Łączna liczba wyświetleń

środa, 1 sierpnia 2012

22.12.2010 „Łysy mściciel…”


22.12.2010 „Łysy mściciel…”

            Wyspałem się. U Puca miałem jakieś dwie doby pracy i warty. Teraz przyszedł czas odpoczynku i dla mnie. Spałem mocno tej nocy. Wstałem koło 10. Na nogach już byli wszyscy. Szybki obserwował ulice z dachu.
            Zjadłem coś na śniadanie. Napiłem się zimnego browaru i spytałem ziomków jakie plany na dziś.
- Nie wiem - odpowiedział Vi - Może zwyczajnie pokręcimy się po daszku i coś wypatrzymy. Tylko ostrożnie. Pamiętacie wczorajsze bandy?
- No, może jakiś kontakt nawiążemy z nimi? - spytał Beny.
- Zobaczymy, ale ostrożnie.
            Po jakichś trzydziestu minutach kręcenia się jak smród po gaciach Szybki zawołał nas z dachu przez radio. Wskoczyłem w jakieś gacie i zaraz byłem przy drabinie.
- Co jest? - spytałem Szybkiego.
- Geniusze, wpadli obrobić bank, patrzcie, zaraz będą wychodzić.
- Kiedy weszli? - spytał Vi.
- Parę minut temu, w środku dnia. Debile. W każdej chwili mogą ich zaskoczyć. Jest tam tylne wyjście?
- Nie ma. JJ wspominał coś kiedyś żeby obskoczyć bank i podcierać się banknotami. Ciekawe skąd są te typki. My to mamy go przynajmniej pod nosem. Zagadać do nich jak wyjdą?
- Można by. Będę cię ubezpieczał z Benym - odpowiedziałem.
- Ciekawe co tam u Miśka - spytał Szybki zacierając ręce - A gdzie Homer?
            Zapadła cisza. Szybki się zapomniał… Z resztą nie tylko on. Co jakiś czas komuś się zapominało o śmierci kolegi. Musieliśmy się przyzwyczaić do tego. Jeszcze nie znaliśmy skutków ubicia kabana. Poznaliśmy tylko małe konsekwencje rozbicia gangu - ludzie na ulicach.
- Przepraszam - powiedział Szybki.
- Luz - odpowiedział Vi - Ej! - zmienił szybko temat - Zapomnieliśmy o czymś!
- Co? - spytałem.
- Jak to co, no papierosek poranny! Homera nie ma i już o wszystkim zapominamy. Ten to kopcił jak komin. Już, dawaj ognia! - wyrwał mi zapalniczkę i rytualnie zaciągnął się papierosem - Aaaaaa papieros z rana jak śmietana! Dlaczego dziś o nim zapomniałem? Dziwne. Ostatnio prędzej łapię za paczkę niż otwieram oczy.
- Szybki widziałeś jakiegoś sztywniaka od rana tutaj? - spytał Beny nie zwracając uwagi na Viego.
- Kilka pojedynczych sztuk. Ale bez nerwów. Nie wiem czy zwróciliście uwagę, ale na Krakowskiej leży tyle mięsa, że jak się rozpogodzi to się tu podusimy ze smrodu tego rozkładu.
- Tak, będzie je trzeba spalić, ale to po nowym roku, teraz nie chcę sobie psuć apetytu - odpowiedział Beny - Będzie smród…
            Na dole zrobił się ruch. Przez wybitą szybę wyskoczyło kilka podróżnych toreb nie do końca wypełnionych czymś. W domyśle kasą. Od strony rynku zobaczyliśmy ruch. Kuśtykał sztywniak. Wyglądał jak urobiony żulik co zesrał się pod siebie. Dlaczego oni się nie przewracają? Idzie jak staruszek, ale nigdy nie upada.
            Szybki zaczął ganiać tam i z powrotem po dachu i powiedział:
- Zamkowa czysta, tylko ten jeden się zbliża. Trzeba im dać znak.
- JJ utylizuj butelkę im pod okno - powiedział Vi i rzuciłem pusty browar na bruk.
Zero. Nic. Żadnej reakcji. Goście chyba się zaczęli spinać w środku. Nagle wyskoczył jeden z widłami z mordą rozdartą od ucha do ucha. Kiedy się ocknął z szału zobaczył jednego sztywniaka i zaczął się śmiać. Sztywniak go zwąchał i przyspieszył. Gość nastawił widły jak pikę i sztywniak sam się nadział na ostrza. Gość podniósł go na widłach do góry, jak na filmie z gladiatorami i uderzył nim o ziemię. Nogę oparł na jego ciele i wyszarpnął broń. Wyciągnął raptownie nóż, który miał przytwierdzony do paska i zaczął dźgać go po klatce piersiowej. Był w jakimś amoku. Mordował zombi. Juha zachlapała mu całe ubranie i twarz. Teraz sam wyglądał jak sztywny. Jak byśmy go spotkali na ulicy to nie zawahałbym się go kropnąć. Jakiś pojeb.
- Ej, może lepiej z nimi nie gadajmy? - spytał Beny.
- No, to jakieś pojeby chyba - dodał Szybki.
            To nie był jeszcze koniec sytuacji. Gość skierował się w stronę ulicy drukarskiej i zza winkla zerknął czy nikt się tam nie kręci. W tej samej chwili z banku zaczęli wyłazić jego koledzy. Czterech gości. Nikt z nas nie rozpoznał w nich nikogo znajomego. Całe szczęście w sumie. Teraz dialog „rabusiów”:
- Ty on jest chyba ranny! - krzyknął jeden na tego pokrwawionego co zadźgał sztywnego.
- Nie podchodź, kurwa stój! - krzyczał następny kiedy ten pierwszy zaczął iść w ich kierunku.
- Nożem go ubiłem i zachlapałem sobie ryj debile! - odkrzyknął do kolegów. Jego głos zdradził, że się boi.
- Jak teraz nam udowodnisz, że cię nie drasnął? W każdej chwili się możesz przemienić i rozwalisz nas w samochodzie. Ja nie będę ryzykować - dorzucił kolejny jak piątoklasista i spojrzał na pozostałych. Chłopaki odrzucili torby na ziemię i zaczęli się szykować do rozróby.
- Ej to jacyś idioci - dodał Beny - Pomożemy mu?
- Zbyt wiele razy mieszaliśmy się w nie swoje sprawy panowie, nam nie pomoże nikt - odpowiedział Vi - Dosyć tego, chcą niech się wyrzynają jak idioci. Każdy człowiek się liczy, ale nie debile.
- Co racja to racja - dodał Szybki.
- Albo - zaczął jeden z rabusiów - nie rozwalimy cię. To będzie sprawdzian dla ciebie. Jak wrócisz z buta do naszej miejscowy to znaczy, że nie jesteś brudasem i można na ciebie liczyć.
- Do Wołczyna?! Z buta? Jesteś durny i masz wszy! Zbyt wiele egzaminów przeszedłem - odkrzyknął tamten rzekomo ranny - Całuj się w dupę! Dymacie mnie od samego początku! - krzyknął i wybiegł na nich z widłami. Goście się rozpierzchli, ale trafił jednego w nogę. Gość padł. Drugi zamachnął się na niego siekierą, ale za bardzo poczuł siłę i wypadł mu z rąk. Rolnik wbił mu widły w bebechy. Drugi padł. Trzeci typek miał tylko jakąś pałkę, stał i chyba zlał się w gacie. W każdym bądź razie nie mógł się ruszyć z miejsca.
- Teraz cię zajebię, albo nie, będziesz patrzył jak wpierdala cię ścierwo!!! - krzyknął i dźgnął go w nogę tak głęboko, że widły pokazały się z drugiej strony. Nadepnął jego nogę butem i wyciągnął boleśnie broń z jego nogi. Trysnęła krew. W chwili zrobiła się kałuża pod jego dupskiem.
- Przeproś mnie za wszystko gnoju to może daruję ci życie! - krzyczał do powalonego.
- Przepraszam! - odkrzyknął typ, a mściciel obrócił widły w drugą stronę i zaczął go okładać trzonkiem po głowie. Przez pierwsze kilka uderzeń gość jęczał z bólu, ale przy około szóstym zamilkł, ale mściciel nie kończył. Dosłownie rozłupał mu głowę. Byliśmy w szoku. Tamci kolesie musieli mu nieźle dać w dupę. Wykorzystywali go, jak na filmie i teraz się mści.
- A ty dokąd się wybierasz? - spytał tego drugiego rannego, który zaczął się czołgać w stronę rynku. - Co już zapomniałeś jak zostawiłeś mnie na pożarcie tym gnidom? Teraz zjedzą i wysrają ciebie!!! - krzyknął na koniec bardzo głośno i położył ostrza na jego klatce piersiowej. Typ coś do niego gadał. Mściciel naparł na widły, ale te nie weszły w ciało.
- Ktoś tu się chyba zesrał? - zapytał mściwie. Koleś udawał tylko, że go chce zabić. Już wiesz jakie to uczucie ty skurwielu. Trzy razy zostawiłeś mnie na czatach na pastwę ścierwa gnoju! Trzy razy cudem uszedłem z życiem. Teraz ty zostajesz! Słyszysz? Idą po ciebie! Zaraz tu będą, a ja będą razem z tobą patrzył jak cię wpierdalają!!! Chachacha…!!! - I zaczął się śmiać. Odwrócił się i poszedł do pierwszego rannego. Gość trzymał się za nogę, ale nawet nie próbował wstawać.
- Boli noga? - spytał go i ten skinął głową, że tak.
- No to dobrze. Śmieciu, teraz twoja kolej. Teraz zobaczysz jak to jest, jak ze strachu zaczynasz srać pod siebie - odwrócił się i poszedł po siekierę. Typ bardzo nerwowo zaczął wierzgać zdrową nogą i coś burczeć pod nosem. Wrócił i stanął nad nim z ostrzem. - KTÓRA?! - ryknął, a ja aż podskoczyłem. Był w furii. Chyba czerpał radość z zemsty. Musieli mu nieźle zajść za skórę. Nagle wziął wielki zamach i uderzył w bruk obok nogi gościa. Typ nie drgnął, więc zamachnął się drugi raz i tępą stroną siekiery złamał mu piszczel zdrowej nogi. Typ rzucił się w furii bólu. Chyba stracił przytomność.
- O kurwa! - jęknął Vi - Niech już kończy z nimi bo już nie mogę na to patrzeć.
- Chciałeś to masz - powiedziałem i patrzyłem dalej na tę scenkę, która trwałą raptem może dwie minuty.
- Tak zdechniesz! - krzyknął mściciel i zawrócił do tego drugiego gostka - Wiesz jak wrócę do nas? Twoim autkiem. A wiesz co powiem twojemu staremu kiedy spyta jak zginąłeś? Powiem, że jak ciota, spowity własnym gównem. Ilu zabiłeś gnoju?! - spytał go, a ten chyba coś odpowiedział, ale nie było słychać - Ilu?! Trzech? Ty cioto! Trzech uwaliłem godzinę po inwazji! Kamieniami. Szydziłeś ze mnie przy wszystkich. Kpiłeś ze mnie, a teraz leżysz w gównie po pas. Wiesz na co reagują, prawda?! - krzyknął do niego ostatni raz i zaczął uderzać tą pałką o szyby wystaw i jakieś drzwi. Zrobił hałas.
            Po chwili pojawiło się kilku sztywnych od strony Opolskiej.
- Tutaj, czeka na was mięso, ścierwa zapchlone! - krzyknął mściciel w kierunku sztywnych i ci przyspieszyli w ich kierunku.
- Nie zostawiaj mnie! - krzyknął gość - Ty…
            Mściciel nie odpowiedział nic. Patrzył tylko na niego i splunął mu na twarz. Zrobił kilka kroków w kierunku rynku i patrzył jak sztywni go dopadają. Gość darł się dosłownie jak zarzynany żywcem człowiek. Ranny w obie nogi gość ocknął się i zaczął się czołgać i próbował uciekać. Jeden ze sztywnych zainteresował się jego osobą i po chwili miał swojego adoratora. Sztywny dopadł się do jego złamanej przed chwilą nogi. Gość już był tak osłabiony, że nie mógł bronić swoich nóg. Krzyczał „NIE! NIE! NIE!”, a mściciel „TAK! TAK! TAK! Patrz jak cię wpierdalają!”. Drugi sztywny zaczął ogryzać mu drugą nogę. Gość ciągle żył i widział to.
            Patrzę na bok, tam Szybki trzyma się za głowę. Vi biały jak ściana. Mnie zemdliło jak znowu spojrzałem na Krakowską. Bełt. Zachlapałem chłopakom nogawki. Nie zauważyli nawet. Vi nie odrywając oczu od masakry wyjął peta z kieszeni i próbował go odpalić drżącą ręką, ale nie mógł. Schował ogień do kieszeni, ale fajkę dalej trzymał w ustach. Szybki wyciągnął mu ją i odpalił sobie tego papierosa.
- Myślałem, że nie palisz - powiedziałem do niego.
- Ja też - odpowiedział zdruzgotany i zaciągnął się mocno i głęboko.
- Kurwa, ja pierdolę - zaczął Vi - Już chcę się obudzić panowie, sorawa, ale to mój sen i już chcę żeby się skończył. Wypierdalajcie z mojej głowy.
- Gdzie mściciel? - spytałem.
- Ulotnił się pół minuty temu - odpowiedział Beny - To było… - i nie dokończył.
- To było kurewsko pojebane - dodał Vi - Dosyć tego. Koniec. Wyjazd!
- To nie sen - powiedziałem - Temu kolesiowi odjebało na maksa. Takiej masakry nie było nawet pod bankiem. Spadajmy stąd.
            Zeszliśmy na dół. To znaczy do naszej bazy na piętrze. Chłopaki posiadali przy stole i siedzieli w milczeniu.
- Był jakiś kontakt z Miśkiem? - spytałem.
- Gadał coś z rana - odpowiedział Szybki.
- Ten typ coś gadał o Wołku. Ciekawe jak tam się zorganizowali - powiedziałem - Może kiedyś się tam wybierzemy. Goście zaczynają krążyć po okolicy. Ale chyba słabo uzbrojeni. Na taką wyprawę by wzięli giwery, nie?
- No na pewno - odpowiedział Beny - Ale trochę takie szczyle z nich. Nie wiadomo kto im tam przewodzi. I po kiego im ta kasa.
- Miasto pustawe chyba, ruszmy się panowie, objedziemy miasto, może kogoś spotkamy, nie mogę tu dłużej siedzieć! - krzyknął Vi - Zróbmy coś.
- Spoko, zbierajmy się, ale bez wychodzenia z auta! - odpowiedziałem.
- Dobra.
            Po jakimś czasie byliśmy gotowi do drogi. Szybki powiedział, że ma to w dupie, takie jeżdżenie bez powodu i zostaje. Nie chciał ryzykować. Zamknął za nami bramę. Asekurował nas na radiu. Dał cynk Miśkowi, że wybywamy. Też był zdziwiony tym wyskokiem.
- Nooo tutaj całkiem lepiej - powiedział Vi - Kurwa nie mogę wymazać tego widoku, jak  ten sztywny tego gościa pożerał. Mogliśmy im pomóc.
- Gówno, jak zaczniemy wszystkim pomagać do koła, to zaraz nas wyruchają wszyscy - powiedziałem. - Dobrze żeś nam nakładł po kolejnej wpadce. Jebać wszystkich. Teraz byśmy mieli tych psycholi na głowie. Jak ktoś jest w grupie to niech sobie radzi w grupie. Ulituję się tylko nad samotną osoba, która przetrwała w tym syfie tyle sama. Nad grupą nie zapanujesz w Bastionie. Z resztą już raz grupka do nas weszła i pamiętasz jak to się skończyło.
- No racja.
- Przestań siać wątpliwości, patrz na drogę i nie wjedź w jakieś gówno kurwa.
            Wyjechaliśmy. Jagiellońska. Wolno. Żadnego sztywniaka nie było na drodze.
- Ale spokojnie - powiedział Beny - Myślicie, że to po śmierci kabana taka zmiana?
- A żeś zrymował… - odpowiedziałem.
- Zobaczymy wkrótce - dodał Vi - Dobrze by było jak by im się pomieszało w głowach i zrezygnowaliby z watahy. Pojedyncze osobniki są łatwiejszym celem. Patrzcie! - krzyknął i zatrzymał auto.
            Na środku drogi, na wysokości dwójki, grupka ludzi plądrowała samochód. Zobaczyli nas po chwili. Typek dał i znak do ucieczki i prysnęli w stronę szkoły.
- Spokojnie - powiedział Vi i ruszył dalej - Jedni uciekają, jedni atakują.
            Jechaliśmy dalej. Na wysokości kościoła, na JPII, trzech typków ściągało benzynę z jakiegoś samochodu. Pomachali do nas. Nie uciekli.
- Misiek, widzisz ich? - spytałem przez radio.
- Siema, tak, ale tylko obrabiają autka, nie zbliżają się do kościoła.
- To dobrze, jak coś to daj cynk, bez odbioru.
            Jechaliśmy dalej.
- Na skrzyżowaniu z Byczyńską skręć w prawo, pojedziemy na osiedle, a potem z powrotem na Byczyńską - powiedziałem.
- Spoko, patrz na ten domek - powiedział Vi - Całkiem spalony. Ciekawe co tu się stało.
            Faktycznie, domek stał w zgliszczach. Pewnie już nikt nam nie opowie co tu się stało. Świadkowie mają teraz w mózgach sieczkę. Co któryś domek kopcił z kominów. Zabite okna na parterze. Duże prawdopodobieństwo, że dalej tam ktoś żył.
- Sporo ludzi przetrwało - powiedział Vi - Patrzcie jak fruwają firanki, chowają się przed nami. Ich się nie boję. To dobry znak. Gorzej jak wyjdą do ciebie, to wtedy można liczyć, że zaraz będą się stawiać.
- Racja - dodał Beny - Patrzcie na ten! Forteca!
            Faktycznie. Jeden z domków był normalnie ufortyfikowany. Wory z piachem, jakieś zastrugane kije jak dzidy, tylko czekały na ofiarę. Na jednej z nich wisiał sztywny. Nie ruszał się. Tępy musiał wejść na barykadę w nocy.
- Chyba często się tędy przetacza chorda. W mordę, z piątego piętra to na pewno wygląda inaczej - powiedział Vi - Ryzykują trochę.
            Skręciliśmy w Ossowskiego. Do marketu został zatarasowany wjazd. Ktoś chyba monopolizował go na własny użytek. Ale dalej się dało przez trawę przejechać. Jednak znak ostrzegawczy był widoczny.
- Może być niebezpiecznie - powiedziałem i ująłem karabinek w pogotowiu.
- Spokojnie, nikt w tym mieście nie ma ani pistoletu na kulki - powiedział Vi.
            Nagle na drogę wyskoczyło kilku gości i jakiś inny zajechał drogę samochodem. Musieliśmy się zatrzymać. Byli uzbrojeni po zęby. Noże, pałki, rury, butelki z benzyną, czego dusza zapragnie na zombi apokalipsę.
- Wycofaj - powiedziałem stanowczo do Viego.
- Ile ty masz lat? - zapytał mnie.
- Jakie to ma znaczenie, unikamy konfliktu - powiedziałem.
- Ja wysiadam, a ty wskakuj za kółko - powiedział Vi i wysiadł z Onyksem na ramieniu.
            Goście stali kozacko, chcieli nas przestraszyć, ale jak zobaczyli Viego z giwerą od razu zmiękli. Znajome mordy się pokazały. Znałem trochę ludzi, ale tylko z widzenia. Niektórych nigdy wcześniej nie widziałem.
- Co jest? - spytał Vi.
- Nie ma tu jeżdżenia - powiedział typek.
- Bo co? Chcemy przejechać, nie robimy szkód.
- Wabicie trupy.
- Wy wabicie, tak od was wali, aż tutaj czuć.
- Wypierdalajcie stąd, nie szukamy kłopotów.
- Nie szukacie, powiadasz, to po co nas tak witacie? Skroicie każdego kto wam stanie na drodze. To wy wypierdalajcie nam lepiej z drogi. - dorzucił Vi i goście zaczęli się cofać. Ręka drgnęła mu w kierunku broni.
- Nie róbcie huku, od niedawna się uspokoiło z trupami. Mniej ich, w małych grupach chodzą.
            Vi wycofał się do auta i pojechaliśmy dalej.
- Ale się zesrali jak zobaczyli broń - powiedział triumfalnie - Niech sobie nie myślą, że mogą zastraszać każdego kto im stanie na drodze. Mam nadzieję, że się więcej nie spotkamy.
- Też mam taką nadzieję - odpowiedziałem.
            Podjechaliśmy na plac 3-go maja. Zatrzymałem na krzyżówce.
- Co tu się musiało dziać! - krzyknął Beny.
            Na jezdni leżały ciała. Cała masa. Kilkadziesiąt może ponad sto. Ktoś tu stoczył niezłą bitwę. Nogi i ręce, głowy leżące luzem. Jezdnia zbryzgana krwią. Facet przewieszony przez drzwi samochodu, bez głowy.
- Nie przejadę po ciałach - powiedziałem - Możemy się zakopać w mięsie i nie wyjedziemy.
- Kurwa, jak to zabrzmiało - powiedział przejęty Vi - Samochodem zakopać się w ludzkim mięsie. O w mordę. Jedź dalej Konopnickiej, potem na Wołczyńską, Mickiewicza i do domu. Mam dość tego widoku. Z dachu Bastionu tak źle to nie wgląda.
- Patrzcie ile kominów dymi panowie! Tu są nasi, sporo ich - powiedział Beny.
- Każdy gotowy wsadzić ci nóż w bebechy byle tylko przetrwać - powiedział Vi.
            Zatrzymałem się koło podstawówki.
- O w mordę - powiedział pod nosem Vi.
            Leżało trochę ciał na schodach wejściowych. Niektóre szyby były opryskane krwią od środka.
- Musieli tutaj mieć jakiś przyczółek, albo zebrali się do kupy i wpadli na chordę - powiedział Beny.
- JJ jedź bo kurwa rzygnę! - dodał Vi i ruszyliśmy dalej.
            Na skrzyżowaniu prosto, dalej Konopnickiej. Minęliśmy chwilę wcześniej boisko asfaltowe.
- Pamiętam jak z Pucem i Osą graliśmy tam w czasie matur w kosza. Późno w nocy. Zagrałbym sobie teraz w piłkę - powiedziałem.
- Niedługo zagrasz sobie, wyjebiemy sztywnych z miasta i będziemy wolni - powiedział Vi.
- Ta.
- Mam pomysł.
- Że niby co? Wepchniemy ich do dziury i podpalimy? Dwadzieścia tysięcy ścierw?
- Pogadamy o tym kiedy indziej. Patrz na drogę bo sam zaraz wjedziesz w jakieś gówno.
- Jak ich usuniesz z miasta to ludzie nas zajebią. Prędzej czy później…
            W tej stronie miasta - trzysta metrów dalej - nie było niczego masakrycznego. Wolno leżące zwłoki, jakieś porozbijane auta. Nie było tu większej rzezi.
- Ale tu spokojnie - powiedziałem.
- Wieź mnie do domu - powiedział Beny - Bo już za długo to trwa tak bez celu.
- Są! - krzyknął Vi - Bydlaki! Wiedziałem, że gdzieś muszą się tu kręcić.
            Było ze parę set sztuk na parkingu sklepu, ale bez ładu żadnego, wałęsali się zwyczajnie. Co chwilę się rozchodzili na różne strony. Wcześniej szli według jakiegoś planu.
- Gdzie reszta? - spytał Vi - JJ ostrożnie, zamknij okno.
            Jechałem slalomem. Ale nie uniknąłem potrącenia. Kilku z nich przejechałem. Bardzo to nie przyjemne doświadczenie. Dźwięk miażdżonego sztywniaka pod kołami. Ciary szły po plecach. Wyglądali jak ludzie.
- Na egzaminie na prawko już byś nie zdał - powiedział niby dowcip Vi.
- Ta…
            Na wysokości hotelu zrobiło się luźniej i ruszyłem nieco szybciej. Daliśmy po drodze cynk Szybkiemu, żeby nam przygotował wjazd.
            Po chwili wjechałem do Bastionu.
- Skąd tyle krwi na błotnikach? Całe auto uwalone! - krzyknął Szybki - I jak tam na mieście? Dużo ludzi?
- Sporo kominów dymi. Jedni uciekają drudzy się stawiają. Ze sztywnymi pójdzie łatwiej, z ludźmi będzie ciężej jak dla mnie. - odpowiedziałem.
- A sztywni?
- Są, ale jacyś tacy rozbici. Chyba przez śmierć kabana. Trochę ich mało.
- Powiadomiłem już Miśka o waszym powrocie.
- Spoko.
            Byłem nieco przybity po wypadkach tego dnia. Szybki dopytywał co widzieliśmy na mieście, ale nikt nie palił się z opowiadaniem. Było dopiero koło południa. Vi wpadł na pomysł żeby z braku zajęcia sprawdzić stan barykad i ochrony Bastionu. To był dobry pomysł. Nie było czasu na zastanawianie się nad tym co widzieliśmy za oknami auta. Szybki zajął się żarciem i sprawdził stan spiżarni. Było dosyć sporo zapasów. Nie musieliśmy się martwić pod tym względem o nadchodzące dni. U Puca w kościele było też całkiem przyzwoicie z zapasami.
            Muszę odpocząć i po tym dniu i po opisaniu tego. Wszystkie myśli znowu wróciły. W mordę! A jeszcze tyle otwartych spraw na nas czeka…
            Ot i zwyczajny dzień w Bastionie. Gdyby nie ekscesy o poranku to byłby to zwyczajny dzień. Mimo braku zagrożenia nie byliśmy spokojni. Głowa cały czas płatała nam figle. Nie można było się uspokoić i wyciszyć bo wracały dziwne i niechciane wspomnienia. Robiło się coraz ciężej….
=
JJ

niedziela, 22 kwietnia 2012

21.12.2012 Pucu… 21.12.2010 Pucu - ciąg dalszy


21.12.2012 Pucu…
            Doświadczenia poprzedniego dnia ciągle kotłowały mi się w głowie. Ileż razy to już tu pisałem... Nie mogłem spać. Kolejny zasrany raz… Gdzieś tam w głębi, razem z Vim, czułem się odpowiedzialny za zgon Homera. Mogliśmy ostrzelać kabana albo wypieprzać stamtąd. Żyłby teraz. Ja jebię… Chłopaki nie rozmawiali. Przybici. Poszedłem na dach. Vi miał wartę. Przyniosłem 0,5 na rozgrzewkę…
- Jutro stąd spadam stary - powiedziałem.
- Jak to?
- Na jeden dwa dni.
- Co?
- Wybieram się do Puca. Muszę odpocząć od tego miejsca. Dacie sobie radę. Wesprę go troszkę bo ciężko mu w chuj.
- No spoko, jakoś damy radę przetrwać ten kryzys.
            Planowałem wyskok do Puca na wsparcie. Potrzebował tego. Nie spał normalnie od kilku tygodni. W tej sytuacji sanatorium miało mi odświeżyć umysł, którego funkcjonowanie zostało zachwiane przez śmierć Homera. W mordę!!! Skurczybyk planował może nawet swoją śmierć. Gówno mnie to obchodzi. Powinien zostać… ale skoro sam chciał? Nie wiem czy chłopaki się pozbierają po tym kurewskim przeżyciu. Już nawet nie pamiętałem walki w banku… Ale jeszcze do tego wrócę, może, jak ochłonę…
            Rano, jak już wszyscy wstali powiedziałem chłopakom, że się zmywam. Trochę się obrazili. W międzyczasie przyszło info od Puca… chciał nam podziękować po części za mąkę, którą mu daliśmy na chleb dla dzieciaków i zaproponował nam możliwość wzięcia prysznica, ale krótkiego. Mówił, że niektóre dzieci wcześniej w ogóle nie jadały chleba. Niejadki takie małe. Ale teraz, jak było krucho z jedzeniem, to bochenek traktowali jak tort urodzinowy. Żal mi ich było. Byłem przygnębiony. Musiałem się zerwać z Bastionu. Za każdym razem jak wchodziłem do kuchni odruchowo szukałem wzrokiem Homera… Ale go nie było. Uznałem, że nawet 48 godzin w innym środowisku powinno poskutkować.
            Na miejscu wskoczyliśmy pod prysznic…
            Rozkosz to mało powiedziane. Od kilku tygodni myłem się w brudnej i zimnej wodzie, albo wcale. Istna zajebistość. Pucu zrobił tam luksusowy hotel. Mógłby za jedzenie udostępniać komuś prysznic na 10 minut i normalnie zbić kokosy. Oszczędnie. Tylko się opłukałem i potem szybko namydliłem. Wszystko przy zakręconej wodzie. A potem zmyłem z siebie stres poprzednich tygodni. Jasność umysłu dzięki prysznicowi, kurna!. Przez 10 minut byłem w innym świecie. W raju, jeszcze tylko browarki i…!!! A jak wyszedłem to wszystko wróciło. Ale było lepiej, nieco. Chłopaki czekali na swoją kolej, a ja poszedłem pogadać z Puckiem.
- Kiedy ostatni raz spałeś? - spytałem Puca.
- No to, trzy dni temu dwie godziny, wczoraj godzinkę… - powiedział wymęczony.
- To kiepawo, oprowadź mnie po twoich włościach i opowiedz jaki masz plan ucieczki stąd w razie nagłego ataku - powiedziałem.
- No więc tak - zaczął i usiadł w fotelu - z dachu sobie wszystko obserwuję i w razie czego wychodzimy dołem, tam pod garaże do takiego busika i jedziemy.
- Dokąd? - spytałem.
- Noo, że tak powiem… - powiedział strudzony - No teraz to do was.
- Acha - odpowiedziałem - tak myślałem, w sumie to mogliśmy ci to zaproponować wcześniej. Tylko pamiętaj żeby dać nam cynk wcześniej, bo trzeba otworzyć bramę wjazdową. Co z tobą? - zapytałem.
            Pucu zasnął. Nasza obecność spowodowała, że chwilę się odstresował i zgasł jak telefon komórkowy. Chłopaki jak go zobaczyli, to przestali się boczyć, powiedzieli, że jest wszystko spoko i żebym został, a jak chcę to mogą mnie zmienić w nocy. Jego siostra starsza tez była wyczerpana. Dzieciaki trochę się wstydziły mnie, ale potem było już w porządku. „Bastionowe przedszkole”…
            Pucu zasnął jakoś o 12 tego dnia, a wstał równo 24 godziny później. Dostał ostro po dupie. Tak się zależał, że nie mógł sam wstać, tak go sponiewierało zmęczenie. Pomogłem mu. Spytał od razu o dzieciaki czy wszystko w porządku…
            Ale wracam jeszcze do poprzedniego dnia. Chłopaki odjechali Vandurą w stronę Bastionu. Obgadaliśmy wszystko od nowa. Ostatnio trochę zaniedbaliśmy naszą twierdzę. Doszliśmy do wniosku, że musimy teraz popracować nad obroną i trzymać warty, choćby się świat walił. Koniec z opuszczaniem Bastionu bez obstawy w środku. Zawsze miał ktoś zostać i ubezpieczać dom. Tak dom… Teraz miało być trudniej, straciliśmy kolejnego człowieka.
            Poruszyłem jeszcze kwestię wsparcia dla Puca i jego dzieciaków. Chłopaki na odjezdne obiecali, że zrobią Pucowi niespodziankę i jak się ściemni to wpadną z prowiantem. Mówili potem, że z małymi problemami ze sztywnymi obskoczyli Biedę i zgarnęli dużo jedzenia. Wyładowaliśmy wszystko w korytarzu i chłopaki odjechali. Wspomnieli, że wskoczą do środka jeszcze raz i zgarną po drodze kilka rzeczy do Bastionu.
            Szkoda, że nie mogłem nagrać dzieciaków następnego dnia jak dałem im słodycze… Pakowali do dziobów czekoladę i skakali na mnie jak na świętego Mikołaja. Normalnie… Szok. Nigdy bym nie przypuszczał, że zwykła czekolada może wywołać taką radość i euforię. Musiałem wyjść żeby nie widziały jak pękam przy nich, tak oto zostałem „Wujkiem - Dżej Dżejem…”. Wczoraj strzelałem do ludzi, a teraz mało brakowało, a by widziały dzieciaki jak płaczę ze szczęścia i przygnębienia, bo mogłem im dać trochę czekolady…
            W dniu jak zasnął Pucu siedziałem z nimi i grałem trochę w jakieś gry planszowe. Domowe przedszkole… Co jakieś 15 minut robiłem mały obchód i sprawdzałem w oknach czy czasem jakieś ścierwo się nie gromadzi pod kościołem. Pojedyncze osobniki, bez zagrożenia. Ciągle miałem radio i co jakiś czas Bastion podawał co u nich. Około godziny 20 najadłem się strachu jak powiedzieli, że spora grupa przechodzi właśnie przez Zamkową i kieruje się na Jagiellońską. Pytałem o jakiegoś drugiego kabana… Powiedzieli mi żebym był gotowy do ewentualnej ewakuacji. Leżałem na dachu z lornetką i obserwowałem ile się dało posuwające się gówno. Poszli na ulicę JPII i potem skręcili w stronę osiedla. Całe szczęście. Kabana nie było. Możliwe, że gdzieś mutuje kolejny.
            Miałem tego nie pisać, ale było kilka sytuacji kiedy nie wiedziałem jak się zachować. Do tej pory nie wiem jak Pucu z siostrami sobie z tym radzili. Dzieciaki podchodziły i pytały mnie o ich rodziców i rodzeństwo. Pytali się czy przyszedłem je zabrać do mamy, do taty. Czy wiem gdzie ich siostra… Masakra jakaś. Potem słyszałem w nocy jak płakały przez sen. Może zrobiłem im nadzieję na zabranie ich stamtąd. Szkoda, że jeszcze nie dało im się wyjaśnić, że w tym całym chorym świecie nie mogli trafić lepiej niż tutaj z Pucem. Może jak dorosną to uzmysłowią to sobie, ale na tym etapie było im bardzo ciężko. Nam też.
            Wbrew pozorom Pucu podjął się niesamowitego zadania. Nie wiem czy ja bym podołał. Nie dość, że tyle stracił to jeszcze zachował zimną krew i ratował innych, a potem jeszcze obskoczył miasto  zgarnął kogo się tylko dało. Później zaczął się wszystkimi opiekować i dał im schronienie… złoty gość.
 =
JJ


21.12.2010 Pucu - ciąg dalszy

            Wspomniałem wcześniej, że mój kompan, od szkoły podstawowej, wstał około 12. Nie obyło się bez problemów. Tak mu się kości zastały, że nogi nie mógł zgiąć. Od kilku tygodni w ciągłym stresie i skrajnym wyczerpaniu. Mówił, że nie pamięta kiedy konkretnie spał. Ja spałem konkretnie codziennie prawie. Wykonał kawał dobrej roboty. Wszystko zabezpieczone w razie ewakuacji, ale wspólnie znaleźliśmy kilka niedociągnięć. Siostry jego wiedziały co mają w razie czego robić. Pucu miał wejść do busa jako ostatni i sprawdzić czy wszyscy są i odjechać.
            Po jakimś czasie, jak już wstał i rozbudził się, pogadaliśmy trochę.
- I co jak w nocy na warcie było? - spytał mnie Pucu.
- Spoko, pojedyncze mendy się tu kręciły, ale cisza i spokój jest w środku to nie było w ogóle opcji żeby coś się stało - odpowiedziałem - Ty, chodź na dół, coś ci pokażę.
- W mordę, co to jest?! - spytał jak zobaczył wyładowane żarcie koło schodów.
- To jest mały podarek dla ciebie i dla dzieciaków od Bastionu - odpowiedziałem - Chłopaki w nocy byli w Biedzie i przynieśli co nieco. Niedługo i tak te rzeczy będą się psuły więc starczy dla wszystkich. Szkoda żeby się zmarnowało, a sam nie podołasz wszystkiego zgarnąć.
- Kurwa mać… - zaczął i klęknął i zaczął płakać nad górą żarcia - Już od jakiegoś czasu srałem pod siebie na myśl, że będę musiał sam jechać do jakiegoś sklepu i go obrobić. Nie dałbym sam rady. W mordę, stary to jest normalnie szóstka w totka, jak nie lepiej. Masakra jakaś!
            Po chwili, dzieci, które bawiły się w jakimś pokoju wyszły na korytarz i przyleciały do nas. Pucu już się ogarnął i nie było widać po nim, że odreagował przed chwilką.
- Wujek JJ! - krzyczały.
- Ty, do mnie tak się nie garną! - krzyknął Pucu.
- Tu jest sekret - dodałem i podniosłem worek pełny batonów i czekolady.
- O wy małe czekoladowe żarłoki! - krzyknął do nich Pucu i zaprowadził ich do pokoju gdzie się bawili. Każdemu dał po jednym batonie. Zaczęła się uczta… - Zostawmy ich, póki są zajęci sobą mamy chwilę, żeby wszystko obgadać. Ja pierdolę, ledwo żyję. Czuję, że potrzebuję jeszcze tygodnia w łóżku, żeby odpocząć.
- Możesz zawsze złożyć podanie o sanatorium, ale wątpię żeby ZUS jeszcze utylizował składki, także lepiej sobie kawę przypierdol - odpowiedziałem.
- Śniło mi się, że było oblężenie kościoła, ale wcześniej zrobiłem barykadę z samochodów, żeby zyskać na czasie przed hordą - zaczął Pucu - Jest tu kilka aut, po księżach, pomożesz je pospychać i zatamować przejścia?
- Spoko , masz klucze czy wywalimy szyby? - spytałem.
- A na chuj mi te auta, regularnie spuszczam z nich benzynę, można wywalić szyby i zepchniemy je po prostu - odpowiedział.
- Jak byliśmy odcięci to mołotowami wypłoszyliśmy hordę spod Bastionu, zgarniemy kilka butelek po mszalnym i zalejemy je. Potem w strategicznych punktach rozłożymy i w razie czego będziesz osłaniał wyjście - powiedziałem - Czujesz potrzebę posiadania broni palnej? To pogadam z chłopakami, na pewno znajdzie się jakieś P99 dla ciebie. Czarna zostawiła po sobie pistolet. Dobry, zadbany. Potrafiła zająć się bronią. Po Homerze… - urwałem, myśl w głowie nadal była bardzo żywa, jak świeża rana.
- Zastanawiam się co zrobię, jak nas tu odetną, myślałem żeby ostatecznie, no wiesz co zrobić… - zaczął przygnębiony.
- Co? Nie kumam. - powiedziałem szczerze, bo nie kumałem co miał na myśli.
- No, takie bliskie starcie ze sztywnymi jest bardzo straszne. Nie chcę żeby dzieci to przeżywały. Myślałem żeby ostatecznie, no, wysłać je na tamten świat zanim to zrobią zombi.
- Ta, a ty wtedy co zrobisz?
- Zapierdolę tylu ilu zdołam i zginę w walce i dołączę do nich zaraz - odpowiedział.
- A jak cudem przeżyjesz? To co, potem się podetniesz przez sumienie? Mam lepszy pomysł. Dasz znać na radiu i my tu wpadniemy i zrobimy taką sieczkę, że rozgonimy tych skurwysynów, a ty z dzieciakami i siostrami przeżyjecie i nikomu nic się nie stanie - powiedziałem wkurwiony - A tak na serio to możemy przyjąć do Bastionu, według wyliczeń Viego około 250 osób i to w bardzo komfortowych warunkach. Kibelek na dworze, podkreślam.
- I będziecie ryzykować dla nas? - spytał bez przekonania.
- Dla Kolonii ryzykowaliśmy, a dla ciebie nie przyjedziemy? Po starego kumpla nie wpadniemy i pozwolimy, żebyś się zabił, a my sobie w Bastionie, jak Angole w 1940, będziemy pili herbatkę. Co ty, pojebało cię?
- Nie, ale ciężko ogarnąć taką gromadę. Pomyśl sobie, co będzie, jak któreś z nich zostanie ranne…
- Na razie nikt nie jest ranny. Jak nie zdążysz się ewakuować ze wszystkimi, bo takie przyjdzie stado, to będziesz musiał zrobić solidne barykady w drzwiach. Podchodzisz przewracasz coś i kurwa tak, żeby nikt tego nie ruszył. Drzwi od kancelarii parafialnej są jak grodzie pancerne w łodzi podwodnej. Zabijemy je gwoździami tak, że nawet granatem nie otworzysz. A jak kogoś ranią, to wtedy się zastanowisz.
- Spoko, odwołuję tamto, racja głupi plan. - zaczął Pucu - Można zrobić wyjście na drugą stronę przez aulę i potem piętrem albo na dole przez jakieś okno.
- To w ostateczności, podjedziemy Vandurą i was zgarniemy wszystkich i po sprawie, a ty tu już taki historie jak z getta wymyślasz.
- Tylko nie z getta! - krzyknął nieco zdenerwowany, ale z humorem.
- Spoko, pamiętasz jak robiliśmy selekcję na korytarzu w gimnazjum? - spytałem.
- Tak, prawidłowo - odpowiedział.
- No banda pojebów, hah!
- Ta, to były czasy - odpowiedział - A pamiętasz fraszki? Brykiet z… na grilla się przyda… W mordę!
- To było dobre. Fraszka „Do mamy” - „Gotuj, ale nie mi, bo wyląduję w ziemi”
- Hahahhaha wezwanie do rodziców za to dostałem.
- Kurde zjadłbym coś dobrego - rozmarzyliśmy się na temat żarcia…
            Naśmialiśmy się co nie miara z przeszłości, ale po godzinie pogawędki zabraliśmy się za zabijanie okien na dole i drzwi. Zostawiliśmy tylko ewakuacyjne wyjście piwniczne na dole i wolna była aula w przejściu na piętrze. Resztę drzwi zabiliśmy dechami. Powinno wystarczyć w razie ewentualnego oblężenia. Pucu potrzebował zatrzymać hordę na jakieś 20 minut, żeby zgarnąć dzieciaki i wyjść. W busie zostawiliśmy ciepłe ubrania, prowiant i wodę.
- Patrz na to - powiedział już pod wieczór Pucu - W razie czego mam wszystko oświetlone - dodał i pokazał mi system oświetlenia jaki zamontował w kilku miejscach. W razie potrzeby naciskał przycisk i włączały się na pół godziny halogeny i oświetlały cały teren.
- W Bastionie nie mamy takich bajerów - powiedział - Ale w razie potrzeby rzucamy mołotova na dół i też wszystko widać. Chodź na malboraska stary.
            Około 22 skończyliśmy barykady. Wszystko było skończone. Objąłem wartę kilka minut później i Pucu znowu poszedł spać. Spał 12 godzin. Jak już się rozbudził to dałem cynk chłopakom żeby wpadli po mnie. Przyjechali Vandurą pełną po brzegi żarcia. Pucu dał Viemu kilka butelek winka mszalnego, żebyśmy sobie czasem, dla zdrowotności, albo bardziej na mołotovy, opróżnili co nieco.
            Wziąłem chłopaków na stronę. Szybki obstawiał Bastion. Powiedziałem im, że pobyt tutaj dobrze działa na psychikę. Misiek powiedział, że ostatnio ma złe myśli. Uznaliśmy, że powinien zostać w kościele, na 2 dni. Zaopiekować się dziećmi i wesprzeć Puca. Ucieszył się z tej zmiany.
            Pożegnałem się z Pucem i dziećmi - chłopaki byli w szoku jak wyskoczyła gromada z okrzykiem „Wujek dżej dżej!!!”. Potem tak samo wołali na Miśka i resztę chłopaków… Jedyna pozytywna rzecz w tym całym burdelu. Dla tego miejsca było warto się starać i żyć. Homer pewnie teraz spogląda na nas z chmury i już wie dlaczego samobójstwo było chujowe w tych warunkach. Szkoda, że odszedł.
            Może się wydawać, że przyszedł czas sielanki. Za skurwego syna! Nie ma. Każde podejście do okna wiąże się z zagrożeniem zdemaskowania. Musimy uważać nie tylko na ścierwo ale i na ludzi. Od kilku tygodni rzadko mieliśmy z nimi kontakt. Jak już był to albo była spina albo padały trupy. Teraz przyszedł czas częstszych spotkań.
Poszła fama o rozbiciu gangu. Ludzie wyszli na ulicę. Spotkaliśmy kilka prowizorycznie uzbrojonych grup po drodze z kościoła do Bastionu… ale o tym jutro…
            Jestem wyczerpany…
=
JJ

wtorek, 3 kwietnia 2012

20.12.2010 Rekonesans w placówce…

20.12.2010 Rekonesans w placówce…

            Po udanej akcji udaliśmy się na spoczynek do Bastionu. Mieliśmy się przespać  kilka godzin i wrócić do Banku sprawdzić co i jak po ataku. Około 7 obudził mnie Vi. Ten to nie ma spania. Śpi kilka godzin bo takiej ciężkiej robocie i gania dalej.
- Zostawiamy osłonę w Bastionie – powiedział mi Vi kiedy zbierałem się z wyra.
- Kto zostaje? – spytałem z jeszcze zamkniętymi oczami.
- Beny i Misiek, odpoczną sobie.
- Spoko, kiedy ruszamy?
- Za dwadzieścia minut.
            Zacząłem się ubierać. Chciałem wtedy pierwszy raz od dłuższego czasu zjeść coś dobrego. Serek wiejski… z chlebem, do tego pomidora… Kurwa mać. Znowu konserwa…
- Homer, gotowy na zwiad? – spytałem naszego mechanika.
- Taak – odpowiedział jak Kłapouchy, zasmucony i sponiewierany. Coś się działo w jego środku. Jakaś przemiana i wyczerpanie. Pusty zamyślony wzrok. Zmęczenie, upodlenie…
- Ziom, dałeś zajebiście radę wczoraj!
- Dupa, a nie rada – odpowiedział – Dosyć mam tego. Jestem gotowy zejść z tego świata. Z pomocą sztywnych czy bez. Jak by mi się coś stało, to przejrzyj dokładnie moje rzeczy w pokoju i spal wszystko w piecu.
- Co ty Homer pawiana świrujesz – powiedziałem zdziwiony – Damy radę. Za jakiś czas oczyścimy miasto i będziemy w nim żyć w miarę normalnie. Ilu może być tu sztywnych?
- Utopia… - odpowiedział Homer.
            Może miał rację, ale już miałem pewien plan. Zaatakować hordę. Przygotować zasadzkę, która miała się składać głownie z benzyny. Zamknąć ich w kotle i usmażyć. To było wykonalne. Ostatecznie można atakować zaczepnie mołotovami z samochodów i wytępić tych bydlaków. Z molami i mrówkami się da to ze sztywnymi też. Homer nie podzielał moich poglądów. Jeszcze z nikim o tym nie rozmawiałem, ale dobrze by było się zorganizować i uderzać w nich, zwłaszcza, że ostatnio uczą się szybciej czy wolniej. Za jakiś czas będą polować jak wilki. Wtedy będziemy mieli przejebane. Będziemy stali, nie tak jak teraz do kolan, tylko po pachy w gównie – mówiąc normalnym językiem.
- Wchodzimy do środka i zakładamy, że ktoś tam jest i czeka na nasze wejście – powiedział w samochodzie Vi – Bez, kurwa kozactwa, Homer, bierz hełm na łeb i mnie nie wkurzaj, że wyglądasz jak z garnkiem na głowie. Całe szczęście, że mam jeszcze te junaki w domu.
            Wyglądając jak zjeby genetyczne pojechaliśmy przez Jagiellońską na Wolności. Przejechaliśmy przez błonia i potem na ulicę docelową. Było wyjątkowo spokojnie. Nie widzieliśmy żadnego sztywnego po drodze. Musieliśmy uważać na ścigającą nas hordę. Zatrzymaliśmy wóz i chwilę obserwowaliśmy otoczenie.  Wyglądało na to, że jest czysto. Wysiedliśmy i przeszliśmy przez otwartą bramę i weszliśmy do banku. Z rezerwą, ale skradaliśmy się w środku i wchodziliśmy ostro do pomieszczeń. Nie wiedzieliśmy co nas może czkać za rogiem. Ściany budynku było spalone doszczętnie. Niektóre pomieszczenia były czyste, nienaruszone wewnątrz, ale czuć było smak spalenizny w ustach. Znaleźliśmy jednego rosłego byka na schodach. Widocznie się zatruł dymem. Sprawdziliśmy czy żyje. Był „sztywny”. Wyczyściliśmy parter. Drzwi od zaplecza były uchylone. Weszliśmy do środka.  Było to pomieszczenie gdzie był sejf. Na ziemi leżało kilka drobnych ciał. Małych w porównaniu z bykiem z gangu.
- Zakładnicy – powiedział Vi i zbliżył się do ciał.
- Ja pierdolę – załkał Homer – Było ich więcej niż mówiła Mała Mi.
- Trzy, cztery, pięć… - zakończyłem liczenie – Kurwa ładnie, jak rosyjscy komandosi żeśmy to zrobili.
- Nie wiedzieliśmy, dla jednego nie było senesu ryzykować – powiedział Vi – Pięć trupów, a dwanaście trupów to różnica. Wypierdalaj Homer z pokoju i osłaniaj salę, ja z JJ ich sprawdzimy.
            Nic przy sobie nie mieli. Homer był widocznie podłamany tym co tam znaleźliśmy.
- Musimy uważać na Homera – powiedziałem do Viego – Ma zszargane nerwy, ma myśli samobójcze. Kurwa nie możemy go stracić. Musi odpocząć. Może go do Puca ma odnowę psychiczną wyślemy?
- Dobry pomysł, obczaimy to do końca i spadamy, w Bastionie wszystko obgadamy.
            Wyszliśmy. Homer stał z opuszczoną bronią i patrzył w ziemię. Ruszyliśmy po schodach na piętro. Tutaj jeszcze było gorąco po wczorajszym pożarze. Nie spaliło się wszystko, ale wyjścia też nie było z pułapki. Na schodach ciało kolejnego gangstera. Weszliśmy do dużej sali na piętrze. Pięć ciał miało ślady rany postrzałowej. Nie wiemy czy umarli na skutek wykrwawienia czy zatrucia dymem, ale wiedzieliśmy, że ostrzał Viego  i Benego był celny. Jeden gość chyba sobie palnął w łeb sam… Na ziemi było sporo broni. Tylko krótka. Zaczęliśmy ją pakować do torby. Sprawdzaliśmy kieszenie umarłych i zebraliśmy trochę amunicji. Sprawdzaliśmy każdego czy czasem któryś nie oddycha jeszcze.
- Kurwa mać – powiedział Homer – Ten dyszy!
            Doskoczyliśmy do niego. Gość był osłabiony, nie mógł wstać. Musiał być ostro podtruty dymem. Nie wiedzieliśmy jak i nawet nie chcieliśmy mu pomóc. W ręce ciągle trzymał pistolet. Wczoraj strzelał z niego do nas. Może to on przestrzelił mi kurtkę.
- Kończę z nim – powiedział Homer i stanął mu na gardle żeby go udusić. Zamurowało mnie i stałem jak słup soli i obserwowałem jak gość umiera. Nie wiedział co się z nim dzieje. Vi stał obok i patrzył na mnie takim samym wzrokiem. Myślałem, że Homerowi odjebało. Ale był przytomny na umyśle. Rozumował normalnie. Zachował się jakby udusił właśnie chomika i poszedł dalej przeszukiwać pokoje.
            Weszliśmy do pomieszczenia gdzie wpadły mołotovy mojej ekipy. Na ziemi leżało skulone i zwęglone ścierwo. Ktoś się tu sfajczył. Wyjrzeliśmy przez okno, pod nim na ziemi leżało podobne ciało. To ten co wypadł – pomyślałem. Widok robił wrażenie, niekoniecznie pozytywne. Do dziś mam ten obraz przed oczami i nie mogę się go pozbyć, ale trzeba było to zrobić. W spalonych pomieszczeniach nie było co zbierać.
            Weszliśmy do pomieszczenia, z którego okno wychodziło w stronę bazaru. Tutaj nikt nie strzelał. Na parapecie zobaczyliśmy linę, przywiązana była do szafy. Ktoś tędy nawiał…
- Kurwa mać, ilu mogło przeżyć? – spytałem chłopaków.
- Wątpię żeby byli zagrożeniem – odpowiedział Vi – Nie zebrali nawet broni i  amunicji.
- Też bym nie zbierał na ich miejscu – dodał Homer.
- Pod oknem leży jeden, pewnie nie żyje – powiedział Vi po tym jak wyjrzał przez okno – Ale mogą mieć swoją broń, a to oznacza, że musimy nadal uważać.
- Na moje uciekło ze trzech maksymalnie – powiedziałem.
- Przejedziemy przez okolicę, może znajdziemy ich ścierwa – dodał Homer – Powinni być podtruci dymem także nie powinni daleko zajść, chyba że mieli farta.
- Dobra kończmy tutaj – powiedział Vi i wyszliśmy z pomieszczenia.
            Zebraliśmy jeszcze kilka przedmiotów – kastetów, noży, itp i kilka sztuk broni, trochę amunicji. Vi skoczył jeszcze szybko po kałasznikowa wartownika na dach i wrócił do nas przerażony…
- Co jest? – spytałem jak zobaczyłem jego minę.
- Spora grupa sztywnych wokół banku, ja pierdolę – powiedział.
            Wyjrzeliśmy przez okno. Chodziła grupa wokół samochodu i obwąchiwała go. Wyczuwali coś…
- Myślisz, że to z hordy od kabana? – spytałem Viego.
- Kurwa chyba tak, jebani się tak zachowują. Wokół też jest kilku, zachowują się jak psy tropiące.
            Usłyszeliśmy dziki ryk, podobny ja wtedy na Byczyńskiej i zobaczyliśmy jak sztywni w pośpiechu wypierprzają spod baku i samochodu w stronę bazaru.
- Idziemy , teraz mamy szansę! – powiedział Vi i zeszliśmy na dół i skierowaliśmy się do samochodu.
            Bałem się bardzo, że uderzą na nas sprinterzy. Wtedy byśmy nie dali rady wyjść z tego cało. Vi wyjrzał zza murka i powiedział:
- Kurwa, sto metrów, horda z kabanem, chyba czekają na nas. Panowie za mną do auta i spierdalamy stąd!
            Wybiegliśmy do auta. Nawet się nie oglądałem. Wskoczyłem do przodu pasażera i Vi już siedział obok mnie. Zakręcił silnik.
- Kurwa gdzie Homer?! – krzyknąłem i spojrzałem w lusterko boczne. Stał na ulicy i słuchał ryku kabana.
- Odjebało mu! – krzyknął Vi.
            Szybko przeskoczyłem z przodu do tyłu i do szyber dachu. Przeładowałem karabin.
- Spokojnie – powiedział Homer, kiedy mnie zobaczył z bronią.
- Stary wsiadaj i spierdalamy stąd – powiedziałem wkurzony i zdenerwowany.  – Pojebało cię?
- On chce walczyć – powiedział Homer i wyciągnął maczetę z pokrowca na udzie.
- Kurwa wsiadaj bo ci jebnę  - krzyknąłem i schowałem się do środka
- Co? – spytał Vi.
- Chce walczyć z kabanem.
- Kurwa!
            Vi wysiadł z auta i ja razem z nim. Horda stała naprzeciwko od nas.
- Co tobą stary? – spytał Vi Homer.
- Wszystko w porządku, on chce walczyć – powiedział Homer.
- To mu kurwa zaraz wygarniemy z lufy – odpowiedział Vi.
- Nie, solo, wiem, że to brzmi debilnie, ale jest jak goryl. Chce się napierdalać z nami. Dlatego nas ściga. Nie odpuści nam. Wie jak wyglądamy, jaki mamy zapach. Wie gdzie jest  Bastion. Rozpierdolą nas. Zabiliśmy jego żołnierzy. Teraz się będzie mścić.
- Damy radę, wsiadaj i spierdalamy, zajebiemy go innym, razem, są za blisko kurwa! – powiedział do niego Vi i zaczął go ściągać do auta. W tym momencie horda drgnęła bardzo groźnie i zrobiło się tam poruszenie. Kaban odwrócił się do swoich i ryknął. Wszystko ucichło.
- Puszczaj – powiedział Homer - To nasza szansa. To moja szansa!
            Kaban wyszedł przed stado i uderzył się po piersiach jak goryl. Dał okrzyk.
- Rozpierdolę go – powiedział Homer – Dam radę. Osłabię go szybkimi ciosami i padnie.
- Kurwa nie podołasz, stary spadajmy – powiedziałem.
- Dam radę, zapierdolę mu w łeb maczetą, potem go potnę i zdechnie, tylko tak wygląda strasznie – powiedział skoncentrowany Homer, wpatrzony w kabana.
- Liczysz na jego honorowe starcie? Kurwa to zombi, nie człowiek, uderzysz, a stado ruszy na nas – powiedziałem.
- Myślę, że on ich zatrzyma – powiedział Homer – Nie widzieliście jakie znaki mi dał. Zamknijcie się, wychodzę na niego. Odjedziecie kawałek, jak go położę, to na wstecznym mnie zgarniecie. Miej JJ otwarte tylne drzwi. Dam radę. Wolno chodzi. Ujebię go maczetą. Tak! – krzyknął kiedy kręciłem głową – Tylko tak się odwalą i zgłupieją. Może nie ma drugiego kabana i nikt nie będzie nimi tak kierował. Zrozumcie. Vi, jak to szło, jeden trup czy sześć trupów?
- Nie pierdol – odpowiedział Vi – Wiesz o co mi chodziło, coś całkiem innego. Ujebiemy go ogniem stary, spadajmy.
            Ta przepychanka słowna trwałą już jakiś czas. Kaban stał i przypatrywał się nam. Niecierpliwił się.
- Wsiadajcie i mnie nie wkurwiajcie, zostaję – dodał Homer i zaczął się rozbierać do krótkiego rękawa.
- Szkurwa! – krzyknął Vi.
            Homer wyszedł przed nas. Stanął na środku i krzyknął do kabana.
- Odjedźcie kawałek, muszę mieć miejsce – powiedział do nas skoncentrowany Homer – Do zobaczenia w piekle – dodał.
            Poszły ciary po plecach. Aż mi się gorąco zrobiło.
- Bądź gotowy do strzału – powiedział Vi – Nic nie może mu się stać. Powinien się w połowie rozmyślić i będziemy jednak spierdalać.
- Gotowy! – powiedziałem.
            Homer zrobił kilka kroków w stronę Kabana. Vi odjechał kawałek w stronę szkoły. Kaban zaczął ryczeć i skierował się na Homera. Szedł bardzo nieudolnie, jak kaban. Ten stał i czekał na niego. Kiedy kaban się zbliżył zaczął machać rękami i atakować go. Homer uderzył go maczetą w ramię i odskoczył. Zrobił kółko i stał teraz placami do hordy. Kaban uderzył ponownie i Homer zrobił unik i trafił go w drugie ramię. Maczeta weszła głęboko, ale nie raniła go tak mocno, żeby upuścić z niego maks juhy. Przez moment miałem wrażenie że mu się uda, a po chwili byłem pewien. Teraz zaatakował Homer i uderzył go w udo. Jak kamień twarde. W pewnym momencie kaban upadł. Potknął się zwyczajnie. Homer zamachnął się z całej siły i chciał uderzyć go w łeb, ale nie trafił czysto  i uderzenie weszło na klatkę piersiową. Poszło dużo juhy, ale ten się podniósł i zaatakował jak ranny kaban. Homer oberwał kilka razy. Ale to były mechaniczne uderzenia, jednak klęknął na ziemi myśleliśmy, że był ranny.
            Kaban spojrzał chwilę na niego i ruszył jak pociąg towarowy. Homer odsunął się i uderzył go w kostkę, zmasakrował ją, ciało pękło z trzaskiem i Kaban padł. Chyba to był jego najsłabszy punkt. Homer zaatakował ostro leżącego. Horda ryknęła. Przeładowałem Onyksa i przycelowałem.
            Stopa kabana sterczała, ten się nachylił i oderwał ją. Straszny widok. Poszłą masa juhy. Homer w tym czasie  atakował zawzięcie jego ciało i rozcinał je w wielu miejscach. Kaban był bardzo osłabiony i ciężko ranny. Nie mógł się podnieść z ziemi. Po chwili przestał się ruszać.
- Ty chyba się udało! - krzyknąłem do Viego.
- Pedalski kaban! - odkrzyknął.
- Co on robi! - krzyknąłem - Do auta!!!
            Homer stał i patrzył na ścierwo u swoich stóp. Ciężko oddychał. Nagle kaban resztkami sił złapał go za nogę i ryknął. Horda ruszyła. Mieli do nich jakieś 50 metrów. Vi ruszył na wstecznym. Homer zaczął rąbać rękę kabana i w końcu ją odciął. Odwrócił się i wskoczył przez tylne drzwi do Vandury.
- Jazda!!! - krzyknąłem i zatrzasnąłem drzwi. Sztywni odbili się od blachy samochodu. Vi ruszył z kopyta.
- Homer! Masz pół litra u mnie za to! - krzyknął Vi.
- JJ, musiz mi pomóc - powiedział Homer, bardzo osłabiony.
- Że co? - spytałem zdziwiony, a ten pokazał mi ranę na nadgarstku.
- Ranił mnie pod samo koniec kłami - zaczął - Musisz mi odciąć rękę, może się jeszcze uda zatrzymać zakarzenie.
- Co ty kurwa gadasz!
- Serio, wal! Swoją maczetą bo moja jest brudna, Vi zatrzymaj.
Zatrzymaliśmy się na środku Słowackiego.
- Wal! - krzyczał Homer.
            Nie mogłem mu odrąbać ręki.
- Vi chodź tu szybko, nie ma czasu!!! - krzyczał Homer, ale też bezskutecznie i po chwili - Dawaj to! - i wyrwał mi maczetę. Jednym ruchem uderzył i odrąbał sobie lewą rękę pod łokciem. Drugą ręką otworzył drzwi i wykopnął to co zostało na ulicę. Wyciągnął zdecydowanym ruchem pasek ze spodni i zaczął go owijać nad kikutem.
- Pomóż - powiedział, ale ja zasłabłem i siadłem sobie i nie mogłem się podnieść, tak na mnie działa taki widok. Vi przeszedł do rozsuwanych drzwi i zacisnął mu pas.
- Wytrzymaj, zaraz będziemy w Bastionie, Beny ci pomoże - powiedział spokojnie Vi i wskoczył za kółko.
            Ja siedziałem i patrzyłem na resztkę kości, która wystawała z jego przedramienia.
            Zajechaliśmy do Bastionu. Vi kierował i nadawał. Chłopaki byli przygotowani na przyjazd rannego. Cały czas myślałem o zakarzeniu. Byłem pewny, ze to koniec Homera. Że niby siedzi obok mnie, ale tak naprawdę umiera. Nie można było dać się drasnąć. Homer został ranny i gówno.
            Beny przejął pałeczkę i zajął się nim.
            Po około dwóch godzinach mogliśmy się zobaczyć z bojownikiem. Beny nam powiedział, że na jego oko zaczęła się przemiana i nie wie ile czasu mu zostało. Zachciało mi się płakać, ale musiałem się trzymać, żeby nie robić mu przykrości. Była szansa oczywiście, że z tego wyjdzie, bo odciął sobie rękę, ale nie było wiadomo do końca. Był przytomny, jego stan był stabilny. Rozmawialiśmy z nim, taka tam gadka szmatka i nagle:
- Słuchajcie, stawiam sprawę jasno, planowałem to od dłuższego czasu - zaczął Homer - Miałem wyjść na ulicę i bić się z nimi, zastawić pułapki i zabić ilu zdołam. Akurat trafił się kaban to skupiłem się na nim. Mam nadzieję, że się nie gniewacie na mnie, że was opuszczam?
- Nie pierdol, stary, powinieneś przetrwać - powiedział podłamany Vi.
- Widzicie moje oczy? Czuję, że się przemieniam. Dajcie spokój. Dzięki wielkie panowie, że mnie zgarnęliście wtedy. Nie miałem szans z tym stadem. Cud sprawił, że staliście na mojej drodze. Vi, trzymaj grupę w garści, kieruj nimi. Dobry przywódca z ciebie i kozak, bądź zawsze rozsądny. Dzięki za wszystko - dodał i przybił mu rękę - Misiek, nie wpadaj tak łatwo w furię. Chroń chłopaków, dbaj o grupę. Beny dzięki za opiekę medyczną wtedy i teraz. Dobre oko masz. Najlepszy strzelec Bastionu i medyk do tego, dzięki bracie! Szybki! Na pewno lepiej byś sobie poradził z kabanem, wolny bardzo i duży. Poszlachtowałbyś go, jak się trafi drugi to dasz mu radę stary! Miej oczy dookoła głowy. Jesteś solidnym filarem Bastionu. JJ, dbaj o nich, żeby nikomu nie odwalało za bardzo tak jak mi. Myśl trzeźwo za grupę…
            Dodał jeszcze kilka słów od siebie. Chłopaki mieli łzy w oczach. Ja też, kurde…
- Szkoda, że Młodego nie ma z nami i Czarnej - dodał Homer - Ale niedługo się z nimi spotkam, po drugiej stronie. Nie bójcie się. To nie boli. Walczcie i bądźcie prawi do końca. Nie dajcie się ludziom i samym sobie. Dacie radę! Pomagajcie Pucowi. Robi dobrą robotę. Pamiętajcie, człowiek, który w tej sytuacji, zabija drugiego człowieka bez powodu, jest gorszym ścierwem od sztywnych.
            Chłopaki płakali obok mnie. Straszne pożegnanie. Homer był świadomy tego co się dzieje. Powiedział każdemu dobre słowo. Dziękowaliśmy my mu za zabicie przywódcy stada. Leżał sobie chwilę i napawał się zwycięstwem i patrzył na nas. Po jakimś czasie było widać oznaki przemiany. Jakieś plamy na ciele itd.
- Panowie - zaczął nagle rozbrajając ciszę - Na mnie pora. Kawałek klocka ze mnie, nie będziecie musieli mnie znosić, a też nie chcę zesztywnieć i potem was ganiać po ulicach - i zaczął się zbierać. Wiedziałem o co mu chodzi. Mówiliśmy mu żeby leżał i nie przemęczał się, ale ten się uparł i wstał - Mam jeszcze siły, idę na ulicę. Tam się zakończy mój żywot. Spalcie moje ciało, żebyście nie musieli się srać z grzebaniem. Chodźcie!
            Zaczęliśmy się za nim zbierać. Czułem się, jak byśmy szli na jego egzekucję. Odcięcie ręki nic nie dało. Niestety. Zeszliśmy na dziedziniec.
- No to żegnajcie chłopaki - powiedział Homer i żegnał się z każdym osobno. Chłopaki dziękowali mu za wsparcie dla grupy i odwagę. Ciężko było.
- No i czego płaczecie? - spytał nas Homer - Widocznie tak ma być. U mnie w szafie macie narzędzia i spisane pomysły na kolejne wynalazki do Bastionu. Przestańcie łkać! Ja szczęśliwy jestem teraz! Przestańcie! - krzyknął i wrócił się pożegnać drugi raz.
            Wyszedł po chwili pod budynek byłego internatu. Pomachał nam jeszcze  i krzyknął:
- Do zobaczenia! Pamiętajcie! Bądźcie przyzwoici dla siebie i dla innych! Nie rozpaczajcie! Będę z wami, na zawsze! - dodał i przystawił pistolet do skroni. Zamknął oczy i pociągnął za spust….

R.I. P HOMER

=
JJ

sobota, 31 marca 2012

19.12.2010 „Letarg…”

19.12.2010     „Letarg…”

- Wstawaj!!! – krzyczał mi ktoś nad uchem – Wstawaj! Jedziemy do Kolonii!
- Co? – spytałem zaspany – Goń się, ryby teraz łowię nad rzeką.
- JJ dupa z wyra!!!
- Puszczaj szmato! – odkrzyknąłem bo ktoś odciągał mnie od mojej wędki – Morda bo ryby wypłoszysz.
            JEB! Ryba wyskoczyła w wody i mnie ochlapała. Obudziłem się.
- Czemu jestem mokry? – spytałem Viego, który stał nade mną w pokoju.
- Bo nie chciałeś wstać. Wszyscy gotowi, a ten sra w pościel i śpi! – krzyczał – Jedziemy do Kolonii. Zostajesz?
- Jak mnie zmorzyło – powiedziałem – A wy co na pociąg się spieszycie?
- Dźwignij zad, na stole są resztki konserw. Możesz je sobie zjeść na śniadanie z chipsami.
- Znowu Tyrolska…!
            Wstałem. Ledwo co. Już zapomniałem co mi się śniło parę minut temu. A co mi się w nocy śniło… coś ostro pojebanego, ale już nie pamiętałem co. Polazłem do kuchni nażreć się jak świnia. Przesadziłem, świnie by tego nie jadły…
            Wszyscy gotowi do wymarszu na Kolonię. Homer gotował broń. Misiek siedział przy rozłożonym P99 i czyścił szmatką wszystkie części. Vi wrócił do swojego Onyksa i dopieszczał go przed ewentualną strzelaniną.
- Gdzie Szybki? – spytałem.
- Robi poranną rozgrzewkę na dachu, zapierdala wkoło Bastionu po papie – odpowiedział skupiony Vi – Polecam Tyrolską na ciepło.
- Smakuje i wygląda jak byś to zeżarł, wysrał i usmażył – odpowiedziałem – Chleba bym zjadł. Pomidorka. Szyneczkę.
- I może jeszcze masełko… - dorzucił Vi.
- Idą święta, mandarynki by się przydały, choinka z cukierkami żeby je podkradać – dodałem.
- Ty rzeczywiście święta za pasem, dostaniesz ode mnie kilka magazynków do Onyksa – odpowiedział Vi – Żryj i wyczyść broń bo może być dziś sieka w Kolonii.
- Jaki plan? – spytałem.
- Nie ma, jedziemy i gadamy o zakładnikach. Jak będą się stawiali to nie wykluczam, że po drodze kogoś rozwalimy – odpowiedział –Homer jak tam dymne i mołotovy?
- Spoko, idę zaraz robić próbę na dach. Powinno wszystko działać – odpowiedział.
- Kiedy ruszamy? – spytał Szybki, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Niedługo – odpowiedział –Widział ktoś Benego?
- Mówił, że idzie się wysrać, a potem wypali szambo, dziś jego kolej – odpowiedział Szybki.
           
            Szykowaliśmy się do wyjazdu. Ciężko mi się jadło. Nie dlatego, że smakowało to jak gówno skunksa, ale dlatego, że czułem wielką gulę w gardle i brzuchu. Czułem się jak byśmy się szykowali na wielką bitwę. Z drugiej strony nie dopuszczałem do siebie w ogóle myśli, że może dojść do jakiegoś zwarcia o tę pindę Małą Mi. Szczerze mówiąc to nie dawałem większych szans tym ziomkom. Dostali porządne manto. Powinni umrzeć tej nocy. Ale kto wie…
            Godzinę później staliśmy już ze wszystkim na dole. Pakowaliśmy sprzęt do Vandury.
- To co ruszamy? – spytałem chłopaków kiedy stali już wszyscy przed autem.
- Jeszcze pójdę zrobić gnój – powiedział Vi i poszedł do wychodka.
            Też mnie kręciło na sraczkę. Widziałem, że chłopaki byli zdenerwowani.
- Beny mamy w apteczce węgiel albo jakiś zatykacz dziur? – spytałem kiedy przysłuchiwaliśmy się odgłosom natury w wykonaniu Viego.
- Niestety nie ma, mówiłem, żeby nie żreć Tyrolskiej przed wyjazdem – odpowiedział Beny.
- Ja też bym poprosił – dodał Misiek – Tak mnie jakoś coś uwiera, jak przed egzaminem na prawko. Może podjedziemy po drodze do Biedy po czekoladę?
- Gówno idź zrób, a nie czekoladę będziesz żreć. Jak dostaniesz w pełne żarcia bebechy to nie masz szans na przeżycie – powiedział wkurzony Beny – Lepiej idź to wysrać co dziś zeżarłeś.
            Wrócił Vi.
- Beny nieźle żeś kibelek wysprzątał – powiedział Vi – Tylko deska zimna.
- Zrobiłeś papierowy sedes? – spytał Beny.
- Ba! Elegancki symetryczny – odpowiedział Vi – Też się stresujecie?
- No – powiedziałem, a inni przytaknęli.
- To co po malborasku przed wyjazdem? – zagadnął Vi.
            Zapaliliśmy po jednym, potem szybko po drugim.
- A może odpuścimy i zostaniemy? – spytał Homer.
- Nie możemy, za późno – powiedział Vi –Pomyślą że jakimiś pizdami jesteśmy. Oni na pewno też srają na nasz przyjazd.
- To spalcie jeszcze jednego i ja też skoczę na stronę – powiedział nagle Misiek i poleciał do sracza.
            Potem szedłem jeszcze ja. Może bardzo prymitywny to opis jak wszyscy chodzili srać, ale to najlepiej obrazuje napięcie jakie nam towarzyszyło, a towarzyszyło. Bałem się tego wyjazdu. Każde wyjście za bramę wiązało się ze stresem. To może tak tylko wyglądało, że wychodzimy z maczetami i płatamy tych bydlaków czy palimy ich benzyną. Nie raz mało brakło, a zesrałbym się w gacie ze strachu w czasie jakiejś akcji.
            Chłopaki chodzili nerwowo po dziedzińcu. Wszyscy odwlekali moment wyjazdu.
- To co może jeszcze po jednym i jedziemy? – spytał Vi.
Już 25 minut zbieraliśmy się do wejścia do samochodu.
            W końcu załadowaliśmy się i opuściliśmy Bastion. Moment zamykania bramy pomijam. Wtedy pierwszy raz, gdzieś na końcu umysłu, świtały mi obrazy, które już gdzieś widziałem…
            Dojechaliśmy raptem do dużego ronda. Vi zatrzymał samochód i wszyscy spojrzeliśmy przez przednią szybę.
- Zgaś silnik kurwa! – krzyknął Misiek i Vi zrobił to co kazał.
- Wracajmy, zły znak – dodał Homer.
- To nie jest zły znak tylko rzeczywistość, do kurwy nędzy, zamknąć ryje! – krzyknął Vi bo chłopaki zaczęli robić rumor.
            Co było znakiem? Jak to co. Przez rondo szła wielka horda sztywnych, która kierowała się w stronę ulicy Jagiellońskiej. Wyjazd był chwilowo zatrzymany. Chłopaki coś tam polemizowali z Vim, a ja siedziałem posrany z tyłu i patrzyłem przed siebie. Vi załączył silnik i ostro ruszył na wstecznym biegu.
- Do tyłu kurwa do tyłu!!! – ktoś krzyczał obok mnie.
- Zamknij ryj! – ktoś odkrzyknął.
Byłem zamroczony, nie wiedziałem co się działo. Auto ruszyło z kopyta i chłopaki poprzewracali się z tyłu. Ja dalej siedziałem i patrzyłem się przed siebie.
- Na Krakowską!!! – krzyczał Misiek i Vi skręcił gwałtownie w prawo i pojechaliśmy przez rynek.
- Kurwa mało brakowało – powiedział Beny – JJ co z tobą?
- Co mało brakowało? – spytałem.
-Zobaczyli nas i ruszyli w naszą stronę, Vi w ostatniej chwili zawrócił.
- Ilu? – spytałem.
- Setki, kurwa setki – odpowiedział Beny i usiadł na kanapie.
            Vi kierował i przeciskał się przez nieco zatłoczone ulice. Przejeżdżaliśmy koło nocnej Żaby. Ciekawe czy Szakira dalej tam grasuje. Drzwi wyglądały na całe. Chyba jeszcze nikt się tam nie włamał. Ciekawy początek dnia. Trochę nas to załamało, scesja ze sztywnymi. Nic, pojechaliśmy dalej.
            Nie jechaliśmy szybko. Podjechaliśmy na skrzyżowanie ze światłami z Byczyńską i Vi skręcił w prawo w stronę Kolonii.
- Vi stój! – krzyknął nagle Misiek.
Ten ostro zahamował.
- Co znowu?! – krzyknął
- Skoro horda poszła w stronę Jagiellońskiej to zaraz wyjdzie przez JPII na Byczyńską.
- Trochę kluczyliśmy po mieście – dodał Beny – Nie wiemy ilu szło wcześniej.
            Jak na zawołanie. Nie minęła minuta odkąd Vi zatrzymał auto. Horda wysypała się na Byczyńską i znowu szła na nas. Na jej czele szedł jakiś taki dobrze zbudowany sztywny, rozrośnięty, dziwny.
- Ej ten kaban na czele wygląda jak przywódca watahy – powiedział Vi i spojrzał przez lornetkę - Kurwa mać jakie bydle! Mutant! Jakie ma muły i szyję.
            Ten kaban zatrzymał się nagle, a wraz z nim całe stado. Vi nie gasił silnika.
- Co do kurwy nędzy! – krzyknął Misiek – Vi!!!!! Jazda!!!!!
- Uspokój się, JJ na dach! Beny wysiadaj, rozjebiemy go! – krzyknął Vi i zaczął wysiadać z bronią z samochodu.
            Przywódca watahy zaczął jakoś tak głośno warczeć. Do nas dochodził tylko pomruk. Całe stado stało razem z nim, a z tłumu wyszły trzy postaci, które zaczęły iść szybszym krokiem w naszą stronę. Byli od nas jakieś 250 metrów. Tyle ile jest od skrzyżowania Ligonia i Byczyńskiej do krzyżówki JPII i Byczyńskiej. Chyba gdzieś tyle. Misiek pokrzyczał, jak te postaci wyszły z tłumu, a Vi go zaraz uspokoił i podał co mamy robić. Stałem już w szyberdachu do połowy wystawiony na powietrzu.
- Przygotować się! – krzyknął Vi i w tym momencie trzy postaci ruszyły na nas na pełnym gazie. To byli trzej sprinterzy. Walili prosto na nas.
- Poczekać aż będą bliżej, pewny strzał, JJ lewa! Mój środek!!!! – dodał głośno Vi, a jak się zbliżyli na nieco mniejszą odległość, na jakieś 50 metrów, krzyknął – Kurwa ognia!!!
            Wysypałem do mojego sprintera po lewej. Tym razem to na pewno nie mogli być żywi ludzie. Dostał dwie kule w klatkę piersiową i zwolnił. Strzeliłem jeszcze raz i trafiłem go w nogę. Padł na ziemię i zaczął tarzać się w konwulsjach. Chłopaki też nie chybili, ale ich sprinterzy jeszcze posuwali się w naszą stronę. Po chwili trzy ścierwa leżały na ziemi.
- Spierdalajmy! – krzyknął ze środka Misiek.
- Czekaj i zamknij mordę! – odkrzyknął Vi.
- Kurwa on nimi kieruje, ten pojeb nimi kieruje! – krzyknął Beny.
- Chyba musimy go rozwalić – odpowiedział Homer i w tym momencie wyszedł przez rozsuwane drzwi do Benego i przeładował karabin.
- Bądźcie gotowi na szybki odjazd – dodał Vi – Ale na razie czekamy.
Dalsze oczekiwanie trwało może minutę. Opuściłem broń, czułem jak uciekła ze mnie energia, która spaliła się w wyniku stresu i zrobiło mi się bardzo zimno.
            Kaban na środku odwrócił się do hordy i ryknął jak dzika bestia, był wkurzony. Z tłumu wystąpiło pięć postaci i podobnie jak tamte ruszyły prosto na nas. Nie biegły tylko szły tempem sztywnych.
- Przygotować się! JJ lewy! Beny prawy! Ja z Homerem środek! – krzyknął znowu Vi.
            Słyszałem jak strzela silnik Vandury. Pięć postaci nie przyspieszyło jak ich poprzednicy. Rozwaliliśmy ich bez żadnego problemu. Padli i zdechli. To byli zwyczajni sztywni, nie sprinterzy.
            Wystrzeliłem już jakieś dziesięć pocisków.
- Przyładować magazynki! – krzyknął Vi.
            Kaban, jak wysłał na nas nową falę, to odwrócił się i obserwował co się dzieje. Kiedy sztywni padli, podobnie jak sprinterzy, to odwrócił się kolejny raz w stronę hordy i ryknął.
- Kurwa mać, uczą się skurwysyny, jak zwierzęta! – krzyknął Vi – Musimy zajebać kabana za wszelką cenę!
            Magazynki były świeże. Pełne kul. Mogliśmy tak się z nimi bawić jeszcze trochę . Nawet to i było przyjemne. Sztywni szli, a my strzelaliśmy.
- Kurwa spierdalajmy stąd – znowu krzyknął Misiek.
- Cicho jeszcze jedna fala! – odkrzyknął Vi –Może jeszcze rzuci sprinterów to ich rozwalimy, bo potem nas dopadną, a teraz mamy okazję się ich pozbyć.
            Po tym kolejnym ryknięciu z tłumu wystąpiło około 30 sztywnych. Kuleli i szli bardzo wolno. Po kilkunastu metrach ruszyło jeszcze z 15 z tłumu, ale całe stado dalej stało.
- Co robimy?! - krzyknął Vi póki był jeszcze czas – JJ co widzisz?!
- Idą na dwie tury, szkoda amunicji jak dla mnie – odpowiedziałem.
- Przygotujcie się panowie – powiedział mściwie Vi – łupniemy ich i potem ostrzelamy kabana, żeby nie tracić amunicji. Mogliśmy to zrobić wcześniej!
- O kurwa!!! – krzyknąłem z dachu jak stadko pierwsze było jakieś 100 metrów od nas – Dziesięciu sprinterów! Ja pierdolę! Idą na pełnym gazie!!!!!
- Do samochodu!!!! – krzyknął Vi i wskoczył za kółko. Beny z Homerem w wskoczyli  do środka i zasunęli drzwi. Vi wbił wsteczny bieg i zaczął cofać w stronę świateł.
- Kurwa!!!!! – rozległ się krzyk Miśka – Kurwa!!! Gazu!!! - ryczał w twarz skupionemu Viemu.
            Stałem na szyberdachu i obserwowałem jak walą na nas sprinterzy, przez moment aż mi się słabo zrobiło i zwątpiłem.
- Cała horda ruszyła!!! – krzyknąłem na dół jak oprzytomniałem. Nie wiem czy ktoś mnie słyszał z chłopaków.
            Przycelowałem i zacząłem strzelać, ale bardzo ciężko było trafić. Zbliżali się do nas. Vi jechał na wstecznym jakieś 20 km/h. Sprinterzy rośli w oczach.
Odpiąłem pusty magazynek i wrzuciłem go do Vandury, i trzymałem rękę w środku. Ktoś wcisnął mi do łapy kolejny, który podpiąłem i zacząłem znowu strzelać. Trafiłem może dwóch którzy tylko zwolnili ale dalej biegli na nas. Odpiąłem magazynek i wrzuciłem go do środka. Ktoś ciągnął mnie do  środka. Schowałem się do Vandury i Homer zaczął zakręcać szyberdach.
- Mogą wskoczyć do środka! – krzyknął.
- Zabezpieczyć broń! – krzyknął Vi – Rzuci nami!
Kliknąłem selektor ognia. Chłopaki zrobili to samo i miotnęło nami z tyłu. Nikt z nas nie siedział, każdy to stał walał się z tyłu. Pasy nie zapięte. Łup! wszyscy sturlaliśmy się na pace. Vi wjechał tyłem w ulicę Słowackiego i miał pocisnąć przed siebie żeby uciec hordzie. Okno Miśka wychodziło na nadchodzących sztywnych.
- Gazu kurwa gazu!!!! – ryczał Misiek i w tym momencie sztywny wskoczył nam na maskę. Drugi uderzył w drzwi Miśka. Vi wcisnął pedał gazu do dechy i pognaliśmy w stronę podstawówki nr 5 i w stronę ciepłowni.
- Kurwa!!! – krzyczał Misiek.
Vi rozpędził Vandurę i ostro zahamował. Sprinter który był na masce poleciał przed auto na jakieś 5 metrów. Zaryczał silnik i Vi po nim przejechał. Dosłownie wciągnęło go pod koła. Podskoczyliśmy jak na jakimś wyboju czy śpiącym policjancie.
- Kurwa mać! Lecą za nami – krzyknął Vi. Spojrzeliśmy przez tylne okno. Waliło za nami już około 12 sprinterów. Było ich nieco więcej w mieście niż przypuszczaliśmy.
            Vi docisnął i wjechaliśmy po chwili na wiadukt  i pojechaliśmy w stronę Smard. Za już nieczynnym przejazdem kolejowym Vi zatrzymał samochód na wzniesieniu.
            Misiek wyskoczył z auta i porzygał się pod drzwiami.
- JJ ubezpieczasz z dachu! – krzyknął Vi  i też wysiadł, musiał odsapnąć, stał oparty rękami o kolana i dyszał ciężko. Uratował nas chirurgicznym prowadzeniem auta…
- Podaj fajkę - powiedziałem do Homera i sam ciągle obserwowałem otoczenie.
- Skurwiel zarysował nam maskę! - krzyknął jakby nigdy nic Szybki.
- Chłopaki, w pobliżu auta, mogą zaatakować! - dodał Vi - Musiałem wysiąść.
- Chcesz się zmienić za kółkiem? - spytał Homer.
- Kurwa tak mi noga zesztywniała, że nie mogłem pedału gazu puścić - powiedział przejęty Vi - Misiek żyjesz?
- Żyję - odpowiedział zmęczony bełtaniem - Już po Tyrolskiej. Widzieliście tego mutanta?
- Dziwnie zmutował - powiedział Vi - Uda i barki bardzo mu się rozrosły, szyja. Kurwa, mogliśmy go ostrzelać na początku, a nie bawić się w dziki zachód.
- Wszystko ładnie pięknie - zaczął swoją kwestię Beny - Ale ten bydlak nimi sterował, normalnie jak w stadzie szczurów. Komunikował się głosem. Wybadał nas. Najpierw wysłał najlepszych żołnierzy, jak zginęli to posłał gorszych, a potem osłona i najlepsi. Jebany!
- Mogą iść za nami na węch? - spytał Vi.
- Nie wiem, kurwa nie wiem - powiedział Beny - Możemy jakiś ocet rozlewać przed wejściem do Bastionu, żeby niszczyć zapach. Nie wiem, nic mi nie przychodzi do głowy. W jakimś filmie gość coś rozlewał przed wejściem.
- Coś śmierdzącego chyba - dodałem.
- Może Misiek narzyga przed wejściem?  Spytał Szybki i zaczął się śmiać.
            Nie było mi do śmiechu. Szybki chciał nas rozluźnić, ale to się nie udało. Staliśmy w tym miejscu jakieś 10 minut.
- Co robimy? - spytał Vi - Przeciskamy się przez miasto czy jakoś przez pola jedziemy?
- Przez pola do Kolonii raczej nie damy rady się przebić - powiedziałem - przynajmniej ja nie znam drogi.
- Jak się spiąłem, dobrze że auta nie skasowałem na tym wstecznym - powiedział Vi.
- Nawet mi tak nie mów - powiedziałem.
            Wsiedliśmy do Vandury i Vi zawrócił.
- Jedziemy do Kolonii, teraz bez postojów - powiedział Vi kiedy ruszyliśmy.
            Wjechaliśmy na wiadukt i skręciliśmy w Norwida. Ominęliśmy Byczyńską. Przy Norwida było kilka spalonych bloków. Spaliły się, po prostu, jak pudełka po zapałkach. Musiało tu być gorąco. W kilku miejscach leżały na bokach samochody. Ktoś je poprzewracał, albo coś…  Ciekawiłem się co się tak właściwie tam stało. Gdzieniegdzie walały się ścierwa, ogryzione kawałki mięsa... Śmignęliśmy szybko na Byczyńską koło Orlenu, tego na wylocie z miasta i rura do Kolonii. Nie było śladu po stadzie. Zmyli się. Jechaliśmy do Kolonii…
            Podjeżdżamy przed bramę. Zamknięta i stoi pod nią żołnierz.
- Co to za barykada? - spytał nas Vi - Co ich porypało? - zatrąbił.
            Misiek wyskoczył z auta i podleciał do bramy i drze ryj: Drugi raz uderzyła mnie myśl, taka prześladująca, że gdzieś to widziałem, nie mogłem skojarzyć gdzie. Często tak miewam…
- Otwieraj bo ci zapierdolę!!! - wpadł w szał. Jak to Misiek. Nakręcił się i teraz piłował ryj. W tym czasie z daleka zobaczyliśmy biegnącego do nas Szefa. Vi wysiadł i gadał z nim przy bramie. Po chwili żołnierzyk otworzył bramę i wjechaliśmy do środka. Wyładowaliśmy się na podwórzu.
- Vi chodź ze mną - powiedział Szef - Musimy wszystko obgadać. W cztery oczy.
- Spoko - powiedział Vi.
- Ej Vi, kontakt na radiu co 15 minut! - powiedziałem w obawie, że jeszcze jego wezmą na zakładnika…
- Bez obaw panowie - powiedział Szef - Wartownik was zaprowadzi na kwaterę, bo zimno i zjecie coś.
            Weszliśmy do jakiegoś budynku. Wpakowaliśmy się do mieszkania. Typek przyniósł mega bochen chleba i poszedł.
- O chuj im chodzi? Skąd taka gościna? - spytałem chłopaków, którzy rzucili się na chleb i zaczęli rwać pajdy.
- Nie wiem, może chce nas żarciem przekupić - powiedział Homer.
- Idę do pokoju obok, bo muszę pogadać z Pucem na radiu - dodałem do chłopaków i poszedłem. Powiedziałem Pucowi co się stało i żeby był bardziej ostrożny, bo te gnoje się uczą, normalnie jak małpy. Mówił, że raczej jest bezpiecznie, bo hordy widuje tylko z odległości gdzieś 250 metrów i nie ma szans na kontakt pod kościołem. Mówił, że to stado co dzisiaj szło przez JPII było bardzo duże. Jeszcze takiego nie widział. Ostrzegłem go i wróciłem do ziomków.
            Gdzieś po godzinie wrócił Vi. Był nieco przygnębiony.
- I co z Małą Mi? - spytał Misiek.
- Gówno, jedno wielkie gówno - odpowiedział Vi.
- A co z kolesiami? - spytał Beny.
- Jeden nie odzyskał przytomności, chyba umrze, ma połamane żebra i prawdopodobnie wstrząs mózgu i jeszcze nie wiem ile kości połamanych. Drugi, żebra poszły w pizdu, dławi się krwią. Zmasakrowaliśmy ich jednym słowem. Szefu jest wkurwiony za to, ale nas rozumie. Mówił, że też by się nie pohamował. Misiek chyba miałeś rację co do Małej Mi. Wszystko się pokrywa co mówiłeś o niej.
- No i co dalej? - spytał Misiek.
- No i jest jebitny problem. Gang ja szantażuje. Miała przenikać w inne grupy ludzi i je rozbijać. Kolesie chcą mieć niewolników z ludzi i się gdzieś tu zabunkrować. Wszyscy, którzy im nie odpowiadają idą na paszę dla sztywnych. Mają jej brata chyba i jeszcze kogoś z rodziny. Jak nie spełni misji to grożą, że go uwalą.
- A gówno mnie to obchodzi, na ten przykład - powiedziałem - Tylu ludzi zginęło.
- Mnie też to gówno obchodzi, ale Szybki im opierdolił transport z bronią - powiedział Vi - Kolesie są maksymalnie wkurwieni. Mała Mi miała przejść do Bastionu i bez broni nie wracać. Ale byliśmy zbyt mocno pochowani i nieufni. Odpuściła i dostała wpierdol od nich.
- Dobra, odpuszczamy i wracamy do Bastionu, mam dosyć tego bagna, chcę do Puca pod prysznic? - spytał obojętny dla Małej Mi Beny.
- No i tu się rodzi problem - zaczął Vi - Jak nie wróci w ciągu dwóch dni od wejścia do Kolonii, to kolesie tu przyjadą całą ekipą. Zrobią szturm i siłą tu wszystko rozwalą.
- No i co z tego? - spytał Beny.
- No i to, że potem przyjadą do Bastionu. Od dłuższego czasu planują uderzenie na nas. I teraz, albo zostawimy Kolonię i czekamy na nich u siebie, albo uderzymy z nią razem na bank i ich rozpierdolimy. Co o tym myślicie? Możemy jeszcze się spakować i wypierdalać z miasta. Chcę znać wasze zdanie. Nie mogę sam podjąć decyzji chociaż już mam swoje w głowie o tym.
- Będzie ciężko - powiedział Beny - Mamy wejść do środka?
- Tak, wchodzimy i czyścimy wszystko - powiedział Vi - Ale to i tak wstępny plan.
- Około 12 rosłych facetów, nie wiadomo jaką mają broń i ile jej mają, będą się bić na śmierć i życie, w koło masa sztywnych i nas garstka - odpowiedział Beny - Raczej tego nie widzę.
- Będzie rzeźnia w banku, nie damy rady - powiedziałem - Dojdzie do tego rozpierdalanie ludzi i będziemy im patrzeć w oczy. Nie wiem czy dam radę i czy chłopaki podołają po ostatnich przejściach. I kto pójdzie z nami? Mamy atakować i mieć mniej ludzi? Za chuja. Musielibyśmy mieć kompanię chłopa!
- Noo ryzyko jest, Kolonia wystawia kilkanaście osób, ale i tak lipa z bronią - dodał Vi - I tak dojdzie do zwarcia z gangiem, więc wolę atakować z zasadzki niż spierdalać z płonącego Bastionu pod ostrzałem. Zabili Czarną i pokazali nam, że nie będzie z nami pierdolenia.
- No spoko, ale to trzeba głębiej rozkminić - powiedział Homer - Podpalmy bank, wszystkie wejścia i czekajmy, aż szczury się uduszą albo ich rozwalimy jak będą skakać z okien, zagazujemy ich.
- A zakładnicy? - spytał Vi.
- No właśnie - powiedział Misiek - A Szefu chce za wszelką cenę wejść do środka?
- No, on chce za wszelką cenę wejść, zrobić rozpierdol i wyjść z zakładnikami - odpowiedział Vi.
- Nawet cały oddział antyterrorystów by tego nie zrobił - powiedziałem - Tylu chłopa w środku, uzbrojonych. Chuj, ja nie wejdę do takiego szamba.
- No spoko - odpowiedział Vi - to za kilka dni wbiją nam na Bastion. Podpalą nas i chuja zrobimy.
- Ilu wyjdzie z Kolonii? Co najmniej dwunastu uzbrojonych chłopa powinno wyjść - powiedziałem - Jak chuj, że tylu wystawi.
- No wystawi dziesięć osób. Ale, nie każdy ma broń. Możemy jakoś rozdzielić naszą. Tylko, że nie wiem czy to ma sens - odpowiedział Vi - Jesteśmy w kropce i musimy coś wymyśleć. Mała Mi mówiła, że mają spory zapas benzyny na nas. Nie damy rady z takim ogniem. Będzie trzeba spieprzać i zostawić Bastion.
- No to dupa - odpowiedziałem -Dla mnie jedynym sposobem jest obrzucenie ich mołotovami. Tylko w takim czymś wezmę udział. Jeśli spróbujemy tam wejść to zajebią nas, zgubimy tam broń i amunicję, którą sobie podniosą z ziemi. Odpada. To nie jest pinball, że się zrespujesz. Dostajesz i zostajesz na ziemi kurwa.
- Nie musisz mi tego tłumaczyć JJ, jestem za podpaleniem, ale takim zmasowanym, albo zasadzka na nich, jak będą się ładowali do samochodów i wtedy wejście.
- Ta jak chuj stary, wykropią nas jak kaczki - powiedziałem.
- Ostatecznie wchodzi do banku czterech z Kolonii i trzech od nas. Oni pierwsi, ubezpieczamy im tyłki, albo wchodzimy drugim wejściem i spotykamy się gdzieś w środku. Dwóch strzelców rozwala wartownika i osłania z zewnątrz - powiedział Vi.
- A może by ich tak zagazować tam w środku? - spytał Homer - Wtedy zakładnicy mają największe szanse przeżycia.
- A tak właściwie to po co tam idziemy? - spytałem - Po zakładników, czy rozpierdolić gang?
- Ja idę rozwalić gang - odpowiedział Vi - To jest zagrożenie dla nas, a zakładnicy to przy okazji, jak się uda to ich odbijemy, a jak nie będzie dało rady to odpadają.
- No więc, jest nas więcej, kto jest za gazem, a kto za ogniem? Kto jest za nocą, a kto za dniem? - spytałem chłopaków, podnieśli ręce…
            Poszliśmy ustalić szczegóły z Szefem.
            Decyzja podjęta, dosyć szybko. Stawiał opór, ale żeśmy go przegadali. Powiedzieliśmy mu jasno, że albo jest po naszemu, albo niech zwija Kolonię i atakujemy sami i po swojemu. Małej Mi powiedzieliśmy, że idziemy tam po zakładnika, zatailiśmy część planu. W rzeczywistości szliśmy rozwalić bank razem z ekipą jaka była w środku.
            Planowaliśmy uderzenie na godzinę 22 lub 23:00. Szef ostatecznie się zgodził, po tym jak powiedzieliśmy mu co o tym myślimy.
            Nasz plan zakładał, że po ciemku nas nie zobaczą i dlatego postanowiliśmy podpalić bank, żeby oświetlić sobie pole. Planowaliśmy zarzucić ich pseudobastion mołotovami i ostrzeliwać ich z większej odległości. Wystrzelać wszystkich i jeśli będzie taka możliwość to wpuścić gości z Kolonii do środka pozbierać co zostało wartościowego i spadać do domu. Zbyt dużym ryzykiem było wchodzenie na pałę, do tylu pomieszczeń, których układu nie znaliśmy, na niewiadomą ilość uzbrojonych facetów tylko po to, żeby sobie z nimi postrzelać z pokoju do pokoju. Postanowiliśmy ich upiec i zagazować. Ekipa z Kolonii, że tak się „rwała” do walki miała za zadanie podejść pod bank, jak najbliżej i obrzucić go benzyną. My mieliśmy z dystansu kropić do gości w oknach i uciekających. Ekipa wejdzie pod bank z Plebiscytowej, druga grupa przez szkołę do budynku przed bankiem i grupka z benzyną od frontu. Planowaliśmy podpalić bank z trzech stron i walić w okna od frontu. Goście nie powinni się nas spodziewać i powinni dostać wpierdol. Potem to nieco zmodyfikowaliśmy, ale taka była pierwotna wersja.

            O 20 wszyscy już szykowali się do wyjazdu. Jeszcze było trochę czasu więc każdy coś tam robił koło siebie. Paliliśmy fajki i gadaliśmy. Szefu zdecydował się, że zabiera ze sobą dwóch harcerzy, sami chcieli jechać.
- Te, Szef, rosłych facetów masz w Kolonii, a dzieci zabierasz ze sobą - powiedziałem do Szefa.
- Powiedzieli, że wolą odjechać i nie walczyć, a ktoś musi zostać i pilnować ludzi i w razie czego ewakuować ich - odpowiedział.
- Jak chuj! - krzyknął Misiek - Cioty same!
            Szef poszedł sobie i już więcej z nami nie gadał.
- Jak tam Misiek - spytałem go - Sraczka?
- Nie, nie jadłem prawie, więc nie ma mnie co gonić, chociaż czuję, że dało by radę coś pocisnąć - odpowiedział.
- Ta, to lepiej teraz niż w trakcie, jak dobrze pójdzie to już nie będzie problemów z ludźmi. Zostaną tylko sztywni. - odpowiedziałem. Teraz już się tak nie stresowałem jak rano. Bardziej byłem skupiony.
            Ja z Miśkiem miałem przepchać się od ulicy Plebiscytowej, rzucić tam trochę benzyny i czekać aż gnoje wyjdą i ich rozwalić. Vi i Beny mieli być naprzeciwko i ostrzeliwać tych, którzy pojawią się w oknie. Homer i Szybki mieli wejść od strony gimnazjum nr 3 i zarzucić ich mołotovami. Grupka z Kolonii miała zarzucić front banku benzyną. Harcerze mieli być ze mną i Miśkiem. Szefu też miał być przy nas. I tak ogólnie miało wyjść do banku: nas sześciu i z Kolonii dziewięciu - uzbierali ostatecznie. Nie wiedziałem tylko czy można polegać na tych młotach z NSR-u i tych nowych z Kolonii. Dwóch kierowców, w razie czego mieli zgarnąć wszystkich i wiać do Kolonii. No to mniej więcej opisałem plany. Kontakt radiowy oczywiście.
            Wyruszyliśmy około 22. Po drodze było trochę sztywnych. Omijaliśmy ich raczej. Trochę się obawiałem spotkania pierwszego stopnia z tym stadem. Dwóch kierowców zaparkowało w dosyć dużej odległości od banku. Nie mogli nas tam słyszeć. Jako jedyni mieliśmy broń białą w razie spotkania ze sztywnymi. Sporadycznie się trafiali. Byli gdzieś zgrupowani w stadzie.
            Rozdzieliliśmy się, przed rozejściem pożegnanie szybkie i do zobaczenia w drodze powrotnej. Vi z Benym jako pierwsi zajęli pozycje i zaczęli nam gadać przez radio co widzą. Ciemność nam ułatwiała podejście. Po jakichś 45 minutach byłem z Miśkiem za bankiem. Dałem znać wszystkim, że jesteśmy gotowi. Przypadkiem jeden z gości z ekipy Homera zaplątał się i poszedł z nami zamiast z nim, taki był posrany. Zacząłem z harcerzami wyładowywać z plecaków, jak najciszej, benzynę i resztę rzeczy. Trwało to jakieś kilkanaście minut. Druga grupa podała, że są na pozycji i że brakuje jednego, powiedziałem im co i jak. Vi dał cynk, że mamy 5 minut, żeby się ostatecznie przygotować i uderzamy, bo pozamarzamy i gówno będzie.
- Minuta - powiedział po chwili przez radio - Chleją gorzałę w środku, mają prąd, widzę około dziesięciu gości. Trochę chyba podpici. Wartownik z AK na dachu.
- Matko Boska, trzymaj nas w opiece - powiedział harcerz Wojtas i obaj się przeżegnali - Nie daj zatriumfować naszym wrogom - dodał, a drugi powtórzył echem te same słowa i pocałowali krzyżyki, które mieli na szyjach. Obok zobaczyłem jak przeżegnał się też Misiek. Wyjąłem z kieszeni zapalniczkę i czekał na sygnał do odpalenia - ja miałem odpalać, a chłopaki mieli rzucać butelki.
- Przygotować się! - powiedział Vi i zaczął odliczać od pięciu w dół. Przy „TRZY” odpaliłem zapalniczkę, kiedy nagle zaczął nadawać szybko szeptem - Wszyscy stop! Wszyscy stop! Stado na Wolności!! - zgasiłem zapalniczkę. Tej nocy nie z zimna zatrzęsły się rączki…
- Wszyscy morda w kubeł - powiedziałem - Stado na Wolności! Wojtas! Idź do Szefa i powiedz mu, żeby się schował - powiedziałem do jednego harcerzy. Chłopak poszedł do niego i wrócił bezszelestnie - Dobrze, że Kolonia was ma, bo już dawno by się to wszystko posypało. Vi ile czekamy? - spytałem przez radio.
- Trzydzieści minut - odpowiedział.
- Ilu? - spytałem.
- Małe stadko, maks dwustu - odpowiedział - Jak nastroje? Będzie łatwiej, kolesie sobie popili nieco czystej.
- Spoko, chłopaki dają radę - odpowiedziałem.
            Trochę nam się dłużyło to kolejne oczekiwanie. Po już ponad dwudziestu minutach poszło info na radiu, że zaczynamy kolejny raz.
- Gotowi? - spytałem moich kompanów - Kuba, damy radę.
- Wiem bracie! - odpowiedział.
- Minuta panowie, teraz nic nam nie przeszkodzi - powiedział na radiu Vi, a po chwili - wysłaliście kogoś do nas? Kurwa… - zakończył szeptem i zapadła cisza.
Po chwili Vi odezwał się - Sztywny zaszedł nas od tyłu. Dajcie nam trzy minuty. Muszę zebrać myśli - po tym czasie odezwał się już spokojny głos - Przygotować się, pięć, cztery, trzy, jeden, odpalać!
            Tak jak poprzednio, przy „TRZY” odpaliłem zapalniczkę, Misiek przystawił szmatę do ognia i rzucił mołotova w ścianę banku. Po chwili odpaliłem butelki Wojtasa i Kuby. Też rzucili. Nasza ściana stanęła w płomieniach. Chłopaki schylili się i podnosili butelki. Rozległo się kilka strzałów i po naszej lewej uderzyły butelki z benzyną. Odpaliłem drugą serię i chłopaki rzucili. Zostało jeszcze dla każdego z nich po dwa rzuty.
- Chłopaki schowajcie się, Misiek do mnie celuj w okna! - powiedziałem do swoich. Harcerze skulili się za jakąś osłoną. Misiek celował w okna na piętrze. Parter był zasłonięty.
BUM BUM BUM! Misiek wysypał do gościa w oknie. Nie trafił go. Gość otworzył okno i zaczął strzelać jak oszalały z automatu, na oślep. Wystrzelił cały magazynek. Podniosłem się z ziemi i wycelowałem w okno. Gość zniknął. Uznałem, że schował się żeby przeładować. Misiek został na ziemi.
- Jesteś cały?! - spytałem.
- Chyba tak! - odkrzyknął.
            Po lewej poleciały mołotovy i spadły na front banku. Zrobiło się gorąco. Harcerze wcześniej trzęśli się z zimna. Teraz zrobił się ukrop i wszystko było widoczne.
- Misiek wstawaj, trafisz tam do okna? - spytałem.
- Spróbuję - odpowiedział.
- Wojtas do mnie, Kuba zostajesz. Odpal Miśkowi benzynę, ubezpieczam - krzyknąłem. Wojtas doskoczył do nas i odpalił Miśkowi mołotova. Misiek rzucił benzynę do środka okna. Na szczęście butelka się rozbiła za pierwszym razem. Usłyszeliśmy dziki krzyk, przeraźliwy... Inny niż ten palących się sztywnych. Płonąca postać pojawiła się w oknie i wypadła z niego przez okno na ziemię. Facet darł się i płonął. Bardzo machał rękami. Uderzył głową o beton i zamknął się. Nasze nozdrza uderzył przeraźliwy smród płonącej ludzkiej skóry, ale adrenalina odsunęła na bok to uczucie.
- Ja jebię! - krzyknął kilka razy Misiek - Kurwa mać!
- Misiek drugie okno!!! - krzyknąłem i zacząłem strzelać do postaci, która się w nim pojawiła. Nie trafiłem gościa. Skurczybyk schował się i wystawił rękę i zaczął strzelać do nas.
- JJ dostałem!!! - rozległ się przestraszony krzyk Miśka - Kurwa!!! Dostałem!!!
Obejrzałem się i zobaczyłem jak Wojtas doskoczył do niego i zaczął przeglądać jego ranę.
- Draśnięcie!!! - krzyknął chłopak i padł przeszyty kulą. Przyłożyłem karabin do ramienia i ostrzelałem gościa. Chwila nieuwagi…
- Kuba idź po Szefa! Musi go zabrać! - krzyknąłem do chłopaka i celowałem nadal w okno. Pojawiła się postać. Strzeliłem. Facet dostał w bark, krzyknął do kogoś w środku i pojawił się drugi typ..
- Wstawaj kurwa! - krzyknąłem do Miśka - Nic ci nie jest!
Pojawił się Szef i podniósł z ziemi chłopaka. Po drugiej stronie było słychać wymianę ogniową. Homer z Szybkim po lewej dorzucili jeszcze trochę benzyny.
            Trochę to było za słabe uderzenie. Raptem wyeliminowaliśmy dwóch typków. Nie wiedziałem wtedy jak szło chłopakom. Lipnie Strzelnia z tymi gnojami. To nie była gra z botami…
- Kuba, odpal jeszcze jednego i rzuć tam do tego skurwysyna do okna i schowaj się! - powiedziałem do harcerza - Misiek osłaniaj nas i nie pierdol! - Przed rzutem gość z piętra wyskoczył i uciekł w stronę ulicy Wolności. Młody zaraz za nim rzucił mołotova, ale trafił pod okno, na ziemię. Poszedł ogień. Misiek szybko strzelił kilka razy. Usłyszeliśmy krzyk gościa w środku i Miśka:
- Mam go!!!
- Vi jak sytuacja? - spytałem przez radio - Misiek osłaniaj i nie rozglądaj się!
- Ciężka wymiana! Siedmiu gości, stoją za… kurwa! Beny! - krzyczał Vi dalej nadając przez radio - Beny! Wstawaj ziom! Ustawili się za filarami i walą do nas. Mają więcej broni. Nie dajemy rady. Kończy się amunicja. Spalcie ich!
- Kuba szykuj się do rzutu - powiedziałem do chłopaka.
- Przejdę pod bank i podpalę wszystko z prawej strony, tam nikogo nie ma! - odkrzyknął.
- Nie, zostajesz - powiedziałem i zobaczyłem jak wskoczył na ogrodzenie i przeskoczył na drugą stronę. Misiek podał mu dwa mołotovy. Poszedł. Stanął na rogu, spojrzał i rzucił benzynę. Zajęła się, patrząc z naszej strony, prawa ściana banku.
- Ładnie - powiedział przez radio po chwili Vi.
BUM BUM! Misiek strzelił dwa razy.
- Szukają wyjścia! - krzyknąłem do chłopaków. - Vi ktoś musi wrzucić mołotova od frontu i ich wykurzyć.
- Homer - usłyszałem na radiu - dacie radę? Zaraz cię osłonimy, zostały nam po dwa magazynki.
            Poszła ostra seria z naprzeciwka i usłyszeliśmy głuchy wybuch. Misiek strzelił dwa razy.
- Kończy się amunicja - zaczął Vi - Przygotować się do ewakuacji! Auta zaraz będą. Dorzućcie do ognia. Wszystko trwało bardzo krótko.
- Misiek osłaniaj - powiedziałem i odpaliłem benzynę i obrzuciłem jeszcze bank. Zużyliśmy wszystko co mieliśmy na podpałkę. Po lewej, od Homera, poleciał jeszcze jeden. Bank stał ostro w ogniu. Płonęły ściany i część pomieszczeń w środku.
            Vi, Beny, Homer i Szybki mieli mieć transport przy szkole nr 3, trochę głębiej na Wolności, a my mieliśmy dostać transport naprzeciwko górki, gość miał na nas czekać przy tym bloku. Nie pamiętam co to za ulica.
            Wycofaliśmy się. Misiek pomagał Szefowi nieść rannego kolegę. Obejrzałem się. Zobaczyłem łunę. Bank płonął. Nikt nie wyszedł z niego kiedy tam byliśmy.
- Jazda! - krzyknął Vi na radiu - Nadchodzi stado od bazaru!!!
            Przekazałem mojej ekipie informację. Przyspieszyli i Szefu się potknął i upadli z rannym na ziemię. Wojtas nie krzyczał, miał przestrzelone prawe płuco.
- Kurwa gdzie jest samochód? - spytałem na miejscu chłopaków i zadałem to samo pytanie na radiu.
- JJ, jedziemy, sztywni przy szkole! - krzyknął Vi przez radio.
- Kurwa na błonia spierdalamy! - krzyknąłem do mojej ekipy i ruszyliśmy wzdłuż płotu i obok dużego garażu.
            Wojtas nam bardzo ciążył, ale nie było w ogóle mowy, że go zostawimy. Jego stan był stabilny.
-Dokąd idziemy?! - krzyczał Szefu.
- Tu JJ, kurwa pilnie potrzebny transport! - krzyknąłem przez radio - Mamy rannego! Gdzie nasz kierowca do kurwy!
- Co?! - krzyknął Vi przez radio - Przecież jedziecie za nami!
- Chuja, kierowcy nie było! Stoimy na błoniach! - odkrzyknąłem.
Teraz odezwała się trzecia osoba na radiu:
- Musiałem odjechać bez was, dużo sztywnych było - powiedział skruszony.
- Powiedz mu, że go zapierdolę - powiedział do mnie Misiek.
- Tu JJ, mamy rannego, Vi ratuj kurwa, wjedź na deptak, będziemy tam na ciebie czekać kurwa! Bez odbioru, sztywni!
- Przyjąłem - odpowiedział.
- Bierzemy go - powiedziałem do mojej ekipy i podnieśliśmy Wojtasa i ruszyliśmy wzdłuż ścieku. Chwilę wcześniej rzuciłem Kubie maczetę Miśka, chłopak zaczął siekać pojedyncze postaci.
            Całe szczęście, że sztywni byli słabi w nocy. Mieliśmy szansę. Co jakiś czas też rozbijałem jakąś głowę.
- Zostawcie mnie - powiedział nagle Wojtas - Nie mogę oddychać.
- Wracamy wszyscy! - odpowiedziałem mu i pocisnęliśmy dalej. Stanęliśmy na deptaku. Transportu nie było - Gdzie ten koleś co był z nami? Vi gdzie jesteście? Słychać blisko stado, kurwa nic nie widać - powiedziałem.
- Pół minuty - odpowiedział.
- Gdzie koleś - spytałem ponownie chłopaków.
- Nie wiem, nie widziałem go od chwili ataku - odpowiedział Szef- Może uciekł?
            Wojtas zaczął coś mówić:
- Za wami, za wami… - i stracił przytomność.
- Co powiedział? - spytał Misiek.
- Kurwa za nami! - krzyknął Szef.
            Sztywni byli bardzo blisko. Nie całe stado ale pojedyncze osobniki. Gdyby weszli wtedy na nas sprinterzy to by była dupa zbita… Misiek zaczął strzelać do sztywnych. Stałem odwrócony tyłem do ulicy Słowackiego. Nagle krzaki przed nami i błonia oświetliły reflektory Vandury. Błonia były pełne sztywnych, nie wiem jakim cudem przecisnęliśmy się obok nich. Kierowali się na nas. Szybko się przemieszczali. Kilka minut temu byliśmy w tym miejscu, a teraz już tam było pełno świń. Podjechały dwa samochody. Speniany kierowca wrócił razem z Vim. Misiek podbiegł do drzwi kierowcy i wyciągnął typa na zewnątrz i zaczął go lać. Zapakowaliśmy jak najszybciej Wojtasa na pakę. Wskoczyłem do środka.
- Misiek gdzie rajdowiec? - spytałem go.
- Kazałem mu wypierdalać do Kolonii na nogach! - dodał i ruszył. Przyjąłem jego wiadomość.
            Przycisnął znacznie na Byczyńskiej. Było trochę niebezpiecznie, ale mieliśmy rannego. Wojtas nie był przytomny, ale oddychał, płytko, ale żył.
Nadałem przez radio, że mamy rannego, żeby się przygotowali.
            Po kilku minutach byliśmy już na placu Kolonii… Podbiegło kilka osób z noszami i chciało zabierać chłopaka do budynku.
- Zostawcie go - powiedział Szef - Zmarł.
            Wojtas zszedł. Nie dowieźliśmy go. Przez tego frajera. Po chwili Vandura zajechała na podwórze. Chłopaki wyskoczyli z paki. Wśród nich był nasz kierowca. Misiek jak go zobaczył od razu poleciał i zaczął na napierdalać. Kilka osób, z problemami, go odciągnęło.
- Ty skurwielu! Zostawiłeś nas! - krzyczał Misiek. Miał rację. Gość nas wystawił. I jeszcze udawał, że jesteśmy z nim w aucie.
- Straty? - spytał Vi kiedy podszedł do nas.
- Wojtas dostał w prawe płuco, nie dał rady, Misiek draśnięty - odpowiedziałem - A u was?
- Beny cały, ale kilka razy mało brakło, a byśmy oberwali, więcej krycia niż strzelania było - zaczął Vi - U Homera jeden gość, zupełnie nie wiem jak, ale dostał i na miejscu padł. Bastion bez strat ogólnie. Kuurwa…
- Ilu trafiliście? - spytałem.
- Nie wiem, na pewno czterech. Widziałem jak grzybki uciekały na Wolności. Nie wiem czy Homer ich zgarnął. Reszta powinna spłonąć. Co się u was stało?
- Wojtas dostał, jakoś to tak wyszło, sam nie wiem, ratował Miśka, myśleliśmy, że Misiek oberwał, a to było draśnięcie, młody podbiegł do niego i chciał mu pomóc i zgarnął go gość. Padł na ziemię jak worek kartofli kurwa. Trafiłem jednego typa w ramię chyba, jeden się spalił żywcem. Kurwa jaki smród i ryk.
- Kilku żeśmy trafili z góry, nie wiem czy oni czasem tam jednego sami nie postrzelili w środku, dzieciaka nie widziałem, mam nadzieję, że się tam zjarali, bo kurwa będzie zadyma - odpowiedział Vi - Trochę to wszystko nie poszło tak jak powinno. Gdzie Homer?
- Honmer! - krzyknąłem - Jak?
- Jeden trup, zostawiliśmy go, nie dało rady go nieść - odpowiedział - Zapaliliście bank w środku?
- Tak, chłopaki trafili do okien, powinien się zjarać, mam nadzieję taką przynajmniej - odpowiedziałem.
            Siadłem sobie na ziemi. Wszystko teoretycznie powinno się skończyć. Wszystko jeszcze było pod wpływem adrenaliny. Nie było czasu myśleć o tym co się stało, kto zginął i dlaczego. Byli nakręceni akcją… Po jakimś czasie dopiero uzmysłowiłem sobie co się stało…
- JJ ranny jesteś? - spytał po chwili Beny.
- Nie - odpowiedziałem.
- To skąd krew na rękawach? - spytał ponownie.
- Nie wiem kurwa - odpowiedziałem - ty patrz, poszło, draśnięcie - zdjąłem kurtkę - O w mordę, patrz ile dziur - ktoś prawie mnie trafił, nawet nie poczułem. Grubsza kurtka była podziurawiona. Miałem ją na sobie. Gość nie trafił…
            W tej chwili uzmysłowiłem sobie, co śniło mi się tej nocy. Myśl o letargu przemykała mi przez cały czas, kiedy czekałem pod bankiem na sygnał…
We śnie było o wiele łatwiej…

=
JJ; Vi