Łączna liczba wyświetleń

sobota, 10 grudnia 2011

02.12.2010 - Żabka...

02.12.2010 - Żaba...
Deszcz zbudził nas następnego dnia. Popatrzyłem na zegarek, była godzina 10:27. Padało jak nigdy... deszcz postanowił chyba oczyścić miasto z krwi, było jej tak wiele. Reszta chłopaków wstała. Wszyscy usiedli przy stole, w kuchni u Viego. Pomimo całej tej sytuacji i gówna w jakim tkwiliśmy po uszy, można było ujrzeć na twarzach chłopaków iskierkę radości i nadziei. Daliśmy radę wczoraj czyli podołamy za każdym innym razem! Podczas śniadania JJ stwierdził, że prowiantu mamy zbyt mało aby wytrzymać tutaj najbliższe naście godzin. Ktoś musi udać się po najpotrzebniejsze rzeczy do jakiegoś sklepu.
- Żabka jest niedaleko. Sprawdzę z dachu gdzie są sztywni, a dwie osoby skoczą po żarcie – powiedział Vi.
- Ja pójdę, nie mogę tak siedzieć w jednym miejscu, zaraz mnie człon sztrzeli – powiedziałem.
- Idę z tobą, Misiek! – wtrącił Szybki.
W ten sposób zostałem ochotnikiem na wyprawę do Żabki. Jeszcze parę dni temu szedłem tam kupić paluszki, a teraz… . Dostaliśmy od Viego dwa worki po ziemniakach na łupy. Poprosiłem jeszcze go o jakiś plecak, tak dokładnie nie powiedziałem do czego jest mi potrzebny. Zeszliśmy na dół do drzwi od strony Krakowskiej. Musieliśmy je najpierw zluzować. Vi czekał na dachu i obserwował sztywnych. JJ z Benym mieli na nas czekać i w razie czego osłonić nas pod Bastionem w drodze powrotnej i zamknąć drzwi.
 -Misiek, bez kozactwa. Tyle. Widziałeś co się wczoraj działo… do zobaczenia.– rzekł JJ.
Słychać było z dachu „bażanta” to był znak, że droga czysta. Ruszyliśmy, pełny gaz, Szybki oczywiście zostawił mnie z tyłu, ale tylko dwa kroki. Nigdy wcześniej nie zapierdalałem tak szybko. Biegnąc uznałem, że te wszystkie filmy to ściema. Posrany byłem, pełna koncentracja, adrenalina zrobiła swoje i początkowo nie czułem zmęczenia. Szybki dobił do sklepu pierwszy i zamiast sprawdzić czy są otwarte zaczął je ładować z buta. Dobrze, że sobie nogi nie złamał, krewki dres.
- Co robisz?! - krzyknąłem i nacinsnąłem klamkę. Drzwi się otworzyły.
- Odsuń się pójdę pierwszy – powiedział Szybki uchylając drzwi. Siekiera w pogotowiu i ładuję się do środka. Wszedłem za nim i zamknąłem drzwi.
- Chyba czysto – stwierdził Szybki robiąc rundkę miedzy półkami.
- Ciii … morda - powiedziałem.
Na zapleczu można było usłyszeć mlaski i dziwne dźwięki jak by ktoś zajadał się obiadem u swojej babci.
- Trzeba tam wejść Szybki ale  powoli i dyskretnie nie wiadomo ilu ich jest.
Powoli zbliżamy się do kolejnych drzwi. Otwieram je, strasznie zaskrzypiały.
Na ziemi leżał jakiś facet. Nie wiadomo kim był bo jego twarz była już obgryziona, a teraz dwa popaprańce, ubrane w mundurki z Żabki dobierały mu się do bebechów. Staliśmy tak ułamek sekundy. Zobaczyłem worek, nóż i latarkę obok ich „ kolacji”. Dotarło wtedy do mnie, że nie tylko my wybraliśmy się po parówki z promocji.
- Kurwa! – Rzucił Szybki . Podbiegł i zaczął okładać jedną kasjerkę. Nie czekając zbyt długo rzuciłem się na drugą . Po kilku uderzeniach obie leżały bez ruchu.
- O w mordę! - krzyknąłem podekscytowany - ale rzeźnia!
- Pewnie, aż śniadanie podeszło mi do gardła… - zażartował Szybki i zrzygał się na tego faceta, który wcześniej był kolacją. Torsje, które ujrzałem w wygryzionej dziurze, tam gdzie kiedyś była twarz tego faceta, spowodowały, że nie powstrzymałem się i chlusnąłem jak z wiadra.
- Dobra, nie mów o tym nikomu… - powiedziałem - i bierz dupę w troki, mamy mało czasu, już mogą się tu zbliżać.
Pierwsze co Szybki spakował do worka to: apteczka i mała gaśnica z zaplecza, wziął również pakunek od tego gościa nóż i jego latarkę. Ja zająłem się alkoholem i papierosami. Zakupy zostały zakończone, zawsze marzyłem o tym żeby całe półki zsuwać do kosza, a potem bez płacenia iść na chatę. Teraz jakoś się z tego nie cieszyłem, zwłaszcza po tym co zrobiłem na zapleczu. Zgarnialiśmy wszystko co się dało i co miało sens, trochę wody, baterie, zapalniczki, wódka, wagony szlug, parę browarów, chleb - jeszcze dobry! - i trochę rzeczy z chłodni. W sumie to gorzała i fajki były najważniejsze. Uznałem, że skoro tak łatwo poszło to za kilka godzin mogę tu spokojnie wrócić po drugą turę…
- Misiek! Dawaj tutaj! Musisz to zobaczyć! - podbiegłem do Szybkiego stojącego obok drzwi do zaplecza . A tam, ten gościu, który przed chwilą był czyimś obiadem nagle wstał i zaczął obijać się o ściany, jego oczy zostały już pewnie przetrawione. W sumie to daliśmy dupy, zamiast typkowi poprawić żeby już nie wstał to naraziliśmy się na spore zagrożenie. Torsje z twarzy spłynęły po całym jego ciele. Smród...
Po udanej robocie usiedliśmy sobie pod lodówką z piwami i wzięliśmy po browarku i zrobiliśmy sobie małą przerwę. Dopiero później uświadomiłem sobie, że mijało właśnie pół godziny od naszego wyjścia. Mieliśmy być za 15 minut… .
- I co, kto to był? - spytałem Szybkiego, który trzymał w ręku portfel zaciukanego kolesia.
- Jakiś frajer z domków za stawem Kościuszki - odpowiedział - w sumie to wczoraj przebiegaliśmy koło jego chaty, może nas widział i nas szukał. Szkoda, że zginął.
Po wypiciu piwa zapaliłem szlugę. Dym uruchomił alarm przeciwpożarowy.
- Co jest, przecież nie ma prądu! - krzyknąłem
- O Ku..! Spier… stąd Misiek, zaraz ich będzie tutaj cała chmara! Zapomnieliśmy kompletnie o czasie, bierz worki i spadamy! - krzyknął Szybki.
Może to się wydawać proste, ale te wory były naprawdę ciężkie. Mielismy spore trudności z poruszaniem się. Na zewnątrz już było kilku sztywnych. Rzuciliśmy worki i zaczęliśmy ich siekać. Przez moment zdawało mi się, że słyszę „barzanta”.
- Szybki! Nie damy rady, zostaw ten syf i spadamy stąd - krzyknąłem.
Od strony Damrota i Zamkowej wsypywały się luźne grupki Sztywnych, po 3-4 sztuki. To skrzyżowanie tworzy literę Y, oczywiście jak na filmie, musieliśmy przejść przez widełki… .
Czułem już porządnego kloca strachu, ale co gorsza zaczynałem słabnąć. To nie film, że biegniesz ile chcesz bez przystanku. Nas dwóch a tu już z 15 sztywnych i ciągle przybywa. Widziałem u Szybkiego pianę na ustach, wpadł w jakiś trans. Wyglądał jak psychopata… ja pewnie też.
Uznałem w pewnej chwili, że żywcem mnie nie wezmą, uwalę ile zdołam, a potem mogę zginąć. Szybki z prawej cofał się wolno do tyłu. Myśl przyszła znienacka:
- Szybki, kurwa! Wracamy do Żabki! Alarm już nie chuczy!
Filmowa ciekawość, czy zombii potrafią naciskać klamki? Nie, nie potrafią i całe szczęście. Zaplecze było już oczyszczone. Szkoda tylko, że wory zostały na samym środku literki Y. Odsapnęliśmy kilka minut.
- Dobra jaki jest plan? - powiedziałem do Szybkiego.
- Właśnie miałem się o to ciebie spytać... - odrzekł.
- Nasi pewnie widzą, że jesteśmy odcięci, musimy szybko wyjść tyłem i dotrzeć do Bastionu bo będą po nas szli, a nie mogą ryzykować. Wyjdziemy na Zamkową, pod muzeum, a potem dalej na drukarską i obejdziemy bydlaków i wejdziemy spokojnie od Krakowskiej - powiedziałem.
- Tylko ostrożnie - odpowiedział Szybki.
Na podwórku było dwoje małych sztywnych. Ciężko było na sercu, ale tylko tak mogliśmy przejść… to było najcięższe z przeżyć jak do tej pory. Nawet siedzenie samemu do wieczora pierwszego dnia choroby nie zryło mi tak mózgu jak to… . Ktoś krzyknął z okna:
- Wyjazd stąd! Bo ściągniecie na nas te potwory, gnoje!
Nic nie odpowiedzieliśmy tylko wyszliśmy na Zamkową. Kilku się tam kręciło. Na szczęście byli czymś zajęci… Bastion można było obejść po dachach do okoła. Ciągnie się wzdłuż Krakowskiej, Drukarskiej i Zamkowej. Zamkowa jest jednym z ramion litery Y, nad ramieniem której kto stał? Vi! Sztywni byli zaabsorbowani właśnie nim albo raczej dachówkami, które rzucał im pod nogi. Jebany, wiedział idealnie co zrobimy. W tej chwili ratował nasze tyłki.
- JJ i Beny wyszli już po was na Drukarską, tam się spotkacie! Żabka odcięta!
Bez żadnego gadania, jazda i znowu sprint. Alarm zaprosił pod Żabkę około 200-300 sztywnych. Gdyby nie wyjście awaryjne to byśmy teraz byli w niezłym gównie.
Na Drukarskiej przywitał nas Beny:
- Ch… wam w dupę debile! Fajki macie? - spytał.
- Tylko kilka paczek, reszta została w worach - odpowiedziałem.
- Morda panowie bo inaczej zostaniemy tu na wieki. Wąska i Piekarska pełne, ale te debile się odbijają od ścian. Powinniśmy dać radę dojść do Bastionu bez zwracania uwagi. Młody czeka na nas przy drzwiach - powiedział JJ.
Bez zwłoki ruszyliśmy. JJ mówił prawdę, obie ulice były pełne, a sztywni odbijali się od siebie i ścian. Kiedy Vi zrobił „bażanta” Młody wyskoczył do nas i coś chlapnął głupiego. Nie zwróciłem na to uwagi bo zobaczyłem co się dzieje pod Żabką, w której przed chwilką byliśmy. Jeden wielki kocioł sztywnych, jak na koncercie. Tylko brakowało muzyki i pogo do tego obrazka. Napierali na drzwi, które teraz puściły i horda wsypała się do środka. Byliśmy tam raptem 2 minuty temu.
- Dawaj fajki - powiedział Młody kiedy już zamknął za nami drzwi - szkoda, że żarcia nie ma, ale aż mnie ssie, daj zapalić.
- Co tam się stało? - spytał JJ - co ty, koniec świata, miasto puste, a ty nawet sklepu nie potrafisz obrobić - dodał i zaczął się śmiać.
- Żałujcie, że nie widzieliście tego z góry - powiedział Beny - nieźle żeście ich siekali, jak jacyś poryci drwale. Ruszyliscie tym alarmem całą hordę z Zamkowej i Damrota.
- Sztywni w dresach, czaisz? - powiedział Młody i ściągnął dym.
- Musimy wzmocnić drzwi bo mogą nie wytrzymać ewentualnej hordy - powiedział JJ - a wy za karę idziecie do piwnicy po ogórki. Dzisiaj to zjemy na obiad i resztki z konserw, palacze!
- Podziękujcie Viemu. Gdyby nie on, to teraz byście byli gównem sztywnych- dodał Beny.
Staram się nie myśleć o tej dwójce za Żabką… to nie ludzie tylko… właśnie tylko co…?
Więcej ludzi przetrwało, ale chyba raczej nie są nastawieni pokojowo wobec nas. Mamy farta, że jest Bastion. Po tym co spotkałem dziś na ulicy wiem, że w zwykłym mieszkaniu nie jest bezpiecznie.

JJ;Misiek
==
Widok na Żabę i literę Y, fotka zrobiona Polaroidem Viego. Wejście do Basionu od Krakowskiej.

niedziela, 4 grudnia 2011

1.12.2010 – Echa po walce...

1.12.2010 -Echa po walce...

9:00, przez te kilka minut leżeliśmy w przedpokoju i łapaliśmy oddech. Drzwi zaryglowaliśmy odruchowo tym, czym się dało. Wbiegliśmy resztkami sił prawie na szóste piętro.
- Musimy zejść na dół i zrobić barykady, na drzwiach na Krakowską i na podwórko – powiedział Vi kiedy wrócił już od okna po robieniu fotki.
- Kurde daj odsapnąć, jeszcze nigdy takiej pompy nie miałem – powiedziałem.
- Dobra, też mam zejście - odpowiedział Vi i zjechał po ścianie na podłogę, widziałem jego wysuszone i spękane usta. Łyk wody byłby teraz najlepszym lekarstwem na zmęczenie.
Jeszcze kilka minut zalegaliśmy, ale czas nas naglił i trzeba było ruszyć dupę, zagrożenie było nadal realne.
- Słuchaj Vi, robimy tak, ja z tobą ogarniamy dół i ryglujemy drzwi główne – mówię po chwili – Misiek z Benym plądrujecie mieszkania i zbieracie wszystko co nam się może przydać, woda, jedzenie, latarki, baterie...
- Szybki i Młody ryglujecie wszystkie drzwi jakie są na podwórku – dodał Vi.
- Się robi! – rzucił Młody.
Nie cieszyłem się zbytnio, że znowu muszę iść na dół. Wspomnienia z ostatnich godzin napawały o sraczkę, ale trzeba było walczyć dalej, żeby w głupi sposób nie zginąć. Drzwi na Krakowską zastawiliśmy łóżkiem z najniższego mieszkania, powinno wystarczyć.
Że skończyła nam się już fucha, Vi rzucił pomysł, żeby sprawdzić piwnicę, ponoć jego sąsiadka pędziła tam bimberek. Wkrótce będzie to jedyna waluta w Polsce, a wieczorkiem się rozgrzać też nie zaszkodzi. Brak prądu zmusił nas do tego, że musieliśmy tam wejść z latarkami. Przed wejściem Vi powiedział:
-Idę pierwszy, znam teren, a te piwnice są jak labirynt.
Piwnica jak poniemiecki schron. Vi, mimo tego, że ją znał, prawie by się wydupcył na schodach i narobił trochę huku, ale w sumie to tylko piwnica i nie powinno nikogo być, tak sobie myślałem. Łomem rozbiliśmy pierwszą kłódkę, słoiki z ogórasami kiszonymi(takie grubasy jak w „Czterech pancernych”, jak stary Czereśniak z Tomusiem kupowali w sklepie przed wyjściem na wojnę), kapusta itd., ale nie było niczego, co by się nadawało na broń. W następnej znalazła się jakaś siekiera, toporek, pogrzebacz...
- Czekaj, chodź do mnie do piwnicy, mam tam coś czym cię pozytywnie zaskoczę – powiedział Vi.
Otwieramy jego piewnię, a ten wyciąga z szafki herb Polski, metalowy, taki jak w szkołach:
- A, zajumałem kiedyś w szkole – mówi Vi.
- Łooo stary! Zawiesimy go gdzieś na górze. Dobra, dawaj plądrujemy dalej ten burdel - odpowiedziałem.
Coś nagle stuknęło, w oddali, za rogiem.
- Ja ci przyświecę, a ty pierdolnij w razie czego – mówi do mnie Vi i podkręcił latarkę – mogliśmy sprawdzić wszystkie korytarze, a nie od razu wbijać po ogórki, co za głupcy!
- Co racja to racja. Stary świeć i wchodzimy tam na pełnej! - odrzekłem.
Bez oczekiwania ruszamy, a tam za rogiem staruszka próbuje wejść w zamknięte drzwi i odbija się od nich. Kiedy zobaczyła światło obróciła się w naszą stronę.
- Kurde to ta pijaczka, chuj wie czy pijana czy sztywna... - mówił Vi lekko roztrzęsionym głosem.
- Czekaj przyjebie jej łomem – dodałem.
- Pieni jej się z ryja, bij!– rozkazał Vi.
- To świeć mi, durniu, bo nic nie widzę! – krzyknąłem i zacisnąłem mocniej rękę na łomie.
Zawiniętą częścią zasunąłem jej prosto w środek czaski, a jego drugi koniec wyszedł przez oczodół. Zdechła i upadła razem z nim na ziemię. Jakaś dziwna jucha rozlała się po podłodze, a kawałki mózgu spływały po ścianie. Nie utrzymałem narzędzia w ręku.
- Dawaj wyniesiemy to ścierwo, a chłopaki sobie potem zobaczą co upolowaliśmy – powiedział Vi.
Łom posłużył za hak, jak ze świnią. Resztki jej ciała zostawiliśmy koło śmietnika, w sumie to i tak nikt jej stąd nie zabierze. Jej skóra miała jakieś dziwne plamy i krosty. Młody i Szybki oglądali sztywną. To pierwszy taki bliski kontakt bez adrenaliny.
- Wracajmy na dół – powiedziałem po kilku minutach. Zbierało mi się na rzyganie. To było silniejsze, wszystko następowało po sobie zbyt szybko, nie rozumiałem co się dzieje i co robię.
W piewni starszej znalazł się dystrybutor do pędzenia bimberku(made in USSR). Uznaliśmy, że to, co wypędziła posłuży nam na koktajle mołotowa,. bo nie wiadomo czy tego węża brała do gęby. Nie chcieliśmy się wtórnie zarazić tym syfem.
Wróciliśmy na górę, oto krótka lista znalezisk: prowiant, woda, kilka siekier i łomów – to jedne z bardziej istotnych rzeczy na ten czas. No i oczywiście godło, które zawisło w kuchni u Viego, na honorowym miejscu.
Usiedliśmy koło pieca i grzaliśmy się bo już było trochę zimno. Vi zagadnął po tym jak napalił:
- Chłopaki meldujcie jak sytuacja u was. Skoro mamy już prowiant, wodę i broń i wszystkie potencjalne wejścia są zabarykadowane pomyślmy teraz nad wyjściem awaryjnym.
- Stary daj na luz, nikt tu teraz nie wejdzie i nie ma zagrożenia – wtrącił Szybki.
- Polałbyś coś, a nie! – bąknął Młody od niechcenia.
- Racja, na razie jesteśmy tutaj okopani, wczoraj i dziś był ciężki dzień, polej coś mocniejszego, polej bo nie zniesie tego moja głowa – dodałem.
Vi rozdał szklanki i w całości je zapełnił. Chwila odpoczynku skończyła się zbiorowym snem na podłodze w kuchni. Wypadki ostatnich godzin dokopały każdemu, bez wyjątku. Piec pozostał ciepły do rana.
Ocknąłem się około 16:30 , czyli dokładnie 48 godzin po przebudzeniu w sobotę. Dzwony nie biły na mszę, jak co tydzień. Znowu zaczynało się ściemniać, robiła się szarówa.
- Panowie, zapalmy świece, bo tak jakoś się groźnie robi – powiedział Misiek – Jak dla mnie to teraz jest najlepszy czas żeby złożyć to wszystko do kupy. Na wszelki wypadek barykadujemy drzwi, a w razie czego to...
- Bym zapomniał, w przedpokoju pod warstwą gipsu jest stare wejście na dach! - krzyknął Vi – pamiętam jak zawsze pizgało od tego włazu w zimie to go zabudowaliśmy.
Vi miał chatę przerobioną ze strychu i stąd ten fartowny właz. Można powiedzieć, że cała kamienica jest wyjątkowa. Na podwórku jest duża drewniana brama, a wszystkie okna na wysokości 2m są zakratowane, bo na Krakowskiej były sklepy i inne gówna. Układ czterech kamienic tworzy zamknięte kanciaste jajo i spokojnie można przejść się wkoło, nawet do połowy Krakowskiej w stronę rynku i aż do słupa informacyjnego po drugiej stronie.
Późnym wieczorem, gdy już wszyscy dochodziliśmy do siebie, Szybki wspomniał właśnie o tych kratach itd. To mi przypomniało pewną książkę S. Kinga pod tytułem „Bastion”. Nazwa była idealna dla tego miejsca. Powiedziałem to reszcie ekipy, Młody na to:
- Heh, że co?
- Że kurwa twierdza, nie do zdobycia! - odpowiedział Vi.
- Zajebiście – dodał Misiek.
- A weź Młody, ty to zawsze coś pierdolniesz – rzekł Beny – Jak wyjdziemy na Krakowską, to sprayem napiszemy „Bastion”. Tylko po co, bez sensu.
I tak pozostało. Kozacka i mocna nazwa dla miejsca, w którym skitrało się kilku uciekinierów przed zagładą. Jak dobrze się zorganizujemy to wszyscy będą nas tu mogli pocałować w dupę - tak pomyślałem sobie wtedy.
Taka jest geneza naszego Bastionu, tyle na dziś, jutro kolejny ciężki dzień.
Tego dnia nikt nie stał na warcie, po prostu poszliśmy spać. Należało się nam.


JJ;Vi

piątek, 2 grudnia 2011

1.12.2010 - Próba ewakuacji...

1.12.2010 -Próba ewakuacji...

Czas ewakuacji z miasta zaplanowaliśmy na 8, żeby było już jasno i odpocząć nieco, naradzić się spokojnie, bo byliśmy naprawdę zdenerwowani. U Benego odbyła się tej nocy ostra kłótnia o nasze dalsze losy. Było dosyć ciężko.
Rano, kiedy wyszliśmy z domu, tak samo uzbrojeni jak wcześniej, od razu uderzyliśmy na rynek. Wczoraj z Vim widzieliśmy otwartą sukę, ale nie mieliśmy odwagi do niej wejść czy ją przeszukać. Teraz to była jedyna możliwość transportu do Opola dla takiej ekipy. Plac był czysty. Policjanci musieli chyba nawiać i zostawili sprzęt. W środku znaleźliśmy pistolet i 10 naboi do niego i pałkę policyjną, którą zawinął Szybki, bo miał tylko nóż. Kluczyki w stacyjce, no lepiej być nie mogło.
Ruszyliśmy wolno na wycieczkę. Vi prowadził, a ja siedziałem z nim z przodu. Młody z tylu zawołał, żebym puścił ogrzewanie bo zimno. Się robi! Wszystko było w porządku do czasu jak zrównaliśmy się ze szpitalem.
- W mordę! - krzyknął Vi - Patrz ile aut!
- Panowie koniec wycieczki, nie damy rady przejechać, wysiadka - powiedziałem.
Stoimy przed autem, Młody odpalił fajkę i poczęstował resztę ekipy.
- Co teraz robimy? - mówię do Vi.
- Nie wiem, może przejdziemy z buta przez ten korek i zgarniemy jakiegoś kombika i pojedziemy dalej - odpowiedział.
Młody wskoczył na dach suki i woła:
- Chłopaki zawijajmy się stąd, na cmentarzu idzie cała ekipa do nas, już mnie zobaczyli! 10, 20, 30, 100, 200… - Młody przestał liczyć i zeskoczył - Chodzą szybciej niż w nocy! Nadchodzą! - krzyknął i pobiegł.
- Opolska odcięta - woła Misiek - Wiejemy przez osiedle!
Nie trzeba było nas długo namawiać. Zbliżała się na nas horda. Ciekawe gdzie te krety się pochowały jak jechaliśmy autem. Szybko byliśmy za prosektorium, czy co tam jest na środku placyku, i już za domkami. Kiedy wbiegałem za blok, widziałem jak pierwsi truposze są jakieś 250 metrów od nas, szybko szli, ale na szczęście nie biegli. Na pierwszej ulicy szło kilku sztywnych prosto na nas. Nie było innego wyjścia jak ich rozwalić i iść dalej. Było ich chyba sześciu albo siedmiu, dla każdego po jednym.
- Biorę grubasa! - krzyknął Beny i już ciął go szpadlem. Każdy z nas dorwał swojego i podziurawił mu łeb tak, żeby już nie wstał. Vi skroił dwóch. To były ułamki sekund na podjęcie decyzji. Nie myśli się wtedy, nie że racjonalnie, ale w ogóle, o tym co się robi. Czysty umysł i tylko przeciwnik. Liczyło się tylko zwolnienie przejścia. Tylko to…
- Jazda kurwa! - krzyknął Vi. I ruszamy dalej, ale Młody stał jak wryty i ani drgnął.
- Chłopaki coś nie tak z Młodym! - wołam.
- Młody! Zaraz tu będą i nas rozpierdolą jak nie ruszysz dupy! - zawołał do niego Beny.
- To są ludzie - powiedział Młody i pokazał na ścierwo leżące na ziemi - Pierdolę to, idę do domu!
W tym momencie pierwszy sztywny z okolic cmentarza minął róg i już szedł na nas, Misiek do niego doskoczył i go zlikwidował.
- Idziesz czy zostajesz? - mówi Vi do Młodego.
- Zostaję - odpowiada Młody, ręce mu drgały, był biały na twarzy - Mam to wszystko w dupie!
Ruszyliśmy bez kolegi, który tak stał i patrzył na ścierwo. Na końcu ulicy obejrzeliśmy się i zobaczyliśmy jak kilku sztywnych już jest koło niego i nagle... Młody się obudził z transu i zaczął ich siekać. Zatrzymujemy się i patrzymy jak Młody walczy, wpadł w furię i rozpłatał ich dosłownie, czterech. Odwrócił się i ruszył sprintem do nas. Byliśmy w szoku, ale nie było czasu na zadawanie głupich pytań, sam byłem posrany i nie dziwię się Młodemu. Sztywni zaczynali deptać nam po piętach, zbliżyli się do nas niebezpiecznie, udzieliło się też zmęczenie. Na ulicy, która była wzdłuż rzeki znowu spotkaliśmy grupkę, z którą poradziliśmy sobie o wiele lepiej niż z poprzednią. Ręce powoli odmawiały posłuszeństwa, o nogach nie wspomnę. Bardzo dużo energii zużywałem na ciosy, zbyt dużo. Takie zamachy spalają człowieka.
Koło stawu Kościuszki nie było już tak łatwo i kolorowo. Na alejce była mała horda, chyba ze 20 sztywnych. Pomyślałem, że nie damy rady i nagle słyszę:
- JJ ze mną, Misiek Szybki, Beny Młody, bierzemy parami tych co zostaną! - krzyknął Vi i wyciągnął pistolet, który znalazł w suce i zaczął strzelać. Grupka była tak zwarta, że trafił każdym nabojem, nawet jak chybił w tego, co celował to dostał jakiś za nim. Wysypał do nich cały magazynek. Zostało ich około 10. Zdjąłem z pleców mojego AK74 i sypnąłem serią po oczach jednemu sztywnemu. Polała się jucha i zostały puste oczodoły, a sztywny szedł przed siebie i nie widząc nikogo. Vi zobaczył co zrobiłem i zdjął swoją replikę i zrobił to samo kolejnym dwóm. Zadziałało. Może głowy nie przestrzelimy, ale jak już wspominałem krzywdę da się zrobić.
Chłopaki stali i patrzyli jak kończymy.
- Szkoda, że mojego kałasza zostawiłem w domu - powiedział Młody.
Z tyłu usłyszeliśmy dziwny dźwięk. Oglądamy się, a tam znajoma horda wyłazi zza skrzyżowania. Za daleko żeby strzelać więc ruszyliśmy wzdłuż stawu i na rynek. Po drodze zdarzali się sporadyczni sztywni, ale bez większych grup. Koło ratuszu zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zdecydować gdzie idziemy.
Na drodze do domu Benego było widać już grupę około 40 sztywnych, a to byłoby za dużo dla nas, po takiej walce i kawałku jaki zrobiliśmy od szpitala. Czułem zmęczenie, wszyscy dyszeli ciężko.
- Lecimy do mnie - powiedział Vi i wyciągnął klucze.
Na Krakowskiej było bardzo ślisko, wczoraj musiała tu być niezła rzeźnia, wyglądało to tak, jakby ktoś szlauchem lał czerwoną farbę po kostce brukowej. Naprzeciwko banku stała grupa sztywnych i patrzyli się na szybę, widzieli siebie, ale nie kumali co się dzieje, co jakiś czas jeden z nich jak ryba w akwarium chciał wejść w zwierciadło i uderzał w nie nosem. Po cichu przeszliśmy za ich plecami.
Kiedy Vi otwierał drzwi jeden ze sztywnych się odwrócił i ruszył na nas, ale reszta została.
- Jest mój - powiedział Beny i sprawnym machnięciem szpadla przeorał mu mordę od mostka po czubek głowy tak, że już nie wstał. Przestało się już dla nas liczyć to, że to byli kiedyś ludzie. Traktowaliśmy ich jak drapieżców, którzy tylko wyglądają jak oni… To była bardzo dramatyczna scena, ale przełom był najgroźniejszy dla naszego życia.
Vi zamknął drzwi na klucz. Klatka była czysta, mieszkania też, bo przecież wcześniej robiliśmy rekonesans. Zabarykadowaliśmy drzwi na samej górze, w mieszkaniu i padliśmy na podłogę. Teraz wyszło zmęczenie i nerwy, trzęsące się ręce, łzy, drżenie rąk...
Spojrzałem na zegar i mówię:
- Chłopaki dopiero 8:50.



JJ; Vi




Zdjęcie zrobione Polaroidem Viego o 9:00 tego samego dnia, widok na Krakowską z mieszkania Viego, na ulicy widać kilku sztywnych.
==

30.11.2010 - Kontynuacja...

30.11.2010 - Kontynuacja...

Dyskusja u Benego trwała i trwała. Czas płynął wolniej, jak przed egzaminem. Każdy z nas pewnie, tylko nikt głośno o tym nie powie teraz, myślał o tym, co by zrobił gdyby stało się coś takiego jak teraz za oknem. Scenariusz z filmu w świecie realnym. Oczywiście zawsze byłem kozakiem, który przeżył, zdobył dobrą pukawkę i na mieście rozwalał sztywnych. Teraz siedzę sobie u Viego na chacie, w kuchni, i sram pod siebie ze strachu na myśl, że niedługo znowu będzie trzeba iść po prowiant itp.
Wracając do chaty Benego. Dalej jest 30.11.2010… ten dzień się jeszcze nie skończył i jest jednym z dłuższych w moim życiu, mimo, że zaczął się około godziny 16. Co też innego mogliśmy czynić, gadaliśmy o tym, co teraz musimy zrobić. Możliwości ucieczki z miasta były dziesiątki, ale tylko nieliczne do wykonania. Priorytetem według Viego było dotarcie do Opola, bo jest tam jednostka wojskowa, a gdzie wojaki tam i organizacja i broń. Wszyscy się zgodziliśmy z nim, zwłaszcza, że widzieliśmy w TV Rosomaka. Wątpliwością było jedynie to, czy ktoś był w środku, ale to zachowałem dla siebie bo też chciałem się wyrwać z tego szamba, w sumie to chyba strzelali z niego, to ktoś musiał być.
Dochodziła już godzina 20, czyli od zarazy mijała doba. Spoko, żyjemy… ten syf zrzucony był chyba jakiś nietrwały czy coś - myślałem, ale to dobrze…
Brakowało kogoś w ekipie. Nieobecność tę głośno sygnalizował na każdym kroku Beny:” Panowie, musimy skoczyć na Grunwaldzką i sprawdzić czy Misiek żyje!”
Teraz plan - był prosty - dozbrajamy się, ruszamy w kierunku Grunwaldzkiej „najbezpieczniejszą” drogą po Miśka( sprawdzić czy żyje), a po drodze zgarniamy wszystko co może się przydać. Kasa też, praktyczniejsza, w tej sytuacji, niż papier toaletowy, najlepiej $, bo nie niszczy ich woda. Potem pożyczamy jakieś autko dla 5 osób, albo ewentualnie dwa i ruszamy w kierunku Opola. Pieniądze miały być dobre na podpałkę.
24 godziny po zarazie staliśmy pod drzwiami na Podwalu. Osobiście byłem zesrany po same pachy. Ja - AK74 i naostrzony kij od flagi - jak dzida, Vi - SPR i łom, Beny naostrzony szpadel(oj cieszył się jak dziecko z tej broni), Młody miał małą siekierę. Rycerze XXI wieku…
Vi idzie pierwszy, kozacko myślałem, ale ja wole być z tyłu, potem Beny i Młody, zamykałem ja.
- Dobra, teraz zamknąć ryje, Młody słyszysz co mówię? - spytał Vi - Pełne skupienie, coś zobaczysz dajesz cynk, bez kozaczenia. Jak natrafimy na kogoś to bierzemy go całą grupą, nie wiadomo jak zareaguje na nasz widok. Kurwa, Młody, słyszysz mnie?!
- Spoko luzik! - odpowiedział.
- Dobra - powiedział Vi - Idziemy.
Gotowi rozwalić każdego kto nam stanie na drodze wyszliśmy na ulicę, która była… pusta. W oddali było widać łunę, chyba coś się ostro paliło w rejonie Mickiewicza. Niebo płonęło razem z budynkami.
Idziemy wolno w stronę targu ruskiego. W połowie drogi, z bramy targu, wyszedł jeden sztywny. Stanęliśmy jak wryci. Co teraz…
- Co to jest?! - powiedział Beny.
- Rozproszymy się i rozwalimy go - powiedział Vi.
Sztywny popatrzył w stronę parkingu i odwrócił się do nas. Kiedy nas dojrzał od razu ruszył. Szedł mniej więcej z szybkością normalnego chodu, ale utykał. Dobrze, że nie biegł, bo byśmy nie dali rady. Szedł i szedł, coś nie mógł dojść do nas, tak mi się wydawało. Kiedy się zbliżył to zrobiliśmy to, co mówił Vi, rozproszenie i zbałamuciliśmy nieboszczka, nie wiedział na kogo ma iść. Po ułamku sekundy ruszył na Benego, a ten  mu ze szpadla, ale trafił w ramię. Vi doskoczył do niego i łomem rozbił mu tył głowy, Młody odciął mu rękę siekierą, a ja przebiłem mu bebechy na wylot moją dzidą. Sztywny padł, polała się jego krew, albo jakaś taka jucha. Nie wiem dokładnie, bo było ciemno. Odskoczyliśmy w przerażeniu i podnieceniu. Sztywny wierzgał nogami i zaczął się zbierać. Kiedy już prawie wstał Beny z całej siły uderzył go szpadlem w kark. Głowa nie potoczyła się jak na filmach czy w książkach, tylko upadła pod ścierwo… przestał się ruszać. Został unieszkodliwiony. Przyznam, że niecodzienne doświadczenie. Nogi jak z waty, mokre pachy, zimny pot na czole, stopy pływały w skarpetkach. O ja, nawet teraz ciężko to wspominam.
Poczułem coś dziwnego i dla spokoju sprawdziłem gacie czy czasem się nie zasrałem pod siebie, żeby nie było wstydu. Ufff na szczęście nic takiego się nie stało, ale podejrzałem jednego kolegę, że też sprawdzał to samo u siebie, imienia nie zdradzę…
- Dobra, trzeba im odwalić głowę i po problemie - powiedział Beny - ale dostał - dodał roztrzęsionym głosem.
- O ja, jeszcze nigdy nikogo nie zabiłem - mówię.
- Morda! teraz nie mamy na to czasu, ruszamy - rzucił Vi, ale widziałem, że jemu też było ciężko. Młody stał tak jak stał po uderzeniu sztywnego. Jedna ręka - Młodego - mu drgała…
- Młody, cały? - spytał Beny.
- A jakże! - odpowiedział, ale tak jakoś dziwnie.
Ruszamy dalej. Jak na pierwszy raz poszło nam nieźle, chociaż nie kończyłem sztywnego i nie chciałem tego robić i czekałem, aż ktoś to zrobi za mnie. Dobrze, że Beny nie spękał… Chyba inni też czekali. Nowa sytuacja, ciężko było się w niej odnaleźć.
Nagle słyszymy krzyk, gdzieś w rejonie normalnego targu, między budami coś się działo. Idziemy w tym kierunku. To był moment i już staliśmy pod jedną z bud. W centrum targu ktoś lał się ze sztywnym i chyba go załatwił. Ciśniemy się pod ścianką, która się wybrzusza… Coś się zbliżało do nas, nie wiedzieliśmy co, ale nikt nie odważył się żeby zobaczyć. Napięcie narastało, Vi stał jako pierwszy. To coś poszło jednak od drugiej strony prosto na mnie. Nie skojarzyłem w ogóle, że sztywny myśli i nas obchodzi… kiedy wyszedł od razu dostał strzał z kija przez łeb, dobrze, że go nie dźgnąłem, albo że Młody nie dołożył siekierą…
- Żywy!- woła gość - Swój! Spokój!
Ocalały dostał kilka razy kijem nim zdążyłem się zatrzymać. Adrenalina uderzyła mi do głowy, ferwor, istny ferwor. Chodziły mi ręce i nogi jak w delirium.
Okazało się, że to Misiek i Szybki. Szok! Mało brakło, a rozwaliłbym go, dobrze, że szybko się opamiętałem. Po krótkim przywitaniu powiedzieli nam, że szli w naszą stronę bo też nie wiedzieli za bardzo co się dzieje, a kamienica Benego i Młodego to dobre miejsce, dwóch kumpli blisko, rynek - centrum i może jakaś ewentualna pomoc. Niestety nie mieliśmy dla nich dobrych wieści. Słyszeli tylko co nieco w TV. Dzwonili do mnie i do Viego całą noc, Misiek gadał, że raz odebrałem i po pijaku coś gadałem, ale nie rozumiał nic. Wiedział przez to, że z nami wszystko w porządku. Dlatego zdecydowali się iść w naszym kierunku. Mieli sprawdzić kamienicę Benego, a potem do nas. Mówił później, że gdyby nie pewność, to nigdy by nie wyszli z mieszkania.
- Misiek, stary, mówiłeś wczoraj, że wychodzisz o 20 na miasto. Byłem pewny, że zesztywniałeś do tego czasu - mówi Beny.
- A wiesz co, sraczkę miałem i głupio było się przyznać to tak powiedziałem. Cały wieczór siedziałem na kiblu - odpowiedział Misiek. - No i tak udało mi się przeżyć…
Szybki coś tam gadał o tym, że był zmęczony i spał w domu od 19. Jak wstał o 12 to już był w ciemnej dupie. Wykluczyliśmy zarażenie chłopaków dla pewności i całe szczęście, że tak się stało, bo ciężko by nam było odrąbać łeb Miśkowi czy Szybkiemu.
Szybki szedł przez miasto jeszcze jak był dzień, ale mówił, że było bardzo dużo sztywnych na ulicach, a sam się schronił na dachu Żaby na Grunwaldzkiej i tam koczował ileś godzin. Kiedy się ściemniło widział Miśka jak się skrada z jakąś pałką metalową koło Polmosu i tak się spotkali. Potem uderzyli w kierunku Podwala i zastali nas za budą gdzie doszło do spotkania. Chłopaki spotkali się kilkanaście minut wcześniej.
- Drużyna „A” - mówię - Teraz nam wszyscy mogą naskoczyć panowie. Ale uciekajmy stąd.
- Widzę, że każdy tutaj uzbrojony - mówi Szybki - my też coś mamy - i wyjął wielki nóż a’la Rambo.
- Ja mam tylko to - pokazał nam metalową pałę Misiek - Ale łeb rozbiłem jednemu. Kurwa, JJ, następnym razem uważaj, bo teraz mi się rzygać chce od tego uderzenia. Wczoraj sraka, dzisiaj rzyganie, to za dużo…
- Sory stary, ale masz farta bo na początku miałem cię przebić tym kijem. Dobrze, że znowu speniałem - odpowiedziałem. Z pozoru frywolna i koleżeńska rozmowa była tak naprawdę dobrą miną do śmiertelnej, nie złej, gry. Byliśmy sponiewierani przez strach.
- Chyba nie biegają - powiedział Szybki - To nam daje przewagę.
Bilans wyglądał następująco, Beny rozkroił jednego, Misiek na spółkę z Szybkim jednego, a ja prawie zarżnąłem żywego człowieka, ale fartownie mi się nie udało.
- Dosyć tej świńskiej łaciny - powiedział Vi -Wracamy do chaty Benego, potem kołujemy jakiś transport i uderzamy na Opole. Jazda! - zakończył.
Na Podwale wróciliśmy spokojnie i bez dodatkowych przygód. Bardzo ważna była informacja od Szybkiego, który za dnia widział sztywnych. Mówił, że poruszali się dosyć wolno i było ich dużo. Teraz musieli się gdzieś pochować, albo śpią albo nie wiadomo co właściwie. Drzwi wejściowe zabezpieczyliśmy jak się dało najlepiej. Całą noc zmienialiśmy się na wartach, tylko przy oknie bo byliśmy posrani przed staniem na ulicy co też nie miałoby większego sensu. Zbędne zagrożenie. W ogóle, to od tamtej pory, eliminowanie zagrożenia to był dla mnie priorytet. Analizowałem wszystko w głowie po dziesięć razy, czasem byłem od tego wykończony, ale były tego efekty.
Dlaczego nie nawiałem do Opola sam z Vim, albo potem z Benym i Młodym, tylko ryzykowaliśmy spacerek w nocy na Grunwaldzką? Bo kiedyś gadaliśmy, dla jaj w sumie, że jakby coś takiego się stało, to zbieramy się i tworzymy zwartą grupę, nie w pojedynkę. Nikt nie chciałby zostać sam w takim syfie. Teraz plan wypalił i w sumie luźna umowa przy wódce i czasem na chorym filmie stała się rzeczywistością. Ryzykowaliśmy, ale się opłaciło. Szliśmy tylko po Miśka, a znalazł się jeszcze Szybki. To był ciężki dzień…



JJ