Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 19 stycznia 2012

7.12.2010 Szczęście w nieszczęściu...

7.12.2010 Szczęście w nieszczęściu...

            Mój ONYKS!!!  Kozacki, całą noc myślałem kiedy go wreszcie wypróbuję. Jeszcze nigdy nie strzelałem z ostrej amunicji.
- Dawajcie na dach postrzelać - powiedział Szybki.
- Nie możemy na dach, za dużo huku narobimy - powiedziałem - moglibyśmy gdzieś wyskoczyć i wysypać po magazynku albo po osiem.
- Dobra, zbieramy się - powiedział Vi - wychodzimy z Bastionu.
- Gdzie?- spytałem.
- Na pola, na samym końcu Jagiellońskiej, przejazd był całkiem w porządku i nie powinno nam nic grozić - odpowiedział.
- Zajebiście - dodał Beny - ale najpierw musimy je wyczyścić odkładnie.
            Zebraliśmy cały sprzęt i wyczyściliśmy nasze kałachy. Oj przyjemna to czynność. Relaks w piekle na ziemi…
- Ale Młody byłby zajarany nimi - powiedziałem przy stole.
- No już widzę jak robi Rambo po domu - dodał Beny.
- Zawsze świrował - dodałem, wszyscy dobrze wspomnieliśmy go, szkoda że zginął, brakowało go.
- Wszystko spoko, ale co robimy z Czarną? Ile godzin już tam siedzi? - spytał Vi.
- Kilkanaście, już powinna się przemienić - powiedział Beny - chodźcie sprawdzić.
            Zastukaliśmy w drzwi, Czarna po chwili się zbliżyła do drzwi. Stwierdziła, że to tylko zadrapanie i dobrze się czuje. Weszliśmy na półpiętro i czekaliśmy aż wyjdzie.
Wszystko było w jak najlepszym porządku. Żadnych oznak sztywności.
- Witam w Bastionie! - powiedział Vi - jedynym bezpiecznym miejscu w tej części kraju.
- Siema, mam nadzieję, że na coś się przydam - odpowiedziała nieśmiało.
            Zaprowadziliśmy ją z powrotem na samą górę. Odpoczęła sobie, zjadła i nabrała sił. Mogła śmiało z nami jechać.
- Zostaw rzeczy tutaj, jak wrócimy planujemy przeprowadzkę niżej - powiedział Vi.
- A dokąd idziecie? - spytała.
- Jedziemy, jedziemy - odpowiedział Vi - tam gdzie się spotkaliśmy, musimy poćwiczyć strzelanie.
- Co? Czym chcecie strzelać? - spytała.
- Tym! - krzyknąłem i pokazałem jej stół pełny broni i amunicji - to jest broń, którą zdobył wczoraj nasz kolega, Szybki, to jest…
- O Onyks i P99! - wtrąciła się Czarna - kaliber 5.45mm, z takiego jeszcze nie strzelałam.
- Co?! - krzyknąłem.
- No ojciec miał troszkę tego w domu, jakieś strzelby, broń kolekcjonerska - odpowiedziała - interesował się ogólnie i ja też zawsze miałam z tym styczność. Nie raz na strzelnicę jeździliśmy.
- Aha - odpowiedziałem - no to nas nauczysz strzelać.
- Kozacko - dodał Vi - dobra zbieramy się, transport czeka na dziedzińcu.
- Macie jakieś nowe autko bo wasza kropa chyba się rozeszła w kroku, nie? - spytała Czarna.
- Mamy, zobaczysz zaraz jakie cacko! - odpowiedział Vi.
            Zeszliśmy na dół i zaczęliśmy pakować wszystko na tył.
- Ja kieruję - krzyknął Vi - dziś jedziemy wszyscy wyjątkowo.
- Spoko, kręć silnik i nie pierdol - powiedziałem.
            Siedziałem z Vim z przodu, a reszta ekipy z tyłu. Vi zakręcił raz silnik, potem drugi i trzeci. Zdechł.
- Co jest? - spytałem - jechałeś nim raptem 100 m i już go zajechałeś, to nie kropa!
- Nie prawda! - odkrzyknął.
- Dawaj podnieś maskę, zaraz w nim pogrzebiemy i naprawimy - powiedział Misiek.
            Maska poszła do góry, ale lipa. Nie umieliśmy zlokalizować usterki. Uznaliśmy, że przenosimy wyjazd aż nie skombinujemy jakiegoś sensownego transportu.
            Zapaliliśmy po jednym na dziedzińcu. Po chwili ktoś otworzył drzwi kierowcy wsiadł za kółko i zakręcił silnik, który zaskoczył.
- Co do… - powiedział Misiek - Czarna!?
- Wsiadajcie, widzę, że zajebiści z was mechanicy - powiedziała ośmieszając nas.
- Co zrobiłaś? - spytał Vi.
- Ojciec miał jeszcze warsztat samochodowy - odpowiedziała - często mu pomagałam.
- Jak to zrobiłaś!? - spytał Beny.
- Nie ważne, nie będę wam robiła siary, wy jesteście pedziami? Sory… - dodała.
            W milczeniu i zniesmaczeni porażką przed Czarną zapakowaliśmy się do jeszcze raz do naszego furgonu.
            W środku inny świat - jak w klasie biznesowej, którą znam tylko z filmów, heh, skóra, obrotowe fotele, kanapa, jakiś telewizorek.
- A spróbuj mi  go zarysować! - krzyknął Szybki kiedy ruszaliśmy.
            Wejście do Bastionu wzmocniliśmy kilkoma łańcuchami, także nasza twierdza była zamknięta. Pojechaliśmy bez przeszkód na miejsce.
Postrzelaliśmy trochę, ale ciężko szło. To jest nieco trudniejsze niż się wydawało. Misiek w ogóle powiedział, że ma w dupie karabinek i nie będzie z tego strzelać i woli mieć maczetę i pistolet awaryjnie.
Czarna dobrze strzelała. Ja Vi i Beny radziliśmy sobie całkiem nieźle jak na pierwszy raz. Szybki podobnie jak Misiek, wolał coś innego.
- Ja go wezmę - powiedział nagle Misiek.
- Nie! Ja sobie go zamówiłem - krzyknął do niego Szybki.
- Ej, o czym wy gadacie - spytałem.
- Zaklepałem sobie szpadel Benego, bo teraz jak już ma kałacha i resztę broni to mu nie będzie potrzebny - powiedział Misiek.
- Chyba was poryło - powiedział Beny - nikomu go nie dam. Jest jak pióro! Tylko jeden właściciel może nim władać, a reszta łap jest plugastwem i zeszmaceniem dla niego! Jest czysty niczym dziewica i nie jest przeznaczony dla motłochu!
            Ostro zlaliśmy z chłopaków. W drodze powrotnej wpadliśmy na pomysł żeby obrobić wozy mundurowych, które stały na barykadzie na parkingu czerwonego markietu.
- Misiek,Szybki, Beny obrabiacie radiowozy, JJ ze mną na rekonesans, Czarna zostajesz.
- Spoko - odpowiedziała - żeby nie było, dzieci.
            Wyszliśmy, było jasno więc musieliśmy uważać. Chłopaki zaczęli plądrować wozy i zgarniali wszystko co się dało. A ja z Vim poszliśmy między samochody sprawdzić, co tak właściwie się tu stało tego dnia. Parking był nimi zawalony. Między niektórymi autami było widać zaschnięte kałuże krwi, trochę ścierwa też leżało.
- Masakra tu musiała być - powiedziałem na widok kilkunastu pogryzionych ciał, które leżały na skrzyżowaniu uliczek.
- Chyba maja przestrzelone głowy - powiedział Vi.
            Wyglądało na to, że policja nie mogła sobie poradzić z tłumem i otworzyli ogień. Dobrze, że nas tu nie było. A potem sztywni musieli ogryźć ciała.
- Słyszałeś coś? - spytał Vi.
- Nie, zdawało ci się, chyba - odpowiedziałem.
            Przeszliśmy się jeszcze kawałek i naliczyliśmy tak na oko jakieś 100 ciał i ich szczątków. Straszny widok.
- JJ, sztywny! - syknął Vi -  załatwimy go po cichu, może ich być więcej.
            Przechodził kilka metrów od nas sztywny w kombinezonie strażaka. Vi zaszedł go z tyłu i ściął mu głowę maczetą. Głowa odpadła i leżała już na ziemi, ale reszta ciała jeszcze stała. Z miejsca gdzie była szyja poszło dużo krwi. Ciało drgnęło w konwulsji i padło z hukiem na ziemię. Trysnęła nowa dawka świeżej juchy. Popłynął strumień do kanału.
- Ostra - powiedział Vi, siedział za autem tyłem do mnie i tylko odwrócił na bok głowę.
- No, jak w masło weszła - odpowiedziałem - musiał ktoś o nie zadbać przed wyjazdem.
- Chyba czysto - powiedział Vi - idziemy?
- Dawaj tylko ostroż… - nie dokończyłem.
Padł strzał i usłyszeliśmy świst tuż za nami. Odwracam się, a metr ode mnie stoi sztywny z przestrzeloną szyją. Koszulka zrobiła mu się cała czerwona. Skurczysyn dalej na mnie kroczył. Poleciałem do tyłu prosto na Viego.
- Kurwa! JJ! - krzyknął - zapierdol go!
            Leżałem na plecach, więc przyłożyłem karabinek do ramienia, odbezpieczyłem go i wysypałem z automatu prosto w sztywnego. Poszatkowałem mu klatkę piersiową. Z lufy poszedł dym i czuć było zapach spalonego prochu, łuski odbijały się od ziemi. Sztywny zatrzymał się.
- O kurwa - powiedział Vi - co to?!
- Nie wiem! - krzyknąłem.
            Ten dźwięk to był taki jakiś dziwny bulgot. Z klatki wychodziła mu czarna krew. Było widać połamane żebra i dziury po kulach. Sztywny zaczął rzygać krwią, ze wszystkich dziur szła mu krew. Jak wysypałem w niego cały magazynek to na kilka sekund przystanął, ale po chwili zaczął dalej kroczyć na nas, ale już całkiem wolno.
Z oddali padł kolejny strzał i sztywnemu eksplodowała głowa. Zabryzgał nas mózg albo raczej dziwna maź, która z niego została.
- Zmywamy się stąd! - krzyknął Vi i pobiegliśmy do naszej furgonetki.
            Chłopaki stali i patrzeli zdziwieni na nas i na Czarną, która do połowy wystawała z szyberdachu i w rękach miała karabinek.
- Wybaczcie panowie, ale nie trafiłam za pierwszym razem - powiedziała do nas - wracamy?
- Kurwa! Mało brakło a bym się posrał tam! - krzyknąłem - skurczybyk zakradł się blisko bez żadnego odgłosu. Mało brakło.
- Może się zmywamy co? - spytała Czarna.
- Kto prowadzi? - spytał Vi - bo ja jestem wyświniony tym łajnem.
            Można się tylko domyśleć kto prowadził. Nasza nowa mechanik, specjalistka od broni i jak się potem okazało fachowiec od pędzenia bimbru. Wypad nie był do końca bezsensowny. Ostatecznie chłopaki znaleźli w wozach kilka krótkofalówek, baterie do nich i ładowarki samochodowe.
- Dobrze strzelasz - powiedział Vi - kozacko. Uratowałaś nas dziś.
- Wyście mnie też uratowali ostatnio i moją mamę - odpowiedziała - więc jesteśmy kwita.
- JJ otworzysz? - spytał Vi pod Bastionem.
- Spoko - odpowiedziałem.
- Gdzie wszyscy sztywni, w ogóle ich nie było widać, gdzie się pochowali? - spytał nas Beny pod bramą.
- Tak jakoś dziwnie spokojnie i chicho nie? - spytałem chłopaków.
- Cisza przed burzą… - dodał Vi.
            Jakieś przeczucie czy coś w tym stylu. Nie wiem co mnie tknęło.
- Dawajcie na Podwale, sprawdzimy czy czasem coś większego się tu nie kroi. Mam złe przeczucia - powiedziałem.
- A kiedy miałeś dobre? - spytał Beny.
- Nie pamiętam, ale chcę tam iść - odpowiedziałem.
- Nie, kurwa nigdzie nie idziemy - powiedział Vi - bez sensu, znowu ryzykować bez celu. Odpadam.
- Dawaj - dodał Beny - też chcę iść, nie wiem po co, ale może JJ ma racje. Tylko rzucimy okiem na okolicę.
- Szkurwa! - krzyknął Vi co oznaczało „tak” - Misiek! Szybki! Zabarykadujcie drzwi i zostawcie przejście w dziurze, te debile chcą gdzieś iść.
- Co? Gdzie? - spytał Misiek - ja też chcę!
- Nie wkurwiaj mnie! - krzyknął Vi - zamknij bramę i czekaj na nas!
- Spoko spoko, będę na dachu - odpowiedział obrażony.
            Odpaliliśmy po malborasku i ruszyliśmy w kierunku rynku przez Zamkową. Vi wziął awaryjnie mołotova z samochodu.
- Wracamy? - spytał Vi już na Rynku - mało wam jeszcze?
- Cicho bądź - powiedziałem - zawsze się pultasz jak ja tak gadam. Morda!
- Co kurwa! - krzyknął Vi - co to?!
              Nie wiedzieliśmy co to. Słychać było jakiś dziwny dźwięk. Coś się zbliżało do nas.
- Z Paderewskiego? - spytałem.
- Chyba tak, cofnijmy się jesteśmy za blisko skrzyżowania, do Podwala! - krzyknął Vi.
            Ruszyliśmy pędem. Na skrzyżowaniu klęknąłem i wycelowałem w stronę Rynku. Myśleliśmy, że coś wyjdzie właśnie z ulicy Paderewskiego.
- Jak to horda to bez wystrzału spierdalamy do dziury i rzucę mołotova - powiedział Vi, czuć było jak jest skupiony i zdenerwowany, wyjął z kieszeni zapalniczkę.
- Spoko - odpowiedziałem - na rozkaz.
           Beny w tym momencie pstryknął swoim kiepem, który poleciał kilka metrów od nas, wypuścił chmurę z płuc.
- Ja pierdolę! - krzyknąłem - mój z prawej!
- Lewa! - powiedział krótko Beny - czkajcie aż będą bliżej.
            Zbliżali się do nas sprinterzy, na pełnym gazie. Trzej. Środkowy sprinter machał rękami i krzyczał jak człowiek.
Beny strzelił i położył swojego pierwszym strzałem, prosto w głowę. Padł i nawet nie drgnął. Strzeliłem dwa razy, jedna kula trafiła w bark, a druga w klatkę piersiową mojego. Zwolnił i zrobił jeszcze kilka kroków. Złapał się za miejsce gdzie dostał i klęknął na jezdni, po chwili padł na plecy. W tym samym momencie strzelił też Vi i trafił środkowego w lewe ramię.
- Nie strzelaj, kurwa ja pierdolę! - krzyknął sprinter i zaczął zbierać swojego kolegę, którego trafiłem.
- O kur… - krzyknął Vi - żywi!
- Co?! Co?! - krzyknął Beny.
- Nadchodzą! - krzyknął gość - Prezes wstawaj kurwa! - Prezes stracił połowę czaszki po tym jak dostał. Drugi gość, jak się później okazało - Johny - skonał kilka sekund po swoim koledze. Niestety tym razem trafiłem w dychę. Dostał chyba w serce, ale jeszcze kilka razy dychnął.
- Spadamy stąd - krzyknął do nowego Vi i zaczął go ciągnąć za szmaty - już nie żyją, zostaw ich!
- Gońcie się! - krzyknął - pojebało was!? Idzie tu ze 400 chorych!
            Kiedy to wykrzyknął z Paderewskiego wyszło kilku pierwszych sztywnych.
- JJ, kurwa ognia! - krzyknął Beny i zaczęliśmy strzelać. Vi zaczął ściągać gościa do wejścia.
            Wystrzeliliśmy po magazynku, ale nie było czasu na zmianę. Wskoczyliśmy do dziury i docisnęliśmy kontenery. Po kilkudziesięciu sekundach było słychać nawałę sztywnych za drzwiami. Znowu odbijali się od samochodów i od bramy.
- Sforsują - powiedział nowy - tak jak u nas, drzwi puściły!
- Spokojnie ziomek - powiedział Vi - wytrzyma.
- Kurwa zajebaliście Prezesa i Johnego - powiedział nagle.
- Prezesa? - spytał Beny - Homer? To ty?!
- Tak Prezesa - odpowiedział spojrzał na Benego, potem na mnie i Viego, po chwili stracił przytomność.
- Ja jebię to naprawdę Homer! - powiedział jeszcze Beny - zbieramy go stąd!

JJ
=



Vi zrobił fotkę Polaroidem w czasie ewakuacji spod markietu gdzie prawie zginąłem... dziękówa Czarna!

sobota, 14 stycznia 2012

6.12.2010 Ostatnie pożegnanie…

6.12.2010 Ostatnie pożegnanie…

            Siedzieliśmy całą noc, chyba nikt nie zmrużył oka. Młody rył mi mózg… wkurzał wszystkich, ale teraz bez niego było pusto. Nikt już nie wyjeżdżał z głupimi tekstami i nie było już kogo uciszać.
            Młody zawsze grał kozaka, ale tego feralnego dnia faktycznie nim był. Chciałbym to widzieć jak rozwala truposzy z uśmiechem na ustach i ginie z okrzykiem: „This is Baaaastion!!!”. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin bardzo cierpiał, chora rzeczywistość go przytłaczała. Nie dziwię mu się, było ciężko i to bardzo, a on jeszcze zaliczał wpadkę za wpadką. Kozackie miał wyjście, wtedy pod Bastionem po benzynę, skurczybyk uratował mi zad…
            Rano:
- Musimy coś zrobić - powiedziałem - nie możemy dać tam gnić Młodemu razem z tym ścierwem.
- Co chcesz zrobić? - spytał Vi - nie damy rady go pochować na cmentarzu, nie dojdziemy tam, a tu nie ma gdzie.
- Wiem, ale możemy przykryć jego ciało i oznaczyć je - odpowiedziałem.
- Kto idzie? - spytał Vi.
Wszyscy się zgłosili. Wyszliśmy tyłem, przez bramę. Czułem w gardle ścisk. Ciężko mi było wracać w to miejsce, widać było po ziomkach, że też są przejęci. Czarna została z mamą w Bastionie. Opatrzyła jej rany i opiekowała się nią. Starsza była bardzo blada i słaba. Straciła dużo krwi. Nic nie mówiła tylko leżała półprzytomna.
Bez problemów dotarliśmy w to miejsce. Co za widok. To była rzeź. Młody położył w tym miejscu ze 20 sztywnych, a całe Podwale było usłane ścierwem. Każdy sztywniak miał dziurę po siekierze w głowie, Młody dobrze celował. Kilku sztywnych leżało w jego nogach. Młody był na plecach, jego siekiera tkwiła w głowie sztywnego, który leżał obok niego, a trzonek siekiery… dalej był w jego ręce. Ostatnim tchem musiał go ubić. Pewnie się nawet nie zasłaniał, tylko raził ich aż do utraty przytomności.
- Jebany - powiedział Beny - wpierdalali go, a ten jeszcze kilku ujebał.
            Straszny to był widok. Ostatnie pożegnanie… ale planowaliśmy tam wrócić po niego w swoim czasie. Przykryliśmy jego ciało pałatką. Kiedy go owijaliśmy, jego dłoń puściła siekierę.
- Myślicie, że dał nam znak? - spytał Misiek.
- Kto przejmie jego broń? - dodał Vi.
- Ja - powiedział Szybki i wyjął siekierę z głowy sztywnego - zrobię z niej dobry użytek i pomszczę Młodego, jebane, sztywne, skurwysyny - dodał mściwie.
- Szybki spokojnie - powiedział Vi - gdzie idziesz?
- Idę po mięso - powiedział, a w oczach miał śmierć.
- Przestań świrować, Młody by nie chciał żebyś wariował po mieście w dzień - powiedziałem.
- Patrzcie na skrzyżowanie! - krzyknął nagle Misiek. Szybki został.
            Na skrzyżowaniu niecodzienny widok. Ktoś przebiegł na pełnym gazie przez nie.
- Sztywni tak nie biegają - powiedziałem - żywy?
            Jak na zawołanie, to co przebiegło zawróciło wolno na środek skrzyżowania i stanęło. Facet, koło trzydziestki, spojrzał na nas.
- Żywy?! - krzyknął do niego Szybki.
            Ruszył prosto na nas, rozpędził się i biegnie.
- Sztywny! - powiedział Beny i wyszedł na niego. Przycelował i położył go na ziemię. Wbił mu szpadel w bok, ale jeszcze wierzgał nogami i rwał się na nas.
- Co to jest? - spytałem - widzieliście jak biegł?
- Dziwny jakiś - powiedział Vi - patrzcie na jego nogi, jakieś takie nabrzmiałe, jak by mu mięso rosło.
- Ubiję ścierwo - powiedział Szybki i skończył go siekierą Młodego i dodał - jeden!
- Wydygałem się jak go zobaczyłem, powiem szczerze - powiedziałem po chwili - dobra panowie, kończymy i spadamy bo za długo to trwa.
- Żegnaj Młody... - powiedział Szybki.
            Nie  było nawet kiedy pomyśleć o poległym, jakoś tak głębiej, bo ciągła spina, że zaraz się zacznie jatka, albo jeszcze coś innego.
Wróciliśmy do siebie i mieliśmy iść na górę napić się po łyku czystej, za naszego kompana…
- Co pani tu robi? - spytał nagle na trzecim piętrze Vi. Wszyscy stanęliśmy - Myślałem, że jest pani bardzo słaba, gdzie Czarna?
Podniosłem głowę, jak zawsze właziłem ociężale na górę bo to kurewsko wysoko i lampiłem się w ziemię.
- Co… - zaczął Vi i skoczył do tyłu, był kilka schodków od niej. Przy tym zepchnął Szybkiego i Benego i ci stoczyli się na półpiętro.
Beny leżał nieprzytomny, uderzył głową w kant i zaćmiło go tak, że się nie ruszał.
- Co do kurwy?! - krzyknąłem. Misiek zaopiekował się Benym i Szybkim - Vi co jest?
- Nie wiem, dziwna jakaś jest - odpowiedział - widzisz jej oczy, puste takie.
- Co pani tu robi? - spytałem.
Brak odpowiedzi.
- Czemu nie gada? - spytałem Viego.
- Nie wiem, kurwa, była ugryziona, myślisz że mogła się przemienić? - dodał Vi.
- Czaaarna!!! - krzyknąłem.
Starsza jak stała tak stała na szczycie piętra i patrzyła na nas, przechylała głowę na prawo i lewo, jak pies… zaczęła dziwnie charczeć.
- Cicho bo obudzicie moją… - zaczęła, ale nie dokończyła - co tu się dzieje?
- Ty mi powiedz, kiedy była ugryziona? - spytał Vi - chyba się przemienia.
- Daj spokój - powiedziała do Viego i zaraz do swojej mamy - wracajmy mamo.
- Odsuń się! - krzyknął Vi - może być chora!
- Co  wy chcecie zrobić? - spytała Czarna.
Starsza obróciła się na Czarną i zaczęła robić małe kroki w jej stronę, a ta jak stała tak stała. Czułem jak krew zaczęła mi napływać do ramion.
- Uważaj na nią! - krzyknął Vi.
Matka się obróciła i zaczęła iść w naszą stronę. Zdurniała...
- JJ! Zbieraj Benego stąd! - krzyknął Vi - Czarna! Ona jest sztywną!
- Nieeee!!! - krzyknęła.
- Muszę - odpowiedział Vi.
            Na dole zacząłem odciągać Benego, zaczął już kontaktować z leksza, ale dalej był niewładny, poszła mu jucha z tyłu głowy. Vi zaczął schodzić wolno, a matka szła na niego. Czarna była tuż za nią i błagała żeby Vi jej nie ubił.
- Nie ma innego wyjścia - powiedział Vi i wziął zamach szpadlem Benego, ale nie uderzył, coś go blokowało. Matka schodziła na niego i już była przy półpiętrze. Czarna złapała ją za ramię i coś krzyknęła, a sztywna ją za rękę i wbiła jej paznokcie, tak że pociekła krew.
- Vi! - krzyknąłem, ale ten stał dalej zamarły i nie bił.
            Nagle odepchnął go na ścianę Szybki i jednym uderzeniem powalił sztywną na schody. Ze skroni zaczęła jej wyciekać krew, na ostatni schodek a potem na kafelki na półpiętrze. Widać było nierówności po tym jak płynęła krew. Podkurczyliśmy nogi Benemu, żeby mu się spodnie nie uwaliły krwią.
Cisza, nikt się nie odzywał przez minutę. Po chwili Vi się złapał za czoło i odetchnął głęboko. Krew była już na następnych schodach. Było słychać jak kapie…
Beny się obudził i zaczął pytać co się stało. Czarna leżała obok swojej mamy i płakała.
            Nie chcę nawet myśleć co by było, gdybyśmy spali, a ta by się przemieniła, bez światła i we śnie, taki nagły atak…
            Vi siadł na schodach, obok strumienia. Krew przestała wypływać…
- Musieliśmy to zrobić - powiedział nagle.
Czarna zerwała się i pobiegła na górę.
- Jak tam Beny? - spytałem go.
- Ale się uderzyłem, w mordę! - odpowiedział - ale chyba jestem cały. Jestem? - dodał.
- Będzie git, chyba już ci przeszło krwawienie - powiedział Misiek - tylko mi spodnie uwaliłeś.
- Wybacz stary - odpowiedział Beny - co to jest?
- Starsza - odrzekł Vi - przemieniła się i nas zaatakowała, musieliśmy ją rozwalić.
            Szybki bardzo głęboko wbił siekierę i jak sztywna padała to nie utrzymał trzonka i go puścił. Podszedł do ciała, jedną nogą przycisnął głowę i wyjął siekierę, Cmoknęło i zazgrzytało o kości czaszki, dreszcz mnie przeszył, i poszło jeszcze trochę krwi. Szybki wytarł ostrze o jej ubranie. Kawałki mózgu i kości czaszki zostały na jej spodniach.
- Dwa! To za Młodego - powiedział - to jej wina.
- Panowie, ogarnijmy tu co? - powiedział Vi i ze zgrozą w oczach spojrzał na Szybkiego, wzdrygnął się.
- Dlaczego się zawahałeś? - spytałem.
- Co? - spytał Vi.
- Dlaczego tyle czekałeś? - dodałem.
- Nie wiem, jakaś blokada, nie mogłem - odpowiedział - dzięki Szybki.
Nic mu nie odpowiedział.
Nie ważne gdzie i jak się pozbyliśmy ciała. Ważniejsze było to co przeoczyliśmy jak przygarnialiśmy nowe.
- Starsza zadrapała młodą - powiedziałem - może też być zagrożeniem.
- Racja, ale ja jej nie zabiję - odrzekł Vi - nie ma mowy. Co wygnamy ją?
            Poszliśmy na górę. Sprawdziliśmy jej rany.
- Byłaś ranna wcześniej? - spytał Beny - czy tylko to co teraz na schodach?
- Tylko na schodach - odpowiedziała.
- Mów prawdę - odpowiedział - wstań.
- Co? - spytał Vi.
- Wstawaj, do kurwy nędzy! - krzyknął Szybki.
- Co chcecie mnie też zabić? - spytała.
- Nie wiem - odpowiedział Vi.
            Beny szybko sprawdził czy nie ma na ciele żadnych ran.
- Twoja mama miała ręce czyste, nie miała tam krwi - zaczął - w sumie to powinniśmy cię już zabić, ale Młody oddał za ciebie życie więc nie możemy, tak po prostu.
- Jestem gotowa, na niczym mi nie zależy już - odpowiedziała.
- Nie - powiedział Vi - zamkniemy cię na obserwację w mieszkaniu niżej i zobaczymy co się stanie.
            Bez zbędnych słów zaprowadziliśmy ją niżej i zamknęliśmy drzwi. Oczywiście  zostawiliśmy żarcie i wodę. Wróciliśmy do nas.
- Rozwalmy ją - powiedział Szybki.
- Ogarnij się - powiedział Vi - pojebało cię? Żywą chcesz zabić? Już zapomniałeś o Młodym?
- Nie trzeba było się pchać po nie - odpowiedział Szybki - na chuj nam to było?
- Sam chciałeś jechać - powiedziałem - nie pierdol teraz, co się stało to się nie odstanie.
- Gówno prawda! - krzyknął.
            Wpadł w furię. Wybiegł z mieszkania, ale nikt za nim nie poszedł. Uznałem, że musi pobyć trochę sam i dobrze mu to zrobi. 
Po kilku godzinach spytałem chłopaków:
- Szybki wrócił?
- Nie - odpowiedział Misiek - chyba nigdzie nie wyszedł co?
- Odbiło mu chyba trochę, chodź idziemy po niego - odpowiedziałem Miśkowi.
            Nigdzie go nie było. Przeczesaliśmy Bastion. Zapomnieliśmy przez to wszystko o wartach i nikt go nie widział.
- Co robimy? - spytałem chłopaków w kuchni.
- Nie wiem - odpowiedział Vi - nie możemy znowu ryzykować. A wy jak myślicie?
- Chodźmy wszyscy na dach i tam poczekamy, co? - Spytał Misiek.
- Chyba tylko to nam zostało… - odpowiedziałem.
            Trochę było stresu, za dużo strat jak na ostatni czas. Najpierw Młody, a potem sieczka na schodach. Tak w ogóle to był to pierwszy sztywny w Bastionie. Do tej pory tylko odbijali się od jego ścian…
            Szybki zaczął jakieś psychiczne odliczanie, jak Krasnolud Tolkiena…
- Ktoś jedzie do nas! - krzyknął kilkanaście minut później Misiek.
            Miał rację. Od ronda, na Krakowską wjechał samochód. Samochód! Cacko, a nie samochód, coś na wzór… wspomniałem stare czasy…
Wracając jednak do meritum… podjechał pod drzwi Bastionu. Wysiadł z niego… Szybki, podszedł do wysuwanych drzwi samochodu i zaczął wyładowywać sprzęt.
- Co tak stoicie - krzyknął - pomóżcie!
            Zbiegliśmy na dół.
- Gdzie byłeś? - spytał Vi.
- Tu i ówdzie - odpowiedział Szybki.
- Odjebało ci? - spytał Beny.
- Trochę, chyba - odpowiedział Szybki - potem pogadamy, zbierajcie to.
            Zaczęło być poważnie. Cały tył był załadowany bronią i amunicją. 6 karabinków wz 89 Onyks, do tego kilka skrzyń amunicji, magazynki, tłumiki, broń krótka - P99. A co lepsze, było tam kilka maczet, różne - zaokrąglone i prostokątne. 2 pistolety sygnalizacyjne, ochraniacze prewencyjnej i inne takie rzeczy.
- Człowiecze! - krzyknąłem w korytarzu - skąd tyś to wziął?!
- Opowiem na górze - odpowiedział - tylko jeszcze furę zamknę!
            Musieliśmy iść na kilka razy żeby to wszystko wnieść. Ciężkie żelastwo! Ale było warto. Upatrzyłem sobie karabin, do tego pas nośny. Do paska w spodniach kabura z P99, z drugiej strony maczeta. Na ramionach pancerz prewencyjnej…
- Kozacko… - powiedział Vi.
            Szybkiemu odbiło, przyznał w kuchni jak już zaczęliśmy go wypytywać. Czyn Młodego, siekiera, którą puścił przy nas i inne wydarzenia spowodowały, że Szybki pękł. Mówił nam, że poszedł na miasto bo chciał zabijać sztywnych za Młodego i chciał przy okazji popełnić samobójstwo po doliczeniu do minimum 50. Mówił, że już nie mógł znieść atmosfery i tego zamknięcia w Bastionie, a potem jeszcze Młody zginął i do tego akcja z matką…
W każdym bądź razie, wyszedł na ulicę i udał się w kierunku posterunku policji na Katowickiej. Nikogo nie spotkał, a koło budynku Zakładu Utylizacji Składek(ZUS) zobaczył otwarty wóz. A że był to niecodzienny samochód to zajrzał do środka. Właściciele leżeli obok niego i byli poobgryzani przez sztywnych. Kluczyki były w stacyjce. Wokół walała się broń i amunicja. Ktoś musiał to wynosić i został przyłapany przez hordę. Szybki zebrał wszystko co było cenne, ale nie mógł wrócić, bo od strony stadionu, na Katowicką wysypała się grupa sztywnych.
- Przeczekałem bydlaków w środku, ma przyciemniane szyby więc obserwowałem z bliska ich zachowanie. Wrócili do resztek tamtych obgryzionych, obwąchali ich. Potem pokręcili się koło auta. Chyba coś czuli, ale że mnie nie widzieli to sobie poszli. Trochę dużo ich było. Wszyscy szli na Jagiellońską, na drugie rondo. Nie było to zwarte stado tylko grupki po kilka sztuk. Dlatego byłem tyle odcięty. Widziałem drugiego sztywnego sprintera…
- Dziwny był ten koło Krótkiej - powiedziałem - tylko jednego widziałeś?
- Ta - odpowiedział Szybki - przetoczyło się obok mnie jakieś 1000 sztywnych i tylko 1 sprinter.
- Dziwnie ich mutuje - powiedział Beny - musimy być bardziej ostrożni następnym razem, mogą mutować jeszcze na inne sposoby.
- Tak, jeszcze tego brakowało - powiedziałem - zombi mutanty. Na szczęście mamy teraz ołów zamiast kompozytu.
- Dziękówa Szybki za powrót i za fanty - powiedział Vi.
- Wybacz za to co powiedziałem wtedy, ale wkurwiłem się - rzekł Szybki.
- Spoko, najważniejsze, że wróciłeś - odpowiedział Vi.

JJ
==

Zdjęcie zrobione Polaroidem Viego, jakiś czas później. Jak z Drużyny "A", świetny wóz!

niedziela, 1 stycznia 2012

5.12.2010 - Dzień Młodego…

5.12.2010 - Dzień Młodego…

- Musimy obrócić przed 18:00 - powiedział Vi - jak dobrze pójdzie to może jakoś tu ściągniemy blondynę.
- To nie jest blondyna - powiedział Szybki - tylko czarna!
- A spierdalaj - dodał ze śmiechem Vi - dziś idziemy na sklepy i jak się uda to się z nią spotkamy.
- Zacznij myśleć głową, a nie kutaczem bo wdepniesz w jakieś gówno - powiedziałem do Viego.
            Szykowaliśmy wypad do sklepów, obuwniczego i ze szmatami. Uznaliśmy, że najlepszym sposobem na zdobycie łachów będzie szybki wyskok na Krakowską, tam  gdzie wcześniej ci kolesie wywalili szybę.
            To był szybkie i przemyślane zakupy. Kurtki, spodnie, bluzy. Obok, z obuwniczego eleganckie buciki. Każdy sobie sam wybrał. Jakieś rzeczy w zapas ewentualny i heja do Bastionu. Szybki nas ubezpieczał z dachu. Nie chcieliśmy mu brać szmat na siłę, więc zdecydowaliśmy się na drugi wyskok. Także bez żadnych problemów. Było już ciemno, kilku sztywnych kręciło się w naszym pobliżu, ale bez zbędnej brawury minęliśmy ich bezszelestnie i  z latarkami skroiliśmy rzeczy. Tym razem dwie osoby zostały w Bastionie. Zebraliśmy sporą nadwyżkę ubrań. Nigdy nie było wiadomo co będzie następnego dnia.
            O 18:00 usiedliśmy przy radyjku.
- Jak sytuacja i jak plany? - spytał Vi.
- Źle, bardzo gęsto na podwórku, nie wiem czy dam radę dojść do auta - odpowiedziała - ale będę próbowała.
- Wyczekaj aż gdzieś odejdą i wtedy się przebij, bądź tylko cicho - doradził Vi - możemy po ciebie wyjść tylko powiedz którędy będziesz się do nas kierować i weź radio ze sobą.
- Bądźcie na Jagiellońskiej, koło marketu przy kościele, tam się spotkamy, dam wam znak długimi światłami - powiedziała.
- Kiedy? - spytał Vi.
- Do trzech godzin będę - rzekła - do zobaczenia.
-Do zobaczenia - zakończył Vi.
- Zdrowo, ryzykujemy w pizdu! - powiedziałem do Viego - jaki plan?
- Weźmiemy moją kropkę… -zaczął.
- Tak, masz dno w baku, dojedziemy w dwie strony? - wtrąciłem się w słowo.
- Dojedziemy, powinno starczyć na jakieś 15 kilometrów spokojnie - odpowiedział  i dodał - jedziemy w czwórkę, ja i kto jeszcze chętny?
- Ja jadę, muszę cię pilnować żebyś czegoś durnego nie zrobił - powiedziałem.
Zgłosił się jeszcze Młody i Szybki. Reszta chłopaków miała zostać i czekać na nas. Jeden przy bramie - awaryjnie i drugi miał czatować na piętrze w oknie i otworzyć nam drzwi.
            Kropka stała jak zwykle koło słupa informacyjnego na skrzyżowaniu Y. Wpakowaliśmy się cicho do niej i Vi zakręcił silnik. Nie odpalił.
- W mordę, nigdy mnie nie zawiodła… - powiedział.
- Trzeba było światła gasić, dupku - powiedziałem.
Coś stuknęło z tyłu w szybę.
- Kurwa! Sztywny! - krzyknął szeptem Młody.
Sztywniak zaciekawił się bardzo i zbliżył do samochodu.
- Nikt się nie rusza, może sobie pójdzie, a jak nie to go łupniemy - powiedziałem i zamarłem w bezruchu. Szyby zaczęły parować.
Było słychać jak chłopaki oddychają. Cisza. Oparłem głowę o zagłówek i patrzyłem prosto w oczy sztywnego, który po chwili był już pod szybą od pasażera z przodu. Vi spojrzał w lusterko i mówi:
- Kurwa jeszcze kilku idzie, nie damy rady wysiąść.
            Sytuacja trwała kilka minut, grupka, o wiele liczniejsza skierowała się w ulicę Damrota i po prostu sobie poszła, a ten pojedynczy po chwili poszedł za nimi.
- Uff - odetchnął Vi - ostatni raz robimy coś takiego bez zbędnej potrzeby, zaraz mi serce wyskoczy.
- Zakręć to gówno i jedziemy! - powiedział Młody.
- Widziałem kiedyś podobną scenkę w Parku Jurajskim - powiedziałem i Vi zjechał do końca Krakowskiej i przez rondo na Jagiellońską.
W tym rejonie miasta nie byliśmy od tygodnia, ponad. Na parkingu przy markecie z czerwonym szyldem było bardzo dużo samochodów. Stały też suki policyjne, straż i karetki. Wyglądało to jak jakiś punkt ewakuacyjny. Mundurowi zabarykadowali wyjazd. Trochę aut tarasowało jezdnię, ale tylko sporadycznie, wszystko się stłoczyło na parkingach marketów. Spokojnie dojechaliśmy do punktu docelowego i zaczęliśmy nasłuchiwanie w radiu.
            Po godzinie nasłuchiwania odezwał się głos:
- Gdzie jesteście?
- Czekamy w umówionym  miejscu - odpowiedział Vi.
- Zaraz dam wam sygnał - i rozłączyła się.
            Po chwili na polnej drodze błysnęły światła. Przebijała się polną drogą za sklepem. Idealny zjazd z obwodnicy miasta.
            Zatrzymuje się koło nas samochodzik i wysiada z niego dziewczyna o czarnych włosach…
- A więc to ty - powiedziała do Viego kiedy nas zobaczyła.
- Cześć, jestem Vi, a to JJ, Szybki i Młody, a jak do ciebie się zwracać? - spytał Vi.
- Znam cię, kiedyś się spotkaliśmy na imprezie w Opolu, ale mnie pewnie nie pamiętasz bo
byłeś tak zawiany…- powiedziała.
- Noo zdarza się - powiedział z uśmiechem Vi.
- Jestem Kamila, ale możecie mówić mi Czarna. W aucie jest moja mama, jest ranna, potrzebuję jakieś lekarstwa dla niej - powiedziała Kamila - macie coś u siebie?
- Mamy - powiedział Vi, zmieszał się chłopak na wieść o mamie - musimy teraz podjechać kawałek przez miasto. A co się stało mamie?
- Pod domem jeden  z nich ugryzł ją mocno w ramię, traci dużo krwi - powiedziała.
Mama - blada na twarzy,  nic nie mówiła.
            Ruszyliśmy, jednak podróż nie trwała zbyt długo. Na pierwszym, małym  rondzie, musieliśmy zmienić trasę. Od strony dużego ronda szła horda, może ze 100 sztywnych. Nawet kombajnem byśmy nie dali rady się przecisnąć. Vi skręcił koło stacji benzynowej  w Moniuszki.
- Co teraz? - spytał Vi  kiedy dojechaliśmy do blokady na drodze. Na skrzyżowaniu był wypadek kilka samochodów zatarasowało przejazd.
- Wysiadka i z buta - powiedziałem, złapałem łom i wysiadłem.
- Dalej na nogach - powiedział Vi do Czarnej.
Na Moniuszki wsypali się sztywni.
- Muszę zabrać mamę, pomóżcie mi - powiedziała.
- Nie damy rady jej nieść - powiedział Młody - zostawmy ją.
- Nigdy! - krzyknęła.
- Nie ma czasu - powiedział Vi i zaczęliśmy nieść starszą.
- Młody jak daleko są?! - krzyknąłem już w ulicy Paderewskiego, zbliżaliśmy się do starej chaty Benego i Młodego.
- 50 metrów! - odkrzyknął.
            Upadłem razem z Vim i staruszką. Straciła przytomność. Podbiegł do nas Szybki i pomógł nam ją nieść.
Uszliśmy kilkanaście kroków i znowu padliśmy. Sztywni byli coraz bliżej.
- Zostawmy ją bo nie damy rady debile! - krzyknął Młody.
- Damy! - powiedział Vi.
W tym momencie Młody ściął pierwszego sztywnego. Byli coraz bliżej. Skręciliśmy w Podwale, kierowaliśmy się do bramy. Młody znowu ściął sztywnego. Czarna zaczęła lamentować i tylko nam przeszkadzała.
Upadliśmy kolejny raz. Z Vim zaczęliśmy ciągnąć babeczkę po ziemi za łachy, a Szybki doskoczył do Młodego i zaczęli siekać sztywnych.
Zaczęła się rzeźnia, na wysokości ulicy Krótkiej. Słychać tylko było głuche uderzenia. Nie patrzyliśmy nawet ilu ich jest i jak idzie chłopakom. Dowlekliśmy ją już na skraj Zamkowej. Misiek musiał nas dojrzeć i po chwili był koło nas. Na momencie dobił też Beny.
- Gdzie Młody i Szybki?! - krzyknął Misiek.
- Zatrzymali hordę na Podwalu! - odpowiedziałem.
Misiek pobiegł bez słowa ze szpadlem Benego, a ten pomógł nam wciągnąć starszą panią do Bastionu. Czarna jakoś dała radę i też już była na dziedzińcu.
- Idę po nich - powiedziałem i skoczyłem do dziury.
Za mną też ktoś zaczął przechodzić, to był Beny, Vi został na podwórku.
            Wyskoczyliśmy na środek Zamkowej i z Podwala wybiegł Misiek, a za nim Szybki.
- Do dziury kurwa!!! - krzyknął Misiek - Do dziury!!!
Zawróciliśmy i schowaliśmy się do Bastionu. Wchodziłem przedostatni. Stanąłem nad wejściem przy kontenerach i czekałem na Młodego.
-Młody szybciej kurwa!!!- ryknąłem do dziury i po kilku sekundach do reszty - Kurwa mać, Młodego nie ma!
- Zasuń - odpowiedział Szybki.
- Co? Gdzie Młody?- spytałem ponownie.
Misiek z Szybkim odepchnęli mnie  i zasunęli przejście.
- Co jest do kurwy?! - krzyknął Vi - gdzie jest Młody? Mamy mu otworzyć przejście z drugiej strony?
- Nie - powiedział roztrzęsiony Misiek - Młody został, ja pierdolę Młody został.
- Jak to kurwa został, co ty pierdolisz? - powiedziałem do Miśka.
Za bramą było słychać już przechodzących sztywnych. Jęczeli i odbijali się od aut.
- Młody…- powiedział Szybki, i złamał mu się głos.
Vi złapał Szybkiego za szmaty, potrząsnął nim i krzyknął:
- Ogarnij się człowieku kurwa! Co z Młodym?!
Nic nie odpowiedział. Staliśmy tak chwilę. Misiek patrzył w ziemię. Szybki poszedł do środka Bastionu i nic więcej nie powiedział.
-  Ku - rwa - zaczął - nie było was tam. Gdyby nie on to… . Kurwa mać!
- Co ty gadasz? Mów gdzie Młody bo ci przyjebię - powiedziałem już ostro zdenerwowany do Miśka.
Byliśmy dosyć głośno. Brama się zaczęła wybrzuszać. Sztywni coś chyba usłyszeli i zaczęli na nią napierać.
- Musimy ją wzmocnić - powiedziałem i w trójkę dostawiliśmy dodatkowy kontener. Resztę zastawiliśmy jeszcze cegłami i dołożyłem dodatkowy łańcuch na łączenie. Brama nie mogła puścić.
- Dobra jest już git - powiedziałem - a teraz gadaj gdzie poszedł Młody i zbieramy się zaraz po niego. Vi spalimy ich Mołotowami i zrobimy przejście.
- Uspokój się, daj zapalić… - powiedział Misiek.
- Nie ma czasu musimy iść - powiedział Vi.
- Koniec, kurwa, koniec - powiedział Misiek.
Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że…
- Dobiłem do nich na Podwale, siekali jak psychole sztywnych - zaczął nagle Misiek - Cała masa leżała już na ziemi. Ale napierali, było ich w trzy dupy. Szybki miał tylko pręt, Młody siekierę. Kierowali się wolno w stronę Krótkiej, ale było ciemno i nie widzieli, że w ulicy stoi jeszcze kilkunastu sztywnych. Wysypali się na nich. Wtedy dobiegłem i w ostatniej chwili uratowałem Szybkiego… Wszystko trwało kilka chwil. Szybki uderzył jakoś krzywo i wypadł mu pręt z ręki. Spychali nas w róg podwórka, co tam jest. Młody był najbliżej chordy i krzyknął: „Uciekajcie ja ich zatrzymam”. Krzyknąłem do niego, żeby nie pierdolił, bo damy radę wszyscy, a on na to: „Misiek, tym razem nie pierdolę!” powiedział to takim dziwnym głosem, poważnym, znacie go, zawsze kozacko i na śmiesznie, a tym razem to aż mi ciary po plecach poszły. Powiedział coś o jakiejś mamie, chyba tej dziewczyny i popchnął mnie w stronę przesmyku. Skosiłem jeszcze kilku i byliśmy na jezdni. Obejrzałem się i już nie było go widać. Został, kurwa został. Po chwili krzyknął :”Pamiętajcie!” i zaczął krzyczeć wściekle i bluzgać „Chcecie mięsa to mnie żryjcie skurwysyny jebane!”. Po chwili nie było już słychać uderzeń ani krzyków. Zgarnąłem Szybkiego, bo stanął jak sarna na drodze i patrzył jak cisnęli na niego. Nic nie mogliśmy zrobić. - zakończył.
 - Pamiętajcie…- powtórzyłem wolno pod nosem i zdjąłem czapkę z głowy, Vi zrobił to samo.
- Jesteś pewny, że nie wskoczył na jakieś okno albo coś? - spytał Beny - wiesz, że zwinny jak małpa jest.
- Niemożliwe, zginął, nie ma chuja żeby z tego wyszedł. Uratował nas - odpowiedział Misiek nieco spokojniejszy - na momencie nas zepchnęli, ani się obejrzałem, a już przejście się zamykało. Nie mieliśmy szans wszyscy. Jeszcze Szybki upuścił pręt.
- Kurwa mać, może mu się udało i zaraz tu wskoczy przez okno - powiedziałem.
            Nie wskoczył, ani po chwili, ani kilka dni później… Uratował siedem osób, mnie, Viego, Czarną, jej mamę, Miśka, Szybkiego i Benego. Niech spoczywa w pokoju.

R.I.P. Młody…

JJ
=

środa, 28 grudnia 2011

4.12.2010 Tydzień po katastrofie, sobota…

4.12.2010 Tydzień po katastrofie, sobota…

            Sobota, dzień po wielkim chaosie, jak nazywaliśmy to w naszym gronie i tydzień po katastrofie. Racją jest, że jak do tej pory raczej lataliśmy jak debile po ulicach i mieliśmy zerową organizację. Jedyne co to przeszukaliśmy mieszkania Bastionu i zabarykadowaliśmy się. Mieliśmy też opracowane drogi ewentualnej ucieczki, ale niewiele by to nam pomogło, skoro nie wystawiliśmy żadnych wart. Chroniły nas jedynie drzwi od mieszkania… Patrzysz przez judasz, a tam sztywni sobie spacerują pod drzwiami, nieźle.
            Wstaliśmy około 9 rano. Wypoczęliśmy. Było ciepło w mieszkaniu, palił się kaloryczny polski węgiel. Wszyscy byliśmy przygnębieni po wczorajszym. Cieszyłem się, że nikomu nic się nie stało.
- Panowie może obgadamy wszystko już na spokojnie? Zjemy coś dobrego i spalimy po malborasku? - spytałem chłopaków.
            Wszyscy wolno stłoczyli się przy stole. Coś tam jedliśmy.
- Jakieś propozycje od czego zacząć? - zagadnąłem.
- Mam kilka pomysłów - odpowiedział Vi - ale takich, które musimy zrealizować za wszelką cenę. Jak komuś nie pasuje to drzwi są otwarte.
- Co masz na myśli? - spytał Beny.
- To, że na przykład nie możemy bez celu wyłazić na miasto. Wczorajszy wypad to porażka. Mało brakło a byśmy stracili trzech ludzi. Nie możemy sobie pozwolić na takie ryzyko. Minął tydzień od katastrofy, a my nie mamy nic. Gówno jedno wielkie. Oprócz żarcia, chlania i petów to mamy tylko trochę leków nie wiadomo po co i nic więcej. Nawet porządnej broni nie mamy!
- Ej nie przesadzaj, mój szpadel ma sto procent skuteczności! - rzucił Beny.
- Wiem, ale mówimy na poważnie stary - odpowiedział Vi - poza tym wszyscy zapomnieliśmy o znalezisku, które może nas wyciągnąć z tego syfu. Pamiętacie radio z suki, którą zajumaliśmy na rynku? Musimy codziennie prowadzić nasłuch. Może wstępnie pół godziny dziennie…
- Może na dachu? Powinien być lepszy sygnał - powiedział Misiek.
- Dobry pomysł, a co z wartami? Po kilka godzin i zmiana. - spytał Vi.
- Na luzie, kto pierwszy? - spytałem - Dobra ja na ochotnika - dodałem po chwili bo nikt się nie zgłosił.
- Warty oczywiście na dachu, obserwacja Krakowskiej i Zamkowej - zakończył sprawę Vi.
- A co z nasłuchem radiowym? Musimy oszczędzać energię w baterii, może by się udało jakieś skołować w zapas - powiedział Misiek - może o 18:00 każdego dnia będziemy kilkanaście minut nadawali, co?
            Ustaliliśmy, że codziennie o tej godzinie będziemy trwać w eterze oczekując na jakiś sygnał. Może akurat coś złapiemy, jakieś inne radio, a może jakaś pomoc gdzieś krąży, jakiś śmigłowiec… do tej pory nie było niczego słychać. Chciałbym żeby dali jakiś znak, że nie jesteśmy sami, niech nawet zrzucą napalm na Krakowską, tylko niech się ktoś zgłosi.
- Barykady. Wczoraj, mało co, a barykada by zabiła trzech naszych. Nie mogliśmy jej dostatecznie szybko zluzować - zaczął znowu Vi - musimy ją usprawnić. Coś takiego co da się szybko odsunąć i co dobrze pokryje lukę w bramie, pomysły?
- Może kontenery na śmieci, są na kółkach, a pod nimi nie przeciśnie się sztywny, hm? - spytałem - Można te, które postawimy obok dziury załadować czymkolwiek, a ten przy przejściu zostawić lżejszym. Jeszcze bym dorzucił jakieś łańcuchy i kłódki od środka i na zewnątrz. Tylko klucze muszą być gdzieś w jednym miejscu.
- To nasz priorytet na dziś - powiedział Vi - co jeszcze?
- Może jeszcze raz przeszukamy piwnice i mieszkania? Może coś przeoczyliśmy? - spytał Misiek.
- No to mamy plan dnia mniej więcej ułożony - powiedział Vi - JJ zajmiesz się barykadą przy bramie. Misiek pomożesz mu ok? - Misiek skinął głową - Młody sprawdzisz stan zapasów żarcia i wody. Potem zaczniesz przeszukiwać mieszkania od góry na dół. Wszystko przetrzep, nawet materace. Szybki, pójdziesz ze mną do piwnicy, zobaczymy może jeszcze jakieś szpadle tam znajdziemy, cokolwiek co będzie lepsze od metalowego pręta… słaby jest.
- A ja co mam robić? - spytał Beny.
- Może poodkurzasz chatę? - odpowiedział pytaniem Vi.
- Co? - spytał zdziwiony Beny.
Czuć było zbicie i przygnębienie u chłopaków. To taki stan jak na przykład coś zrobimy, a potem nas gryzie sumienie i zaczynamy rozkminę co się mogło stać, że źle zrobiliśmy itd. Męczy przez jakiś czas, ale potem puszcza. Gnębiło nas ostro to, co się stało wczoraj i ta awantura. Młody dalej był pokiereszowany psychicznie. Zwała była i tyle.
- Jakieś inne pomysły organizacyjne? Kończy się powoli opał… może meble porąbiemy? - spytał Vi.
- A co jak już zaczniemy zasiedlać Bastion, meble się przydadzą? - spytał Beny.
- Jak to zasiedlać? Kim? - spytałem.
- No wiecie, więcej ludzi przetrwało, niektórzy pewnie są gdzieś sami i kitrają się posrani, tak jak my, tylko, że my mamy Bastion i jest nas kilku. Myślałem, że jak spotkamy kogoś i uznamy go za spoko to weźmiemy go do nas i będziemy dalej razem walczyć…
- Słuszna uwaga, albo się stąd zmyjemy, albo zostaniemy na dłużej, Młody to nie rób zbędnego syfu w tych chatkach niżej - powiedziałem - Vi! Przecież w piwnicy było trochę węgla, nie starczy na najbliższe tygodnie?
- Powinno wystarczyć. Młody jak będziesz trzepać chaty to wszystko co się nadaje do spalenia wyrzuć na korytarz. Zrobimy tam trochę miejsca i przy okazji nagrzejemy sobie.
-Nie chcę nikogo jechać, ale jebie od nas, już tydzień się nie myłem… - powiedział nagle Misiek - musimy jakoś zorganizować wodę, bo nas sztywni z kilometra będą czuć, heh - zaśmiał się.
- Co racja to racja, możemy myć dupska na dziedzińcu przy kanale, tylko trochę pizga, ale co z wodą? - spytałem.
- Po co na dziedzińcu, mamy tu prysznic i jest dość ciepło w kuchni, a woda spokojnie sobie spłynie, tylko gorzej z tą do mycia. Jeden drugiego będzie musiał polewać i jakoś damy radę - odpowiedział Vi - A! I jeszcze jedno musimy zorganizować w najbliższym czasie jakiś wypad po ubrania, a te spalimy. Ciepłe kurtki, buty jakieś dobre, ciepłe i dobre do biegania. Kto za zakupami?
            Wszyscy byli zgodni. Nowe szmaty dobrze nam zrobią…
- Możemy byśmy jakieś auto skołowali i zrobili większy wypad po wodę i żarcie do jakiegoś marektu? Zgarniemy baniaki z wodą i konkretne żarcie, a potem wjedziemy na dziedziniec Bastionu i wszystko rozładujemy. Jakaś przyczepka by się też nadała - powiedziałem.
- Wszystko w swoim czasie, najpierw ogarnijmy Bastion - powiedział Vi - to co zaczynamy robotę? Jak już skończymy to pokminimy jeszcze jak dobrze zabezpieczyć drzwi na Krakowską.
            Wzięliśmy się do pracy. Z Miśkiem załadowaliśmy kontenery i poustawialiśmy je tak, jak uzgodniliśmy wcześniej. Luki pozapychaliśmy gąbkami. Kontener przy przejściu odciążyliśmy i resztę też zapchaliśmy. Młody w tym czasie zawalił cały korytarz śmieciami do spalenia. Znalazł kilka rzeczy przydatnych, które pominęliśmy. Jakieś latarki, ogień, świeczki itd. Vi i Szybki znaleźli spory zapas węgla. Dobrze, że jeszcze nie musieliśmy ganiać po mieście za opałem. Masakra jakaś by była. Beny się kręcił i pomagał każdemu, trochę Młodemu, trochę Viemu i jakoś nam zleciał czas na pracy. Ogarnęliśmy nieco Bastion i zaczęły się przygotowania do przetrwania…
            Nie ma gorszej pory roku jak zima na atak zombii…

- Młody jak tam zapasy - zagadnął Vi przy stole jak już skończyliśmy kilka godzin później.
- Starczy na kilka dni, wody też, jak będziemy oszczędzać w miarę. Petów jest dużo. Misiek się postarał w żabie…
- Spoko, JJ jak tam barykada? - spytał teraz mnie.
- Powinna zdać egzamin, kontenery po lewej załadowaliśmy tak gruzem, że we dwóch nie mogliśmy ich odciągnąć. Ten przy przejściu jest lżejszy i w pojedynkę można go wysunąć, ale z zewnątrz nie puszczą nikogo, nawet hordy. Dodaliśmy jeszcze cegły pod koła i awaryjny kontener w razie jak by horda nawalała w bramę. Pomyślałem, że na dachu, nad bramą można schować koktajle mołotva, w razie jak by sztywni napierali to się ich podpali, co wy na to, ale w ostateczności - dodałem.
W ostateczności bo to spowoduje niezły smród i hałas.
-Dobry plan, a awaryjne koktajle nad Krakowską, tez się przydadzą! - krzyknął Misiek.
- Zrobiłem kilka koktajli jak już skończyliśmy, stoją na dole w korytarzu, wystarczy tylko to wnieść na górę - szybko dodał Szybki.
- No, ale tylko w ostateczności! - jeszcze upomniał Vi.
            Około godziny 18:00 zebraliśmy się w kuchni. Pierwszy raz mieliśmy nadawać przez radio. Niby takie proste, a do tej pory nikt nie pomyślał o nim, a mogło nas to uratować.
- To co, zaczynamy? - powiedział podekscytowany Vi.
- Dawaj, odpalaj to gówno! - krzyknął Misiek.
            Odpalił. Szum, szum i szum. Cisza nikogo nie ma. Nadał kilka słów, coś tam spytał, powiedział gdzie jesteśmy. Po 10 minutach nie było żadnego odzewu.
            Nagle na jednym kanale (nie wiem na którym bo się na tym za bardzo nie znam) coś usłyszeliśmy.
- Jesteście tam?! - krzyknęła, prawdopodobnie dziewczyna.
- Jesteśmy w Kluczborku - odpowiedział Vi - możecie nam jakoś pomóc? Jak sytuacja?
- To my potrzebujemy pomocy! - krzyknęła.
- Gdzie jesteś? - spytał Vi.
- W Pustkach, niedaleko waszego miasta, jesteśmy odcięte, kończą nam się zapasy żywności i baterie w radiu - odpowiedziała.
- Nie możemy wam pomóc - dodał smutno Vi - macie jakieś info co się w ogóle dzieje?
- W Opolu była ponoć masakra, okolice Rynku są zasłane trupami, w tym rejonie nie istnieje już żadna instytucja. Żołnierze strzelali do ludzi na ulicach. Nie wiemy nic co się działo na północ od nas. Jutro lub po jutrze będziemy musiały przebić się do auta i jakoś się stąd wydostać - odpowiedziała.
- Jak się zachowują u was sztywni? Też zbierają się w stada? - spytał Vi.
- Sztywni? Dobra nazwa… co jakiś czas przetacza się spora grupa, do tego wszystkiego pałętają się pojedyncze osobniki, bardzo agresywne. Zdarzały się walki pomiędzy nimi, jak by walczyli o dominację w stadzie - odpowiedziała.
- Jeśli będziecie się przebijać to lepiej to zrobić w nocy… - i wyjaśnił jej nasze spostrzeżenia na temat ich zachowań w nocy itp - a jeśli wam się uda to mamy u nas dużo miejsca - podał jej adres.
- Wyłączam się! - krzyknęła - znowu nadchodzą! - szum…
- Co tam się dzieje, masakra jakaś tam musi być - powiedział Vi.
- Ilu ich tam może być na tej wsi? Kilkudziesięciu? - spytałem - chyba nie myślicie, że większa ilość się tam zebrała?
- Kto wie, musimy jeszcze ją przycisnąć - odpowiedział Vi.
            Chłopaki byli nieco zaniepokojeni sytuacją na tej wiosce. Dziewczyna była przerażona. I jeszcze do tego te dziwne zachowania kuśtykających…
- Jesteście tam? - usłyszeliśmy głos po kilku minutach.
- Jesteśmy, co się stało?! - spytał Vi.
- Raz na godzinę, a czasem częściej spora grupa sztywnych przewala się przez nasze podwórko, nie wiem czemu, może kury i świnie w chlewie je podjudzają. Nie spałam dłużej od kilku dni jestem wycieńczona - odpowiedziała.
- Uważajcie w mieście, szybko wychodzą z zakamarków, weźcie sobie ostrą broń i celujcie im w głowy, to ich zabija. Nie róbcie hałasu na ulicach bo to ich zwabia - powiedział Vi.
- Dzięki, jutro czeka nas ciężki dzień - rzekła nieznajoma.
- Jeśli traficie w nasz rejon to was zgarniemy - powiedział Vi - codziennie o 18:00 jesteśmy na nasłuchu. Odezwijcie się jutro.
- Do usłyszenia! - odrzekła i znowu usłyszeliśmy szum.

- Przydałaby się tutaj jakaś nowa twarz - powiedział Vi - już mi się rzygać chce jak na was patrzę. Blondynka! - obstawił.
 - Zbok - powiedziałem.
- Niekoniecznie! - powiedział kozacko Vi. Wszyscy polaliśmy z tego.
- Czarna będzie - powiedział Szybki.
- Dobra JJ, nie pierdziel tylko spadaj na dach, zaczynasz wartę  - powiedział Beny.
            Nieźle mnie zmroziło tam na górze. Niezły widok był, czyste gwieździste niebo, cisza. Co jakiś czas było słychać jakieś kroki, ale nie działo się nic specjalnego. Zastanawiałem się tylko nad nieznajomą i nad tym co ich teraz tam czeka. Doceniłem schronienie jakie daje nam Bastion. Potem się z kimś zmieniłem, nie pamiętam z kim, ale pamiętam co mi się śniło tej nocy….
            Znowu byliśmy przy radiu i czekaliśmy na kogoś po drugiej stronie. Po kilkunastu minutach kiedy już mieliśmy je wyłączyć usłyszeliśmy kogoś:
- Halo, jak mnie słyszysz? - powiedział głos.
- Żyjemy, potrzebujemy pomocy, odbiór - powiedział Vi.
- Podajcie swoją pozycję, odbiór.
- Jesteśmy odcięci w Kluczborku, droga krajowa do Opola zamknięta, w mieście panują zombii, a twoja pozycja, odbiór. - rzucił  Vi.
- Moja pozycja jest bez znaczenia, ilu ludzi przetrwało katastrofę w Kluczborku, odbiór.
- Z kim rozmawiam, odbiór - powiedział nagle Vi do radia, a potem do nas - ej kumacie coś z tego, on nam chyba nie chce pomóc!
- Jestem przedstawicielem sił do zwalczania epidemii. Kontaktujemy się z wieloma ludźmi w różnych miastach i wysyłamy po nich śmigłowce. Wczoraj odebraliśmy z Kluczborka około 20 ocalałych, odbiór.
- Przyjąłem, zaraz podam pozycję - odpowiedział Vi, a potem znowu do nas - kurwa, co on pierdoli słyszeliście jakiś śmigłowiec wczoraj?
Nic nie było. Mieliśmy specjalnie uchylone okna w celu nasłuchiwania czegokolwiek.
- Podaj mu inną pozycję, może akurat zbombardują albo zrzucą napalm na nią, a nas wezmą jako obiekt do zwalczenia epidemii - powiedziałem.
- JJ ma racje, może działania kryzysowe mają zaplanowane, jak na filmach i rozpieprzą nam Bastion - dodał Beny.
- Co wy pierdolicie, to nie jest jakiś zryty film, jakie bombardowanie, pojebało was? - spytał Misiek - dawaj namiary i powiedz, że czekamy na dachu na transport i spadamy stąd!
- Sam nie wiem, ale z tym bombardowaniem to przeginacie - wtrącił Vi.
- Tak, to jak wyjaśnisz to, że koleś ściemę wali z tymi ocalałymi? - spytałem.
- Dobra, podam im namiar na jakiś domek jednorodzinny i zobaczymy co się stanie.
Też tak zrobił. Podał im namiar na dom przy ulicy przy której mieszkał koleś co kiedyś mu dokopał czy coś takiego.
- Czekajcie na sygnał z powietrza, nie oddalajcie się od domu, będziemy wkrótce, bez odbioru - powiedział głos w radiu i zakończył nadawanie.
- I co teraz? Skończyli nadawać i już się nie odezwą, jak nas teraz stąd zabiorą, co? - powiedział wzburzony Misiek - teorii spiskowych wam się zachciało!
- Co tak mu ufasz bezgranicznie? - spytał Vi - nie wiadomo kto tam gadał. Jak są dobrzy to nas nie zostawią tak.
- Zmień kanał. Tu ich już nie będzie, może jeszcze kogoś złapiemy - powiedział zrezygnowany Misiek.
Vi zmienił kanał i nasłuchiwaliśmy dalej. Po chwili znowu kogoś złapaliśmy:
- Tu Jedynka, tu Jedynka cel namierzony, proszę o pozwolenie na wystrzelenie pocisków, odbiór - powiedział pierwszy głos.
- Kurwa słyszycie to? Leci odsiecz! - krzyknął Misiek.
Nie było słychać żadnej odpowiedzi od jakiejś bazy, chyba byli za daleko, ale było słychać coś innego… huk nadlatującego odrzutowca… świst i wielką eksplozję. Samolot odleciał, a po drodze zesrał bombę w miejscu, które mu wskazaliśmy. Przez okno w kuchni widzieliśmy wielkiego grzyba z ognia.
Staliśmy tak kilka minut przy oknie, grzyb zgasł. Nikt się nie odzywał. Wyjąłem z paczki malborska i podałem Benemu. Odpaliliśmy.
- Ku - rwa - wyjąkał Misiek. Nic więcej nie był w stanie powiedzieć.
Znowu rączki się zatrzęsły. Szybki sobie siadł pod ścianą i patrzył na drugą, nieprzytomnie.Vi jak stał po wybuchu tak stał nadal. Byłem nieco spokojniejszy. Przeczuwałem co się stanie, ale nie wierzyłem w to, co właśnie zobaczyłem. Młody sobie usiadł za stołem i oparł łokcie na blacie, twarz ukrył w dłoniach.
- No to ładnie, tkwimy w gównie po uszy, mało brakło o wyjebaliby nas w kosmos! - krzyknąłem, jak już ochłonąłem - przecież to jakiś kurewski niefart…
            Obudziłem się. Był już ranek. Co za szczęście, że to był tylko sen. Może jednak ktoś nam pomoże…

JJ
=