Zaatakowali nas w nocy. Zdmuchnęli nasze lotnictwo i zaczęli zrzucać jakieś bomby chemiczne z tym syfem na większe miasta na zachodzie Polski. Wschód też oberwał bo zaraza się rozeszła, ale już wtórnie. Umocnili granicę i rozwalają wszystko co się zbliży do niej. Mają dwa miliony żołnierzy zmobilizowanych. Produkują całą masę amunicji.
- A Niemcy? - spytał Vi.
- Tam też masakra. Syf się rozszedł przy granicy polsko-niemieckiej. Mobilizowali się, ale choroba weszła kilkanaście kilometrów w głąb ich terytorium. Mieliśmy ostatnie komunikaty z zachodu jeszcze na drugi dzień. Kolega jeden znał niemiecki i mówił, że Niemcy bombardują swoje miasta. Kurwa, zrzucali napalm na ulice miast, na drogi. U nas to nie do pomyślenia, armia nie ma takich środków. Właściwie to nie było środków na nic. Niemcy rozwalali wszystko co się dało. Ale teraz i tak nie wiem czy syf poszedł dalej czy udało im się zatrzymać. Ponoć strzelali do kolumn uciekinierów bo bali się, że są wśród nich zarażeni. Rosjanie opuścili obwód. Putin zagroził, że zbombarduje Litwę jak nie pomogą i otworzyli granice. Zostali tylko żołnierze, były słuchy, że mają zrzucić bombę atomową na Warszawę, ale raczej nie zrzucili bo by było słychać i widać. Rzeźnia jak sam chuj. A myśmy tu zostali…
- No to ładnie - powiedziałem - siedzimy w gównie po uszy.
- Często macie kontakt z ludźmi?- spytał facet.
- Nie, a co? -spytał Vi.
- Krążą różne bandy - powiedział -atakują żywych i zabijają facetów. Gwałcą kobiety. Skurwysyny. Dlatego jest nas aż tylu. Zgarniamy wszystkich, którzy potrzebują pomocy. Często znajdujemy nawet małe dzieci. Widzę, że porządni z was ludzie. Wybaczcie za moich kolegów, ale wszyscy przeżyliśmy swoje piekło na ziemi. Zgoda?
- Zgoda, też nie szukamy guza - powiedział Vi - ale kompletnie nie wiemy co się dzieje wokół nas. Wstaliśmy rano, a tu rozpierdol na ulicach. Organizujemy się jakoś. I co jakie macie plany?
- Nie mamy, jedyne co wiem to to, że musimy wyżywić tych wszystkich ludzi i zbudować solidną obronę przed ludźmi, a chorzy to druga sprawa, są głupi. Żywi myślą i zrobią wszystko żeby cię dopaść - powiedział zasmucony - nawet teraz, po zagładzie mordują się wzajemnie.
- Co racja to racja, nie będę zaprzeczać - powiedział Vi - ludzie to gówno.
            Staliśmy tak chwilę w milczeniu. Przywitaliśmy z innymi ludźmi, którzy z nimi byli.
- mamy wojskową radiostację  u nas - powiedział gwardzista - możemy się kontaktować z wami.
- Spoko jesteśmy ciągle na nasłuchu - powiedział Vi - będziemy w kontakcie.
            Zaczęli się zbierać do odjazdu. Obserwowaliśmy jak pakują się i przed samym odjazdem podszedł do nas jeden z mundurowych i powiedział:
- Wiem, że daliśmy dupy na początku, ale to nasza jedyna broń - i pokazał na kałachy w Vandurze.
- No racja - powiedziałem - często macie gości w kolonii?
- Dosyć często, ale staramy się ich rozwalać ręcznie, mamy tylko kilkanaście magazynków i kaem na dachu budynku. Ciężko jest. Jak przyjdzie większa grupa to damy radę, ale braknie amunicji na kolejną.
- Masz broń, ale nie podpinaj magazynków zanim nie odjedziecie - powiedział Vi i splunął na ziemię, pokazał mu, że jest lepszy od nich- tylko nie zabij nikogo po drodze, albo sobie nogi nie odstrzel.
- Spoko, spadamy, dzięki panowie - powiedział gość i poszedł do samochodu.
- To co zgarniamy saletrę amonową dla Homera? - spytałem.
- Czekaj niech odjadą - powiedział Vi i po chwili siadł na podłodze samochodu - Kurwa mać, ja pierdolę, ale się spiąłem.
- Ale żeś wyszedł an nich wtedy na początku jak celowali do nas, kozacko - powiedziałem
- Ta, kozacko, modliłem się żeby mi nie przyjebali. Mógł mieć nabój w komorze jeden, albo przełączyć selektor ognia, ten drugi gość i byłoby kiepsko. Dobrze że państwo na nich oszczędzało bo teraz byśmy mogli być podziurawieni. Kurwa za dużo brawury panowie, za dużo, ja pierdolę.
            Tego popołudnia ręce się trzęsły nie z zimna… źle to zrobiliśmy oj źle, ale zawsze to jakaś nauka na przyszłość…
            Zapaliliśmy po papierosie i weszliśmy do centrum. Było czysto. Kiedy wyszliśmy z worami na dwór, koło Vandury stało dwóch sztywnych i przeglądali się w szybach. Beny odpiął maczetę z pokrowca przy pasku i robił im głowy. Zachlapał cały bok samochodu juchą. Wrzuciliśmy towar do samochodu i pojechaliśmy do Bastionu.
            Kiedy byliśmy już w środku na radiu odezwali się przybysze z Kolonii. Dojechali na miejsce. Koło Biedy na Byczyńskiej widzieli hordę na parkingu, ale odjechali bez kontaktu. Szkoda im było amunicji.
            Całkiem nieźle wyszło to wszystko. Komunikowaliśmy się z Kolonią przez radio. Było raźniej...
Resztę dnia zalegaliśmy w domu…


JJ; Vi
==