Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 5 marca 2012

18.12.2010 Egzekucja…

18.12.2010 Egzekucja…

            Wycelowaliśmy broń w stronę tych zdrajców i morderców. Byłem gotowy do strzału. Beny obok mnie także. Czekałem tylko na znak od Viego. Wszystko trwało raptem kilka sekund.
            Vi już nabierał powietrza w płuca, żeby krzyknąć, ale w tym samym momencie z tłumu wybiegła starsza babeczka i zasłoniła Małą Mi. Przytuliła ją do siebie i krzyknęła:
- Mnie też będziecie musieli zabić, BANDYCI!!!
            Co to to nie. Wyszło całkiem na odwrót. Przecież to oni byli bandytami. W mordę! Oglądam się na tłum, a tam wszyscy na nas patrzą jak na bydlaków.
- Pani, odsuń się pani! – krzyknął Vi – Oni dwa dni temu zaatakowali nasz Bastion i podpalili nasz dom. Chcieli nas spalić żywcem, a potem ściągnęli na nas hordę. Nasza koleżanka przez nich zginęła!
- Każdy ma prawo do obrony! I sprawiedliwego sądu! – odkrzyknęła.
- Szkurwa! – krzyknął Vi.
- Panowie co wy wyrabiacie!!! – krzyknął jakiś chłop zza naszych placów – Tu są dzieci, koniec tego przedstawienia! To jest mój teren i nikt tutaj nie zginie!!! Chcecie zabijać żywych ludzi?!
- Nie, chcemy rozwalić tylko tę trójkę, która wcześniej zabijała żywych dla zysku – odpowiedział zdenerwowany Vi. Cały czas celowaliśmy w grupkę.
            Ten facet to był Szef. Zbliżył Się do nas i stanął przed Vim. Klatką piersiową kozacko przycisnął się do lufy jego karabinu.
- No to strzelaj, chcesz być takim jak oni? Chcesz mieć na sumieniu żywego człowieka? – spytał.
- Gówno mnie to obchodzi. Wczoraj zastrzelili Czarną, też była żywa, ratowała was razem z nami wtedy, kurwa na tej ziemi i oni ją zabili – odpowiedział Vi – człowiecze zejdź mi z drogi, bo nie  ręczę za siebie!
- Nie! Nie zezwalam to! – odpowiedział Szef – Ja tu jestem szefem. Jesteście na mojej ziemi. Przesłuchamy ich. Może ktoś ich do tego zmusił?
            Opuściłem broń. Beny obok mnie zrobił to samo. Vi stał dalej i patrzył w oczy Szefowi. Mierzył się z nim na spojrzenia i dodatkowo celował w jego klatkę z broni. Palcem wskazującym przestawił selektor ognia z pozycji zabezpieczonej na automat. Widziałem w oczach Szefa jak sra pod siebie ze strachu, ale stał dalej, twardo, zachowując zimną krew.
- Vi – powiedziałem nieco drżącym głosem – odpuść, zrobimy mały proces i rozwalimy ich za godzinę.
- Zamknij ryj! – krzyknął rozwścieczony Vi – Teraz albo nigdy!
            Napięcie narastało. Ten dalej celował w jego klatę, ale teraz miał odbezpieczoną broń.
- Opamiętaj się – powiedziałem i wolno złapałem lufę jego karabinu i zakryłem wylot i wolno zacząłem kierować karabin ku ziemi – do swojego celujesz.
- JJ puszczaj – powiedział już skruszonym głosem – kurwa zajebali nam Czarną.
- Wiem – odpowiedziałem – ale tu nie możemy tego zrobić. Jeszcze pożałują tego co zrobili.
            Vi puścił karabin, a ja przestawiłem selektor ognia. Był w amoku, pełen furii. Nie myślał trzeźwo. Nakręcony był jak… nie wiem co. Mnie faza przeszła nieco wcześniej. Dobrze, że udało się go jakoś uspokoić bo i by Szefa rozwalił na oczach tylu dzieciaków.
- Vi, wiedziałem, że jesteś rozsądny – dodał Szef po wszystkim.
- Powiedz to Czarnej – odpowiedział Vi i poszedł sobie w stronę tłumu, który przerażony rozstąpił się.
- Dawajcie panowie idziemy z nim – powiedziałem do chłopaków – nie może być teraz sam. Pilnujcie tego gówna, żeby nie uciekło – powiedziałem jeszcze do Szefa i poszliśmy za Vim.
            Vi poszedł kawałek w głąb Kolonii. Siadło sobie pod płotem. Był bardzo zdenerwowany, nie płakał tylko był bardziej sfrustrowany tym, że nie doszło do egzekucji. Siadłem obok niego.
- Dobrze zrobiliśmy – powiedziałem.
- Też tak myślę - powiedział Misiek – Mówię wam widziałem jak oni ją bili i się z nimi szarpała. Coś tu nie gra.
- Miało być bez litości – powiedział Vi – a teraz wyszliśmy na frajerów i cioty.
- Jebać to – powiedział Beny – jak odchodziliśmy to on mówił, że wszystkie dzieciaki stąd mają nas za bohaterów, za ostatnią akcję.
- Widzisz – powiedział Vi – tutaj uratowaliśmy tylu ludzi, było tak ostro wtedy, a Czarna zginęła przez te ścierwa, po prostu na warcie. To mnie najbardziej wkurza. Teraz ta trójka sobie tam siedzi  i wszyscy ich szkodują, a nas mająca bandytów. Zobaczycie, że się jeszcze z tego wyłgają kurwa.
- Nie ma takiej opcji – powiedziałem.
- A strzelisz jak ci Szef stanie na drodze? – spytał wkurwiony Vi.
- No nie – odpowiedziałem.
- Więc jest taka opcja – dodał Beny.
- Mówię wam – zaczął Misiek – ona jest zmuszana do tego. Tylko nie wiem na jakich zasadach. Serio ją bili tam w banku. Co ona ci tam powiedziała, bo nie było słychać koło nas?
- No mówiła coś., że chce wyjaśnić, że to nie jej wina i tak tam bzdury – odpowiedział Vi – Nie mówiła nic, że ktoś ją przymuszał. Ciekawe jaki kit wciśnie Szefowi, że tu nagle się zjawili. A jak chcieli stąd skroić PKM? Wtedy by mieli taką siłę ognia, że byśmy się posrali z naszymi karabinkami.
- Mam nadzieję, że się wszystko wyjaśni – powiedziałem – już nie chcę zabijać żywych ludzi. Już i tak jednego zabiłem...
- W obronie koniecznej się nie liczy czy przez pomyłkę – powiedział Homer.
- Taa – dodałem – ale w nocy się śni. Szkoda Prezesa, dobry kompan by z niego był.
- Co racja to racja – powiedział zasmucony Homer.
- Coś z nimi musimy zrobić – powiedział Szybki – jak ich puszczą to wrócą do swoich i będą się mścić jeszcze bardziej. Jak coś to pojedziemy za nimi i ich rozwalimy po drodze, dobra?
            Przytaknęliśmy Szybkiemu. Nie mogliśmy ryzykować. I tak już zostawialiśmy Bastion pusty, ale kto by miał zostać? Wszyscy chcieli jechać do Kolonii za Czarną.
            W oddali zobaczyłem gościa, który łudząco mi kogoś przypominał. Trochę mnie raziło słońce i nie widziałem dobrze.
- Vi – powiedziałem – widzisz tego gościa? Tam w tej zielonej kurtce?
- No widzę – odpowiedział – i co?
- O kurwa! – krzyknąłem i idę do niego.
            Szok…
- Elo ziom – mówię.
- Siema JJ – odpowiada – Nie chciałem wam przeszkadzać, bo widziałem, że chyba musicie być sami teraz. I też po części nie byłem pewien czy to omamy wzrokowe czy na serio was widzę. Nie poznałem was w pierwszej chwili.
- Pucu mordo ty moja! – powiedziałem i zaczęliśmy się ściskać. Przywitaliśmy się serdecznie. Normalnie byłem w szoku, że spotkałem kumpla w środku takiego syfu.
- Stary, niezłą macie ekipę – powiedział po chwili.
- Taa –powiedziałem - ciężką mieliśmy przeprawę ostatnio. Gdzie masz melinę?
- To nie melina i to długa historia stary – odpowiedział już bez takiego entuzjazmu w głosie. Widocznie oberwał solidnie po drodze.
- Chodź poznasz resztę ekipy mojej – powiedziałem i zacząłem go ciągnąć do chłopaków.
- Wiesz co, ale na chwilę, bo nie jestem tutaj sam, wiesz? – powiedział Pucu i poszliśmy pod płot, tam gdzie zebrali się chłopaki.
- Viego znasz, to jest Szybki, Beny, Homer i Misiek – przedstawiłem mu chłopaków. Pucu znał się już dużo wcześniej z Vim. Też się spoko przywitali.
            Byłem pełny radości, że spotkałem kogoś znajomego. Normalnie nowa siła wkradła się we mnie.
            Opowiedziałem mu po krótce o Bastionie i naszej ekipie  i o tym jak się spotkaliśmy.
- Dwa dni temu, ta trójka nas zaatakowała i otworzyła wejście na dziedziniec. Horda wsypała się do środka. Strzelaliśmy fajerwerkami, żeby ich odciągnąć.
- Widziałem to z wieży – powiedział Pucu – i zastanawiałem się komu odjebało, żeby strzelać tym w środku nocy. Dużo ludzi straciliście od dnia „zero”?
- Trójkę i dwóch przypadkowo – odpowiedziałem i wspomniałem szybko ja zginął Młody i Czarna, jej mama i Prezes z Johnym.
- To nie tak źle – dodał – ja od początku straciłem siedmioro.
            O fak! Siedem osób stracił i dalej się tak dobrze trzymał. Chcieliśmy żeby opowiedział nam jak przetrwał.
- Spałem w domu tego dnia. Styrany po robocie. Od rana do jakoś 19. Wróciłem i poszedłem spać. Wszyscy byli w domu. W nocy zaczęło się wszystko srać. Najpierw mieliśmy zostać wszyscy w domu, potem poszła fama, że są oddziały wojskowe w mieście i razem z policją organizują ewakuację z miasta. Mieliśmy wszyscy się skierować na czerwony parking i stamtąd miała wyjechać spokojnie kolumna ocalałych. Nawet nie wiem w jakim kierunku, skoro wszystko było już rozpieprzone. Psiarnia i strażacy nie dawali rady. Panika. Jak gdzieś się pojawił pojedynczy chory od razu policja do niego waliła. Odbiło im. Część mundurowych uciekła, część została. Ludzie w pewnym momencie chcieli po prostu wsiąść do aut i wyjechać z tego bagna. Zrobił się harmider. Goście zaczęli strzelać. Zamiast ostrzegawcze walić w niebo to od razu walili w tłum. Ojciec mój dostał przypadkowo pierwszą salwą i już nie wstał, byliśmy na samym końcu. Ci frajerzy zrobili rzeźnię. Ludzie chcieli się wyrwać. Od strony stacji benzynowej pojawiły się żywe trupy. Wtedy jeszcze nie do końca wiedzieliśmy co jest grane. Kawałek od nas stała dziewczynka z ojcem. Facet też dostał i leżał na ziemi a ona krzyczała. 7 lat może ma. Chorzy zaczęli wpierdalać żywych ludzi. Większość nie wiedziała co się dzieje. Nie uciekali tylko stali i czekali na nich. Wyglądali jak żywi. Nagłe łup! szperacz ze straży pożarnej w naszą stronę. Policjanci zaczęli walić do nas. Popchnąłem zszokowane siostry w jedną stronę i sam skoczyłem po tego malucha co został tam kolo swojego ojca. Złapałem ją. I rura za resztą. Inni ludzie też zaczęli wywalać spomiędzy aut. A ci idioci zamiast strzelać do umarłych sypali do żywych. Zupełnie w innym kierunku. Powaliło ich. Przy boisku znalazłem moją siostrę, młodszą, a obok niej starsza. Gdzie matka pytam. Krzyczą, że nie wiedzą. A tam, na parkingu ci kretyni co zostali, z policji już nie mieli drogi ucieczki, tylu ich otoczyło, że już tam zostali. We czwórkę poszliśmy w stronę kościoła nowego. Na osiedlu malarzy już grasowali umarlaki. Ta mała, co ją złapałem, to straciła przytomność, tak się wystraszyła. Nagle zza bloku wybiega dzieciak, a za nim kuśtykał jeden. Biegnie do nas i się drze. Siostry się wystraszyły, a ja stoję z tą małą. Położyłem ją szybko na ziemi i biegnę na tego zombi. Minąłem tego dzieciaka i z całej siły w tego za nim. Odbił się ode mnie i poleciał na plecy. Zacząłem go butować po głowie, tak długo, aż już się nie ruszał. Czułem jak pękają pod butami jego kości. Udaliśmy się szybko do kościoła. Tam zostawiłem ich i wróciłem na parking szukać mamy. Szedłem tą samą drogą, Jagiellońską. Wpadam na parking, koło jakiegoś auta leżał wielki klucz francuski. Do tej pory byłem bez broni. Wziąłem go i idę w głąb parkingu. Patrzę stoi bus, a wokół niego kilku tych ćwoków. Chciałem odpuścić, ale w środku, patrzę, dzieciaki jakieś siedzą. Przerażone, a ci walą po szybach. Jazda, każdy dostał strzała w łeb. Nawet mnie nie widzieli. Popadali. Wskoczyłem do środka, a oni krzyczą, gdzie jest mama i tata, bo wyszli i powiedzieli, że zaraz wrócą. Powiedziałem im, że musimy uciekać i wrócę po ich rodziców. Odpaliłem wóz i wyjechałem jakoś po krawężnikach z tego syfu. Co chwilę chopa. Nie mogłem ominąć ciał… - powiedział i lekko załamał mu się głos - przejechałem po nich. W aucie była trójka. Zawiozłem ich szybko do kościoła i zostawiłem siostrom moim, żeby się nimi zajęły. Jazda z powrotem. Nie mogłem tych dzieciaków tam zostawić. Zaparkowałem auto koło parkingu i poszedłem w stronę Wolności przez szkołę. Musiała uciekać tamtędy, moja mama. Bo jakby poszło na Jagiellońską to byśmy się spotkali. Wszedłem na plac i słyszę łkanie i jęki. W kącie, za murkiem jakaś matka z dzieciakiem się schowała. Pytam ich czy zdrowi. Gada, że tak i mówi żebym jej pomógł. Znowu z powrotem. Wsiadłem z nimi do tego busa i zawiozłem ich do kościoła. Jazda na prosto przez osiedle, w stronę Wolności. Przez błonia się przewaliłem. Wjeżdżam na Wolności od strony szkoły nr 3. Stało sobie dwóch, z zakrwawionymi mordami. Gaz do dechy i w nich. Niestety, niefortunnie jeden wpadł mi przez szybę do środka. Cały ryj mi pocięło szkło. Musiałem iść z buta. Przyłożyłem im jeszcze dla pewności, że zdechli. Skręcam w stronę trójki. Kilkanaście metrów dalej widzę, jak zdechlak gryzie po ręce kogoś, kto siedzi oparty o murek. Rozbieg i odrzuciłem go na kilka metrów i zaraz go kluczem skancerowałem. Podbiegam, patrzę, a to moja mama. Ciężko ranna. Ostro krwawiła. Zdążyłem tylko kilka słów z nią zamienić i umarła. Słyszę za plecami, że ktoś się zbliża. Odwracam się, a tu już na mnie idzie jeden. Padł od jednego uderzenia. Chciałem jakoś ciało zabrać ze sobą. Ale już byłem zmęczony, a od strony górki wysypali się zdechlaki. Przeskoczyłem przez płot i ulotniłem się przez boisko szkolne i potem na błonia. Wracałem przez osiedle Północ. Masakra jakaś. Wszędzie te kreatury się kręciły. Ale jak się nie ruszałem to nie atakowali. Nie widzieli chyba. Wróciłem do kościoła, a tam gdzie zostawiłem wszystkich było pusto, tylko leżało ciało tej babeczki, co ją z dzieckiem znalazłem. Potem się dowiedziałem, że była ugryziona i przemieniła się, ale w ostatniej chwili ją moją starsza siotra zepchnęła ją ze schodów i schowali się w innym miejscu. Kilka godzin ich szukałem po tych budynkach. Potem, jak już ich znalazłem, to doszedłem do wniosku, że świetne miejsce jest w tym kościele. Dużo sal, wiele korytarzy, możliwości ucieczki itd. Zostaliśmy tam na stałe i tam jesteśmy. Na początku było nas 5 osób, ale na następny dzień musiałem wyruszyć po jakiś prowiant bo dzieci były głodne. Po drodze do najbliższego sklepu znalazłem jeszcze czwórkę dzieci zamkniętych w autach. Rodzice ich zostawili, albo zginęli obok aut. Dzieciaki przerażone, patrzyły jak giną ich rodzice. Zgarnąłem gromadkę do siebie. Potem doszedłem do wniosku, że jest spiżarnia w kościele, do której się włamałem i stamtąd bierzemy jedzenie. Niestety się już kończy i będę musiał ruszyć w miasto niedługo. Obecnie jest nas 11 osób. Następnego dzieciaka znalazłem 2 dniu po dniu „zero”, następnego 4 dni po. Dziwiłem się, że żył, ale udało się go odratować. Ledwo udało mi się uciec z nim przed zdechlakami. Kilka razy mało brakło, a bym zginął. Centymetry. Kilkoro dzieciaków straciłem w drodze powrotnej, piątkę dokładnie. Jeden jak go zobaczyłem to już był ugryziony. Gdzieś tam jeden się tak szarpał, że w końcu mi uciekł i prosto pod zdechlaka. Resztę straciłem dlatego, że musiałem gonić ich bo myśleli, że chcę ich zjeść. Uciekali tak długo aż nie wpadli na prawdziwych umarlaków, ale wtedy było za późno. A jednego z domu zgarnąłem w ogóle. Rodzice go zostawili samego i przepadli, a sąsiedzi nie chcieli pomóc. Zabrałem chłopaka do siebie. Mam też jedną pięciolatkę, została sama w aucie, a pod nim zginęli jej rodzice. Ciężko ją było zabrać bo poznała ich jak ją zabierałem i ciągle o nich pyta, gdzie są. Ciężko jest.
- No to nieźle - powiedziałem - nawet nie pomyślałem o tym, że gdzieś mogą być odcięci ludzie i można by im pomóc.
- No, dzieciaki wystraszone, ale już jakoś wracają do siebie - powiedział Pucu - Ostatnio się zrobiło gorąco pod kościołem. Nie wiem dlaczego, ale bardzo często się zbierają zdechlaki koło nas i na parkingu. Dzieci znowu bardzo zdenerwowane, ale jakoś dajemy radę. Opału jest dużo. Palę w piecach. Mamy prąd, dostałem od Kolonii agregat za pomoc. Jest światło, gdzieś skołowałem dzieciakom bajki na DVD i raz dziennie im puszczam przez godzinę, żeby trochę zapomnieli o wszystkim. Są duże problemy z nimi. Płaczą w nocy, wołają rodziców, chcą do domu. Nie spałem spokojnie od już ponad dwóch tygodni. Ciągle albo w teren po coś, potem z dzieciakami, potem warta w nocy i od rana to samo. Nie pamiętam kiedy spałem ostatnio. Chciałem, żeby tutaj Szef przejął moje dzieci, bo już nie daję rady, a widziałem, że jest tu też sporo dzieciaków i jest plac do zabaw. Tu by im było lepiej. Ale ten dupek się nie chce zgodzić i mówi, że mieli ostatnio jakiś atak zdechlaków, czy jak to on tam mówi, sztywnych chyba. Mówi, że stracili dużo ludzi. Kurde nie wiem co robić za bardzo, bo muszę spore zapasy zrobić dla tylu osób. A wy skąd bierzecie jedzenie? - w tej chwili Homer wstał i poszedł sobie na bok. Mnie kompletnie rozbiła ta historia z dzieciakami. Pewnie jest ich jeszcze więcej na tym terenie. Spuściłem głowę i próbowałem jakoś to zebrać do kupy. Chłopaki też byli przejęci.
- Z biedy na Jagiellońskiej - powiedziałem - jest całkiem dobry dostęp. Masz radio jakieś tam u siebie?
- Nie nie mam. Tutaj z Kolonią robiliśmy znaki świetlne. Wchodziłem na wieżę i dawałem znak. Radia mi nie dali. A to by ułatwiło kontakt. Potrzebuję też dużo medykamentów, bo dzieci chorują i witaminy. Tutaj chciałem wynegocjować jakiś chleb. Bo ciągle tak jemy raczej to co się najszybciej zepsuje i byle co, a dzieciom to by dało trochę radości. Gnoje chcą mąki, minimum 200 kg. Nie dam rady sam tyle wynieść ze sklepu, jak wkoło grasują te gnoje. Ja im puściłem prąd, a oni się tak odwdzięczają - dodał zasmucony.
- Ile chcą tej mąki? - spytałem dla pewności.
- No 200 kg - odpowiedział Pucu. Spojrzałem na chłopaków. Wszyscy byli zdziwieni, że Kolonia nie pomaga tylko wykorzystuje innych i zarabia na nich. - Fakt dali mi agregat, ale gdyby nie ja, to chuja by mieli prąd. Nikt nie umiał go podłączyć. Spotkaliśmy się przypadkowo.
- To co panowie rezygnujemy z prezentu dla Kolonii? - spytałem.
Wszyscy przytaknęli.
- Jakiego prezentu? - spytał Pucu.
- Zaprosili nas dziś na grilla, chcieli podziękować za pomoc wtedy, to myśmy ich uratowali i wzięliśmy kilkanaście zgrzewek mąki dla nich. Damy ją tobie, a ty sobie zgarniesz za to chleb, i kij im w dupę, co panowie? - spytałem na koniec reszty.
- No, niech się walą - powiedział Vi - my im pomagamy, a oni kroją Puca tutaj. Zasrańcy. Więcej im nie pomożemy. Tylko tych padalców musimy zgarnąć i rozwalić.
- Dzięki! - krzyknął rozradowany Pucu.
- Damy ci jeszcze radio i będziemy stale w kontakcie - powiedziałem - Jak będziesz miał jakieś problemy, to tylko dasz cynk i wchodzimy do ciebie.
- No dzięki, tylko, że ja wam nie będę mógł pomóc, bo jestem sam - odpowiedział Pucu.
- Spoko, damy sobie zawsze radę. Mamy wszystko opracowane i grozi nam ewentualnie oblężenie albo żywi ludzie - odpowiedziałem - Ty, a gdzie się kąpiecie?
- No łapię deszczówkę do zbiornika, potem pompą ciągnę wszystko na górę, grzejemy to bojlerem i jest ciepła bieżąca woda. No oczywiście szybka kąpiel, bo trzeba oszczędzać, ale na razie nie brakuje bo dużo spływa nam.
- To chyba już wiem jak możesz nam się odwdzięczyć za mąkę - powiedziałem - Oddam buty za spokojną kąpiel.
- Nie ma problemu panowie - powiedział Pucu - Tylko dajcie wcześniej cynk, żeby spokojnie nabrał i nagrzał.
            Czekaliśmy na info od Szefa co robimy z grupą. Byliśmy ciągle zdenerwowani, sytuacja wymagała rozwiązania, a myśmy się z nimi srali.
            Po godzinie przyszedł Szef i oznajmił nam, że grupa złapana zostaje na jakiś czas do Kolonii, do wyjaśnienia, że mamy się zawijać i bez zaproszenia nie wpadać i dadzą nam znać co się stało.
            Vi poszedł z nim się kłócić, a ja odszukałem Puca, który z siostrą grzebał przy agregacie Kolonii. Przyszli na miejsce z buta, bo boli się, że huk z silnika ściągnie hordę do ich kryjówki.
            Zebrałem chłopaków i wyładowaliśmy mąkę. Koloniści dostali swój towar i obiecali dać co drugi dzień spory zapas chleba dla Puca. Nie mógł skończyć dziękować nam za tę pomoc. Przynajmniej raz w tym syfie udało się zrobić coś dobrego.
            Podrzuciliśmy Puca i jego siostrę pod kościół i daliśmy mu radio z ładowarką. Od tego dnia na warcie miałem o czym z nim gadać. W ogóle to można było otrzymywać w ten sposób cenne informacje. Kiedy widział hordę na ulicy JPII to dawał cynk, w którym kierunku idą. Po 10 minutach byli koło nas. I myśmy robili to samo.
            Ostatecznie tego dnia egzekucja została wstrzymana. Kolonia przejęła więźniów i chciała wyjaśnić  sprawę. Vi powiedział Szefowi, że daje im 24 godziny na wyciągnięcie z nich prawdy i wracamy po nich na następny dzień i albo nam ich wydadzą albo będą mieli problemy z nami. Całą noc zastanawiałem się jak potoczą się sprawy następnego dnia. Stosunki z Kolonią drastycznie się popsuły. Jutro tak łatwo nas nie zbędą.
            Z Pucem nie mogłem się nagadać. Dawno go nie widziałem. Wymieniliśmy nasze obserwacje i spostrzeżenia na temat sztywnych i tego jak się zachowują.
            Na koniec jeszcze tylko tu muszę odpisać, że chłopaki byli w wielkim szoku, jak się dowiedzieli, że Pucu zbierał z ulicy dzieciaki i dał im wszystkim schronienie. Doszliśmy do wniosku, że da się jeszcze w tym świecie odnaleźć przyzwoitych ludzi.

=
JJ

piątek, 2 marca 2012

18.12.2010 Emo zejście… ; 19.12.2010 Mityng…

18.12.2010 Emo zejście…
            Dostaliśmy przedwczoraj i wczoraj solidne lanie. Osobiście byłem zdruzgotany. Cały dzień i całą noc leżałem u siebie w pokoju. Nawet się nie rozebrałem tylko tak w tym syfie zaległem. Nie mogłem spać… ciągłe koszmary. Wcześniej mnie prześladowali płonący sztywni, potem jakieś inne gówno. Teraz mam jakieś narkotyczne wizje w kanale.
            Na samą myśl, że Czarna zeszła chce mi się płakać. Nie wiedziałem przez dłuższy czas co u chłopaków. Chyba nie wystawiliśmy wart tej nocy. A z resztą jakie to miało znaczenie. Jak by się cos stało to miałbym to w dupie. Morale… nie istniało w tej chwili dla mnie zupełnie. Może jakby Misiek wrócił to by się coś poprawiło.
            18.12 około 10 rano wstałem strasznie połamany. Źle spałem. Usłyszałem głośną rozmowę w kuchni i postanowiłem wyjść. Szczerze mówiąc, to chciałem przeleżeć cały tydzień tam w pokoju.
- Jak to kurwa nie ma jedzenia?! - krzyknął Vi do Szybkiego.
- No skończyło się! - odkrzyknął.
- To czemu nie mówiłeś wcześniej?! - znowu Vi.
- Ej, co jest kurwa? - spytałem w progu.
- No właśnie… - dodał Homer.
- Żarcia nie ma, a ten ciota nie mówił nic od dwóch dni! - krzyknął Vi do nas, ale raczej pod adresem Szybkiego.
- Sam jesteś ciota, ty kurwo! - odkrzyknął Szybki i wziął nóż do ręki.
- Zostaw to! - krzyknął Vi - Bo ci przyjebię!
            Szybki był strasznie zdenerwowany. Vi z resztą też.
- Ej dajcie spokój - powiedziałem - Skoczymy dziś do sklepu i po problemie. Co się ciskacie?
- Wypierdalaj na dół po węgiel pedale! - krzyknął Szybki.
- Goń się ćwoku! - odpowiedziałem - Sam nic nie robisz w Bastionie tylko łazisz jak smród po gaciach!
- A masz! - krzyknął Szybki i rzucił nożem, który się wbił we framugę drzwi.
- Debil! No debil! - krzyknąłem - Co wam odbiło!?
- Gówno! - krzyknął Vi - Jak byście wczoraj nie zostawili Czarnej samej, to by nie zginęła!
- O ty szmato! - krzyknąłem teraz ja całkiem wkurwiony - Sam żeś chciał iść do kanału. Na chuj żeś tam lazł?!
- Po Miśka! Bo wam się nie chciało dupy ruszyć! - krzyknął - I tobie też! - teraz do Szybkiego.
            Szybki dużo nie myśląc skoczył do Viego z rękami i zaczęła się bitka. Vi uderzył go w bebechy i ten poleciał do tyłu. Napatoczyłem się bardzo szybko i Vi dostał strzał w nos, ale bardzo mocno mi oddał. Poleciałem na meble. W tym czasie Szybki się zebrał i skoczył mu na plecy i zaczął go dusić. Vi skakał z nim, jak z jakimś Dusiłkiem, a ja doskoczyłem i kilka razy uderzyłem go po bebechach. Ktoś mnie złapał z tyłu. To Homer zaczął mnie odciągać. Nie wiem czemu, ale bardzo mnie tym zdenerwował. Dostał ode mnie w pysk. Zdziwił się bardzo i złapał krzesło i rzucił nim w moją stronę, ale nie trafił, bo się schyliłem. Skoczyłem przez kuchnię i zaczęliśmy się bić, konkretnie. Mordy zaczęły puchnąć. Vi zrzucił Szybkiego na ziemię i skoczył na niego. Zaczęli się wzajemnie okładać na podłodze. Zobaczyłem, że Szybki dostaje za dużo od Viego, który teraz klęczał okrakiem na jego klatce piersiowej i walił go po głowie. Odepchnąłem mocno Homera i z całej siły kopnąłem Viego w plecy. Spadł z Szybkiego, który już na niego wskoczył i wszystko zaczęło się od nowa. Miałem już nieźle obity ryj, ale dalej biłem się z Homerem. Rzucałem nim, a on mną po kuchni. Wszystko było zdemolowane. Zamachnąłem się z całej siły i chciałem trafić Homera w ryj tak, żeby go znokautować i skopać dupę Viemu. Schylił się i wszedł we mnie jak taran. Zatrzymaliśmy się na lodówce i padliśmy na ziemię. Trzymałem go na ziemi jedną ręką, a drugą gdzie się dało waliłem z całej siły.
            BUM!!! Padł strzał. Byłem w szoku. Pomyślałem, że to Szybki albo Vi wypalili do siebie… Puściłem Homera i patrzę co się stało. Beny stał w progu. Nie wiem jak długo nas obserwował. Wypalił z P99 w sufit. Kula weszła głęboko w tynk. Vi i Szybki byli cali we krwi. Tak sobie poszatkowali mordy. Potem zobaczyłem u siebie rozcięty łuk brwiowy i opuchliznę na oczach w lustrze.
- Pojebało was?!!! - krzyknął Beny - Wy kurwa debile!!!
            To nam nagadał. Mógł iść na pedagogikę. Padłem na plecy i zacząłem ciężko oddychać. Homer poszedł sobie w kąt i tam usiadł. Vi siadł na podłodze a obok niego Szybki. Cała agresja rozładowana. Wszystkie frustracje wyszły tego ranka w kuchni.
            Beny odwrócił się i poszedł po apteczkę. Otworzył ją i wyjął wodę utlenioną. Obmył twarz Szybkiemu. Ten tylko co chwilę syczał z bólu. Miał małe rany, ale krwawił ostro. Z Vim było to samo. Uciskał im te głębokie pęknięcia skóry i tamował krwawienie. Potem poobklejał ich plastrami. Śmiesznie wyglądali.
Homer obok mnie wsadził rękę do buzi i wyjął zęba. Gdzieś tam głębiej jakiegoś mu przetrąciłem. Kilkanaście minut później Benemedyk przyszedł do nas i zaczął nam czyścić ryje. Ale bolało. Już przy Vim skończył mu się zapas wody utlenionej i dezynfekował rany gorzałą.
- Jak z dziećmi, pojebało was kurwa?! - spytał już po skończonej robocie Beny.
Nikt mu nic nie odpowiedział. Mnie osobiście było wstyd przed nim. Wolałbym, żeby wszedł i lał się z nami, ale z drugiej strony jak by się to wszystko skończyło? Jednak dobrze, że przyszedł na koniec i nas ogarnął.
- Nie ma winnych debile! - krzyknął znowu po chwili - W czym byś jej pomógł?! Zasłoniłbyś ją własnym ciałem? Jak jej chciałeś pomóc? Że jak byśmy po was nie szli, to by żyła tak? Ogarnijcie lepiej ten chlew. Banda idiotów! - dodał i wyszedł.
A myśmy tam zostali. Ja siedziałem i patrzyłem w ścianę. Chłopaki się nie odzywali to ja też nic nie mówiłem. Jakieś 15 minut po reprymendzie Benego Vi wstał i pomógł się podnieść Szybkiemu. Homer zrobił to samo i pomógł wstać mi. Co za ulga. Wszystko ze mnie zeszło, całe napięcie. Przybiliśmy sobie po piątce, klepnięcie przez ramię i wspólnie doszliśmy do wniosku, że to nie była niczyja wina i robiliśmy wszystko zgodnie z sumieniem i jakaś tam logiką. To nie była niczyja wina, że zginęła Czarna.
Ogarnęliśmy kuchnię, tak jak kazał Benemedyk. Siedliśmy wszyscy przy stole. Wziąłem coś zimnego i okładałem sobie twarz tam gdzie bolało.
Benego nie było dosyć długo. Po jakimś czasie wszedł do kuchni i siadł obok nas. Było mi już lżej na sercu, ale dalej jakoś nie gadaliśmy ze sobą żywo.
- I co lepiej wam? - spytał Beny, ja kiwnąłem głową, że tak - To macie lustro i zobaczcie sobie teraz swoje ryje! - krzyknął i zaczął się z nas śmiać. Spojrzałem na chłopaków.
Wcześniej nie podnosiłem za bardzo głowy i nie patrzyłem im w oczy, ale jak zobaczyłem pokiereszowane gęby Szybkiego i Viego to zacząłem się tak śmiać, że aż mnie głowa rozbolała od tego śmiechu. Chłopaki wszyscy patrzyli na mnie i lali. Lusterko wyjaśniło wszystko.
- Ale żeś mnie Homer skarał - powiedziałem ze śmiechem - dobrze, że krzesłem nie trafiłeś.
- Musisz je spalić - odpowiedział Homer - bo już się go nie da skleić.
- Kupimy nowe - dodał Szybki.
            Pogadaliśmy jakieś pół godziny o dupie Maryni. Potem przyszły konkrety.
- O której do sklepu? - spytał Beny.
- Jak będzie ciemno - odpowiedział Vi - Nie możemy ryzykować aż tak bardzo.
- Jak ulice wokół Bastionu? - spytał Homer.
- Czysto - odpowiedział Beny.
            Wieczorem szykowaliśmy wyjazd do Biedy. Jechał Vi, Homer i Szybki. Ja z Benym zostaliśmy na czujce na dachu z radyjkami. Chłopaki zrobili to nieco inaczej niż my ostatnio i podjechali bezpośrednio pod drzwi, te które zamknąłem wtedy, tam z tyłu. Weszli z latarkami i bronią i sprawdzili cały sklep, bez wyjątków i doszli do wniosku, że jest czysto i tym razem zapakowali Vandurę po same brzegi. Dosłownie po same brzegi. Homer z Szybkim wrócili na dachu. Vandura był pełny po szyberdach! Pełno żarcia i wody. Chłopaki mówili, że strasznie śmierdzi w sklepie. Żarcie się zaczęło psuć. Może też i ścierwa zrobiły gnój. Zastawiliśmy bramę, kiedy już wjechali do środka i zaczęliśmy ładować wszystko do Bastionu. Strasznie dużo dźwigania było.
- Wiecie co - powiedział Vi już kilka godzin później przy stole, jak już się z tym wszystkim uporaliśmy - przez moment miałem wrażenie, że widziałem Miśka. Koło stacji benzynowej ktoś biegł. Jakby uciekał przed światłami auta. Nie wiem, chyba mi się wydawało.
- Ja nic nie widziałem z dachu - powiedział Szybki - Zmęczeni jesteśmy. Tyle.
- Pewnie tak - powiedział Vi - Kto obejmuje dziś wartę na noc? JJ idziesz ze mną?
- Spoko, pójdę - odpowiedziałem - Dobrze mi to zrobi nawet. Poukładam sobie w głowie wszystko.
- To co, ogóraski i piersióweczka? - spytał Vi.
- Ba! Co tam nowego mamy? - spytałem - Może dziś chrupki i browar?
- Taaak, zimny browar - powiedział Vi, nie wiem dlaczego miał łzy w oczach. Też mi się tak jakoś zrobiło ciężko na sercu. Na każdą myśl o Czarnej miałem takie uczucie.
- Ziomki - powiedział Vi, wszyscy się popatrzyliśmy na niego - Nie mam do nikogo o nic żalu. Wkurwiłem się. Tyle. Puszczamy wszystko w zapomnienie?
- Luźno stary - powiedziałem - Wszystkim odjebało na maksa…

=
JJ


19.12.2010 Mityng…
            Wieczorem, poprzedniego dnia staliśmy już na dachu i piliśmy wolno piwo. Wzięliśmy sobie po dwa. Co jakiś czas laliśmy z dachu na Krakowską, ale tak żeby nie zaszczać sobie naszych okien.
            Gadaliśmy tej nocy z ekipą z Kolonii. Opowiedzieliśmy im wszystko co zaszło. Wyrazili żal i ubolewanie z powodu naszej starty.
            Gdzieś koło 4 rano:
- Widziałeś kurwa tam!? - krzyknął Vi - Znowu ktoś śmignął.
- Nie - powiedziałem - Jesteś  styrany. Jak będziesz się patrzył w jeden punk to zawsze tam kogoś w końcu zobaczysz.
- Może - odpowiedział Vi.
- Kiedyś w lesie, na strzelaniu, pamiętasz? W Praszce - powiedziałem - Tak długo się lampiłem za kolesiami w chaszczach, że po pewnym czasie widziałem tam gości.
- Kurwa, beztroskie życie… - powiedział melancholijnie Vi i pociągnął łyk piwa.
- Beztroskie życie… - dodałem smutno.
- A jeszcze niedawno się tak nakręcaliśmy, że co to nie my w razie najazdu zombi - powiedział Vi - banda debili…
- Jesteście tam? - spytało radio, warta z Kolonii się odezwała.
- Ano jesteśmy - powiedział Vi.
- Szef chce z wami gadać - powiedział żołnierz.
- Co tam Szafie? - spytał Vi.
- Dzień dobry panowie, chłopaki mi mówili o waszej ciężkiej przeprawie ostatnio - zaczął - Wpadniecie do nas jutro, to znaczy dziś? Zrobimy dla was taką niespodziankę, za pomoc wtedy. Inaczej nie możemy się odwdzięczyć. A generator to tam pryszcz.
- Na którą? - spytał Vi
- Wyśpijcie się i wpadnijcie kiedy chcecie - powiedział - Mamy dla was podwójną niespodziankę.
- Dobra, nie zdradzaj Szefie, chłopaki się ucieszą, mieliśmy ostatnio ciężki czas - powiedział Vi - Bez odbioru.
- Do zobaczenia - dodał Szef.
- Co o tym myślisz tak naprawdę? - spytałem.
- Wyjebałbym się na nich - powiedział Vi, trochę się zdziwiłem - Nie pomogli nam. Misiek gdzieś koczuje, a my na grilla pojedziemy.
- Mają mało ludzi, nie mogą ryzykować, a myśmy dali radę - odpowiedziałem - Musimy mieć jakiegoś sojusznika. Jakby tak bastion nagle padł to gdzie pójdziesz? Wszystko się może zdążyć. A Miśka znajdziemy.
- Racja. racja - powiedział Vi - Nażremy się jak świnie.
            Poszliśmy spać o 6 rano. Opuchlizna nieco zeszła nam z mord, ale siniaki zostały. Zebraliśmy ekipę i zaczęliśmy się szykować na wypad do Kolonii.
- A może weźmiemy im coś ekstra? - spytał Homer.
- Co? - spytał Vi - Tyrolską?
- Nie - zaprzeczył Homer - Podjedziemy cichaczem do Biedy i zgarniemy na pakę zapas mąki. Robią sami chleb, to znaczy, że potrzebują jej i to dużo.
- Spoko - powiedział Vi - ale potem jedziemy po mieście i obczajamy czy gdzieś Misiek się nie kręci.
- Dobrze byłoby go spotkać - powiedziałem do nich zza ich pleców - ale to byłby cud.
- Zbierać się! - powiedział Vi bo jakoś opornie się ładowaliśmy na pakę.
            Szybki zajazd do Biedy i zapakowaliśmy kilkanaście zgrzewek mąki. Potem odjazd i pojechaliśmy przez miasto. Krakowską na rynek i potem po uliczkach. Gdzie niegdzie spotykaliśmy pojedynczych sztywnych, ale nie zagrażali nam. Skierowaliśmy się na Podwale i jechaliśmy koło chaty Benego. Potem w lewo, koło bazaru ruskiego i potem po chodniku na światłach i koło bazarku skierowaliśmy się na ulicę Wolności. Tam jeszcze nie byliśmy od czasu zagłady. Wolno, bo jakieś 20km/h jechaliśmy tą ulicą. Dojechaliśmy do jej końca i zawróciliśmy. Skręciliśmy koło gimnazjum nr 3 i jechaliśmy koło górki.
            Jedziemy wolniutko i dojeżdżamy do Grunwaldzkiej, Vi zatrzymał się przed znakiem STOP.
- Widzisz gościa, tam za krzakami? - spytał mnie Vi.
- Chowa się przed nami, zatrzymaj - powiedziałem i wysiadamy. Vi został awaryjnie za kółkiem, a Szybki obserwował teren z szyberdachu.
Podchodzimy do postaci, która się zaplątała w krzaczory. Oczywiście broń wycelowana, nigdy nie wiadomo co to i co mu odwali naraz.
- Żywy? - spytał Beny.
- Jedźcie, zostawcie mnie - powiedział znajomy głos.
Beny spojrzał na mnie i wzruszył ramionami. Odwróciłem się i dałem znak Viemu, żeby dobił do nas. Szybki wskoczył za kółko.
- Co jest? - spytał szeptem jak już do nas doszedł.
- Kurwa Misiek tu siedzi - powiedział Beny - Chyba.
- Co?! - krzyknął Vi i ruszył na dziwaka w krzakach - Misiek to ty?!
- Jedźcie dalej! - krzyknął gość.
- Jesteś ranny? - spytał Vi - Spokojnie, nic ci nie grozi już.
- Odwalcie się!!! - ryknął i wstał.
            To Misiek. Siedział w krzakach. Chował się przed kimś.
-Pojebało cię? - rzucił wkurzony Vi - Od dwóch dni cię szukamy, po kanałach, narażamy życie, a ty łazisz po mieście i srasz po krzakach - na słowo „kanał” Misiek się wzdrygnął. Chyba przeszył go jakiś dreszcz. Mnie też…
- Do auta debilu! - krzyknął do niego Beny i zaczął się zbliżać do Miśka.
- Nie zbliżać się bo zajebię!!! - krzyknął Misiek i przyłożył Benemu w ryj tak, że ten sobie siadł.
- Ty!!! - krzyknął Vi i wsadził mu pięść w bebechy. Misiek zaczął kaszleć i klęknął na ziemię.  Zacząłem zgarniać Benego z ziemi. Jakoś się podniósł, ale był zamroczony.
- Bierzemy go do auta - powiedział Vi i zaczął ciągnąć Miśka do Vandury.
- Nie, nie nie! - ryczał Misiek, nie chciał z nami iść. Odwaliło mu...
- Musimy ci coś pokazać! - krzyknął Vi -Zamknij ryj!!!
            Misiek się szarpał w aucie i jeszcze kilka razy musieliśmy mu przyłożyć. Przycisnęliśmy go do ziemi.
- Ty kurwa idioto!!! - krzyczał Beny - Mało nas nie wjebali w kanale, a ty sobie krzakach siedzisz!!! - i plaskaczem dał mu po głowie. Beny miał łzy w oczach. Homer siedział mu na nogach i nic się nie odzywał. Vi na światłach pojechał na Byczyńską, potem na Jana Pawła II. Domyślałem się gdzie jechał...
- Wysiadka - powiedział Vi na miejscu.
- Misiek będziesz spokojny czy mam cię związać?! - krzyknął do niego Beny.
- Odwalcie się - powiedział Misiek, Beny przyłożył mu w bebechy, a ten zaczął kaszleć.
- Dawaj tego rudzielca! - krzyknął Vi i za szmaty wyciągnął Miśka na polną drogę.
- Co może mnie chcecie zajebać teraz co? PEDAŁY!!!! - krzyczał Misiek.
- Zamknij mordę idioto - powiedział Beny, znowu miał łzy w oczach.
- Czego?! - krzyknął Misiek - Zostawcie mnie!!! Już ich miałem!!! Już ich miałem!!!
- Zamknij się - powiedział Vi.
            Staliśmy przed nim. Za nami był wbity krzyżyk z tabliczką: „Kamila „Czarna” ?-2010 Zginęła z rąk żywych ludzi… R.I.P.”
            Homer odszedł sobie na bok. Nie mógł patrzeć na to co się stało. Ja też ciężko przełykałem ślinę i mało brakło i znów bym się rozkleił.
- Co to jest? - spytał nieco otrzeźwiony Misiek. Klęknął przy tabliczce i zaczął ją oglądać. Obejrzał się na nas, potem znowu na tabliczkę i znowu na nas. Był w szoku. Liczył nas, najpierw w myślach, a potem na palcach. Powinno stać przed nim 6 osób. Stało tylko 5. Misiek padł na plecy i zaczął się tarzać po ziemi i krzyczeć. Tu na szczęście nikt nas nie słyszał i mógł spokojnie się tutaj wyżyć. Krzyczał, drapał po ziemi, turlał się i płakał. Wpadł w istną furię.
            Odeszliśmy na bok, nie chcieliśmy na niego patrzeć. To było przykre. Nikomu się nie chciało z niego śmiać. Myśmy zrobili to samo co on, tylko przy tym zdemolowaliśmy kuchnię i nasze gęby.
            Wszystko trwało jakieś pół godziny. Po tym czasie Misiek leżał na ziemi obok krzyża i ciężko dychał. Wstał i przyszedł do nas.
- Jak to się stało, proszę, tylko nie w kanale… - powiedział.
- Następnego dnia, pod wieczór, koło ronda podjechał samochód - powiedział spokojnie Vi - Czarna miała wartę, czekała na nas, wszyscy byliśmy pod ziemią. Wysiadła z niego ekipa i strzelili tylko raz. Dostała pod prawe płuco. Nie mogliśmy jej pomóc. Chwilę przed tym strzałem powiedziała, że widzi Małą Mi. Machała do niej. Jak wbiegliśmy na górę, to wszystko trwało może 2 lub 3 minuty. Człowieku co się z tobą działo do kurwy nędzy!!! - krzyknął na koniec po chwili ciszy Vi.
- Poczekaj, muszę to sobie wszystko poukładać w głowie - powiedział Misiek i odszedł na bok, był zdenerwowany.
- Odjebało mu? - spytałem chłopaków.
- Chyba nie - powiedział Beny.
- Dobra panowie - powiedział już jakoś tak bardziej przytomnie Misiek - nie odjebało mi JJ - dodał szybko w moim kierunku, musiał słyszeć co mówiłem - wiem kto to zrobił i wiem gdzie siedzą te gnoje.
- CO?! - krzyknął Vi - Gadaj!!!
- Ciężko było chodzić po omacku w kanale, wyszedłem na Grunwaldzkiej. Potem się zabunkrowałem w domu. Było trochę jedzenia, ubrania. Namierzyłem ich. Jeżdżą kolumną, 3 samochody, czarne. W każdym po trzech typków. Bandyci. Zabunkrowali się w byłym banku na Wolności. Zajmują piętro. Na dole mają rolety antywłamaniowe, wysoki płot i bramę. Warty na dachu. Obserwowałem ich dokładnie. 15 gości. Widziałem raz jak ta … Mała Mi z nimi wysiadała. Może to zabrzmi dziwnie, ale ona chyba nie jest z nimi w zmowie.
- Co nie jest. Jest na bank, była tam na dole - powiedział Vi - Czarna ją widziała, machała do niej…
- Może była, nie wiem, - zaczął znowu Misiek -ale widziałem jak ją bili, tam już na terenie banku. Chyba oni ją przetrzymują. Nie wiem.
- Goście mają tylko jednego kałacha - powiedział Misiek - podają go sobie na warcie na dachu. Nie wiem jak z krotką bronią. Cholera, wczoraj, po południu gość na dachu nie miał broni. Chyba wtedy byli koło Bastionu. Ale strzału nie słyszałem.
- Nie ma dziś obiadku - powiedział nagle Vi - Wracamy do Bastionu. Szykujemy się i rozpierdolimy bank. Jak wam się nie podoba to jadę sam.
- Wchodzę w to - powiedziałem.
- Ja też - dodał Beny.
- Zrobię testy granatów dymnych - dodał Homer - przydadzą się.
- Mogę iść z wami? - spytał nieśmiało Misiek.
- A czemu nie? - spytał go Beny.
- Bo to wszystko moja wina, kurwa moja wina, ja pierdolę!!! - krzyknął Misiek i znowu zaczął płakać - Gdybym się nie dał omamić tej gliście małej, to by nas nie zaatakowali i Czarna by żyła - dodał i spuścił głowę.
- Należysz do ekipy, Bastion odbity, to twierdza - powiedział Beny - Czy byś był, czy nie, Czarna by się nie uchyliła od kuli. Tak musiało być.
- Pomyślałem sobie, że naprawię błędy, znajdę ich i ukradnę im generator - powiedział Misiek - żeby odpokutować moje winy. Wiem, że go kurewsko potrzebujemy.
- Misiek nikt cię nie obwiniał, ja osobiście ani razu nie pomyślałem, że to twoja wina - powiedział Homer - prawda chłopaki?
Wszyscy przytaknęliśmy Homerowi. Taka była prawda.
- Serio?! - krzyknął Misiek i się rozchmurzył - Morda! - dodał i rzucił się na nas i wyściskaliśmy go. Biedak chciał za wszelką cenę naprawić błędy.
- Czarna by powiedziała, że znowu jesteśmy pedziami - powiedziałem i wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Nie było sensu dłużej płakać nad jej grobem, tylko spełnić jej ostatni życzenie. Ciągle dźwięczy mi w uszach: Znajdźcie ich, będą zabijać niewinnych…
            Zajechaliśmy na Bastion. Wysiedliśmy. Głęboki oddech. Pustka, nikt na nas nie czekał…
- Tu Vi, tu Vi - powiedział nagle najstarszy z ekipy przez radio - odwołujemy przyjazd. Coś nam wypadło ważnego.
- A szkoda - odpowiedział żołnierz - mieliśmy dla was ekstra niespodziankę. Świeży chlebek i dziczyznę - powiedział - na obiad.
- No to smacznego. Wpadniemy innym razem - odpowiedział Vi i wyłączył radio.
            Weszliśmy na górę. Zaczęliśmy obgadywać plan uderzenia na bank. Czyściliśmy przy stole broń. Homer szykował dymne.
            Jakiś czas po wyłączeniu radia Vi powiedział:
- Spytam co tam w Kolonii i będziemy się zbierać.
- Spoko - powiedziałem i poszedłem na balkon zapalić z Homerem.
            Po chwili na balkonie:
- Co o tym wszystkim myślisz? - spytałem mojego kompana.
- Nie myśl o tym bo dostaniesz sraczki - powiedział - Pomyślimy o tym jak wrócimy. Jest robota do wykonania. Jak nie my to oni. W końcu się dozbroją i wjadą nam na chatę. Mają jednego kałacha. Zgnieciemy ich.
- Za Czarną - powiedziałem i pstryknąłem petem na dziedziniec.
            Na korytarz wyskoczył nagle Vi i krzyknął:
- ZBIÓRKA ALARMOWA!!!
            Wybiegliśmy, nie dalej jak za 20 sekund wszyscy byliśmy w mieszkaniu.
- Co do… ?! - krzyknąłem.
- Kurwa, chyba ich mamy! - krzyknął Vi.
- Kogo?! - krzyknął Beny.
- Żołnierz dał cynk z Kolonii, że przyjechały do nich trzy osoby - powiedział zdenerwowany Vi - podał rysopisy…
- Zmiana planów? - spytał Beny i wziął ze stołu karabin.
- Tak jest! - odpowiedział Vi do Benego, za minutę w aucie i dodał przez radio - będziemy za 7 minut.
            Tak jak pisałem ,minutę później byliśmy już zapakowani. Wyjechaliśmy z Bastionu i jazda do Kolonii. Czułem strach. Czułem żądzę krwi, ale teraz trochę zmiękłem. Chciałem się zemścić, ale teraz miałem wątpliwości, przeszły za bramą.
- Nie ma litości kurwa!!! - krzyknął Vi kiedy skręcił na drogę prowadzącą do Kolonii. Trochę mnie wystraszył jego krzyk, był pełny nienawiści. Na masce rozdzielczej leżał jego karabin.
Przy bramie czekali na nas znajomi z ostatniej bitwy. Na środku placu ludzie witali przyjezdnych. Vi na pełnym gazie wjechał na ten plac i ostro zahamował. Beny otworzył rozsuwane drzwi i jak ze śmigłowca wyskoczyliśmy z samochodu. Czułem jak zbiera we mnie agresja.
Wszyscy obejrzeli się za siebie i patrzyli co to za wjazd do nich na posesję.
Odwróciły się też trzy witane przez tłum osoby. Mała Mi i tych dwóch zgredów…
- Beny Misiek! Bierzecie tego z lewej! - zaczął wydawać komendy Vi - JJ Szybki! Prawa!!! Homer ze mną!!! - krzyczał i szedł na nich. Na każdą z osób pokazywał palcem. Tak rozwścieczonego nie widziałem go nawet jak atakowaliśmy hordę pod Kolonią. Kolesie zaczęli uciekać, ale nie mogli się przebić przez tak gęsty tłum, który był w szoku.
- Stój skurwysynu!!! - krzyknął do gościa Szybki i pięść w bebechy. Typek klęknął. Ja mu jeszcze dołożyłem z buta przez łeb i gość padł zamroczony na ziemię. Nie ruszał się. Obok zobaczyłem jak Beny z Miśkiem zaczęli butować tego drugiego gościa.
Tłum stał i patrzył. Postawiłem jedną nogę na szyi tego co leżał koło nas i patrzyłem jak nasi butują tego drugiego.
            Tu była scena. Mała Mi stała i nie mogła się ruszyć, jak nas zobaczyła.
- I co teraz?! - krzyknął do niej Vi i złapał ją za włosy i o ziemię. Nie wstała już. Klęknął przy niej i złapał ją za szyję. Przyłożył jej pistolet do głowy i zaczął krzyczeć:
- TEGO CHCIAŁAŚ?!!! TEGO KURWA?! ZAJEBIĘ CIĘ ZA CZARNĄ!!! - przeładował go, ale po chwili schował. Chciał ją poszczuć.
Szybki zaczął kopać po głowie gościa, którego złapaliśmy bo już zaczął się czołgać i chciał uciec. Wstąpiła we mnie dzika agresja też go zacząłem butować.
Tłum patrzył ze znieczulicą na to co się dzieje. Nie wiedzieli co się stało, ale jakoś nikt nie reagował.
- Wstawaj kurwa!!! - krzyknął Vi - Bierzcie to ścierwo pod mur!!!
            Podnieśliśmy za szmaty typków i pod mur. Ten mój stał sam, ale chyba nie kontaktował za bardzo. Drugiego chłopaki posadzili pod ścianą. Trzęsła mu się jedna ręka, drgała. Staliśmy z bronią. Tłum zaczął huczeć było tam jakieś poruszenie. Ludzie piszczeli itd. Zabierali dzieci i uciekali.
            Staliśmy od skazanych jakieś 5 metrów. Mała Mi chyba coś mówiła pod nosem. Vi nagle się zerwał i pobiegł do niej. Myślałem, że ją uderzy.
- Chciałaś coś powiedzieć przed śmiercią?! Tak zaraz zdechniesz!!! - krzyknął jej do ucha, coś mu odpowiadała, ale było słychać jak jej zadaje kolejne pytania i dało się wywnioskować co gada - CO?? Co chcesz wyjaśniać? Nie chciałaś tak? Nie twoja wina?!!!! JESZCZE JEDNO SŁOWO KURWA!!! - odwrócił się agresywnie i podszedł do nas - Kończymy tę szopkę!!! Za Czarną! CZEKAĆ NA MÓJ ZNAK!!!- dorzucił jeszcze te słowa, przeładował broń i przycisnął kolbę do ramienia.
Zrobiłem z chłopakami to samo…

=

JJ; Vi

środa, 29 lutego 2012

17.12.2010 …

17.12.2010 …
            Zerwaliśmy się wszyscy i popędziliśmy do środka Bastionu. Nawet Vi. Przestało mu nagle doskwierać oślepienie. Biegliśmy na górę pełni obaw. Przeczuwałem co się stało. Po drodze Beny odbił do mieszkania po apteczkę.
Wbiegliśmy po drabinie na dach i doskoczyliśmy do Czarnej. Leżała na samym końcu, nad samym skrzyżowaniem Y. Kałuża krwi…
            Podłożyliśmy jej coś miękkiego pod głowę.
            Kilka sekund po nas przyleciał Beny i zaczął wyciągać opatrunki. Rozpiął jej kurtkę i podsunął koszulkę do góry. Była już nasiąknięta krwią. Naszym oczom ukazała się dziura wielkości małego palca. Beny zaczął uciskać ranę i zatamował krwawienie. Obróciliśmy ją na bok. Powiedział, że trzeba sprawdzić czy kula przeszła na wylot...
            Dostała feralną kulę pod prawe płuco. To chyba w żołądek.
- Czarna spokojnie - powiedział Beny - to tylko draśnięcie - i spojrzał na nas dużymi oczami i pokręcił przecząco głową.
            W miejscu wylotu kuli była wielka krwawiąca dziura wielkości pięści. Waliła z niej czarna krew. Położyliśmy ją z powrotem. Wtedy uświadomiłem sobie, że to koniec. Vi trzymał ją za jedną rękę. Ja klęczałem za jej głową i przytrzymywałem ją i odgarniałem jej włosy. Szybki klęczał w nogach.
- Już ci uwierzę - powiedziała przez zaciśnięte zęby Czarna - dzięki za uratowanie nas.
- Spokojnie, to nic - powiedział Beny - wyjdziesz z tego.
- Spalcie moje ciało - powiedziała jeszcze - i… - w tym momencie zakrztusiła się krwią, która podchodziła jej do gardła i zaczęła ją ciężko przełykać…
- I? - spytał Beny.
- Znajdźcie ich, będą zabijać niewinnych… - wyrzuciła z siebie ostatnie słowa. Głowa jej poleciała na bok i zamknęła oczy. Beny sprawdził jej puls, podniósł się i zaczął ją reanimować. Uciskał jej klatkę piersiową, ale to nic nie dało, z ust wychodził tylko krew. Po chwili Beny kiwnął głową i siadł obok jej ciała.
            Zapadła cisza. Nikt nic nie mógł z siebie wydusić. Ile się znaliśmy? Raptem dwa tygodnie, a byliśmy już tak zżyci… Czarna ratowała nie jednego z nas z opresji, choćby mnie wtedy koło sklepu, jak wracaliśmy ze strzelnicy. Zawsze była tam gdzie trzeba. Teraz leżała w kałuży krwi a my nie mogliśmy jej pomóc.
- Zajebię - powiedział Vi mściwym tonem.
Szybki położył się na plecy i ukrył twarz w dłoniach. Rozmasowywał ją sobie dłońmi. Vi był strasznie wkurwiony, trząsł się cały z nerwów. Beny siedział po turecku obok ciała i podpierał sobie czoło ręką. A ja dalej trzymałem jej głowę i nie mogłem puścić. Po kilku minutach wstałem i podniosłem jej broń z ziemi i sprawdziłem czy jest zabezpieczona. Wszystko było w porządku. Kilkanaście metrów pod nami stała wielka horda. Sztywni wrócili, Miska nie było, a Czarna zginęła.
- Mówiła, że Mała Mi do niej machała tak? Czy się przesłyszałem? - spytał już kilkanaście minut później Vi.
- Też to słyszałem - powiedziałem - Panowie co robimy?
- Nie wiem, kurwa nie wiem - powiedział Beny - Pierdolmy to wszystko. Mam dosyć tego świata.
- Musimy ją skremować - powiedział Szybki - To było jej ostatnie życzenie. A potem znajdziemy gang i ich rozpierdolimy.
- JJ - powiedział Vi - Ile ścierwa pod Bastionem?
- Tyle co po wczorajszym ataku - powiedziałem - Stanęli i stoją.
- Kto idzie ze mną po benzynę? - spytał nagle Vi.
- Po co? - spytałem.
- Spalimy tych skurwysynów - odpowiedział - Nie będę się żegnał z Czarną jak te gnoje będą się dobijać do bramy.
- Ustalmy realny plan panowie - powiedziałem - bo zeświruje. Kurwa nie mogę.
- Podpalimy bydlaków, potem pożegnamy Czarną. Później zastanowimy się gdzie jest Misiek. Znajdziemy go i odpoczniemy. Potem znajdziemy gang i go rozpierdolimy, a ich ścierwem nakarmimy tych skurwysynów. Taki jest plan.
            Chłopaki się zebrali i poszli bo koktajle. Ustawiliśmy kilkanaście na dachu. Sztywni wypełnili całą Krakowską i Zamkową. Przygotowaliśmy sobie chusty, żeby się nie porzygać ze smrodu.
- Za Czarną - powiedział Vi i odpalił szmatę. Rzucił swój koktajl. Zrobiliśmy to samo w kilku miejscach jednocześnie. Wziąłem drugą butelkę i rzuciłem w miejsce gdzie przeczuwałem, że pójdą migrujący sztywni. Zrobiło się piekło. Rzuciłem swoje dwa, Vi miał chyba cztery, Beny jednego. Potem Szybki kolejno rzucał następne mołotovy, zależnie gdzie potrzeba było ognia.
            Tego dnia smród palącego się ścierwa nie przeszkadzał mi tak bardzo. Ciało Czarnej zawinęliśmy w białe prześcieradło. Był spory problem, żeby jej ciało znieść na dół. Po drabinie było ciężko. Staraliśmy się to robić z należytym honorem.
- Gdzie to zrobimy? - spytałem.
- Może pojedziemy za miasto? Tam gdzie się spotkaliśmy? - spytał Vi.
            Pojechaliśmy z jej ciałem za miasto. Ustawiliśmy pnie i napakowaliśmy tam jakichś badyli. Całość nasączyliśmy solidnie benzyną, żeby nie gasł ogień.
            Minuta ciszy… było słychać łkanie. Nie patrzyłem kto płakał, komu leciały łzy bo sam czułem gruszkę w gardle. Vi po chwili podłożył ogień. Zaczął wiać przyjemny wiatr. Wszystko było skończone dla Czarnej, w tej chwili. Dla nas dopiero zaczynało się piekło, walka z ludźmi…
=
            Czarna zginęła z rąk żywych ludzi. Udało jej się przetrwać atak zombi tylko po to, żeby zginąć z rąk żywych ludzi! LUDZI!!! Czy to ma sens? Ludzie to gówno. Nawet nie wiem jak miała na nazwisko… ale wiem, że była członkiem naszej ekipy i nikt, kto wejdzie do nas z zewnątrz nie dostanie więcej takiego zaufania. 

R.I.P. Czarna     ?- 17.12.2010
=
JJ

niedziela, 26 lutego 2012

17.12.2010 Głucha pustka…

17.12.2010 Głucha pustka…

            Wydarzenia tego wieczoru były… co tu dużo mówić, ujmujące i przerażające. Myślałem wtedy, że jak tylko dorwiemy Małą Mi i jej przydupasów, to nie obejdzie się bez rzezi i to wyrafinowanej rzezi. Podwieszanie na haku, karmienie sztywnych żywą Małą Mi… to mi się nawet śniło raz.
            Zostałem w Bastionie sam z Czarną. Beny i Szybki zeszli pod ziemię około 14 chyba. Czatowaliśmy cały czas na dachu. Ciągły nasłuch. Co jakiś czas wywoływaliśmy naszych na radiu. Nikt się nie odzywał. Przerąbane jest to czekanie. Ciągły stres. Cały rynsztunek miałem naszykowany. W razie czego byłem gotów na zejście pod ziemię, albo na uderzenie z ziemi, gdziekolwiek, tylko potrzebowałem jedno hasło. Nikt nie potrzebował pomocy, to znaczy nie wołał o nią, bo nie było kontaktu.
            Koło 15:30 Czarna mówi:
- Patrz na tego sztywnego, skrada się?
- Kurna nie wiem, dziwny jakiś - powiedziałem - Co do… Homer! - krzyknąłem - Ubezpieczaj go, a ja mu zrobię przejście w bramie.
            Kilka minut później Homer wtaszczył się pod bramę i zaległ pod ścianą na dziedzińcu. Cały był wyświniony szlamem nie gównem.
- Mów kurwa! - krzyknąłem do niego.
- Wody! - krzyknął do mnie Homer cały zziębnięty.
- Mam tylko tyle - powiedziałem i podałem mu butelkę, którą naszykowałem sobie na zejście pod ziemię - Chodź do środka, napalę w piecu, musisz się rozgrzać. Masz tu, jeszcze łyknij sobie trochę czystej, rozgrzeje cię.
Homer zrobił solidny łyk i zakrztusił się gorzałą.
- Czarna zostaniesz na warcie? - spytałem przez radio.
- Tak, spoko, tylko daj mi cynk, jak już coś z niego wydębisz - powiedziała.
- Nie ma sprawy, muszę go rozgrzać, ledwie zipie - odpowiedziałem i pomogłem mu wejść do mieszkania. Szybko rozpaliłem piec. Zrobiło się ciepło.
- Co z Vim? - spytałem po kilku minutach, czułem stres jak przed egzaminem.
- Nie wiem, kurwa nie wiem - powiedział roztrzęsiony Homer - W ostatniej chwili zasunąłem właz jak z tobą gadałem, wtedy koło Biedy. Mało brakło.
- Gdzie się rozdzieliliście? - spytałem.
- Gdzieś koło targu - odpowiedział - Nigdzie śladów Miśka nie było.
- Kurwa mać - powiedziałem.
- Też tak myślę - odpowiedział - co robimy? Gdzieś koło nocnej Żaby wpadłem po szyję w szlam. Myślałem już, że utonę. A potem, jak mnie ścignęli koło stacji benzynowej, to straciłem radio. Zdeptałem je. Piekło, kurwa piekło.
- W jakim kierunku szedł Vi? - spytałem - Mogę już iść po niego.
- Nie wiem dokładnie, mówił o osiedlach i szkole nr 3. Ale w tym sajgonie trudno się połapać - powiedział - Gdzie Szybki i Beny?
- Zeszli na dół, z Bastionu - powiedziałem.
- CO!? - krzyknął -KIEDY?!
- Półtorej godziny temu - odpowiedziałem - Co jest?
- Kurwa! - krzyknął - Sztywni się zmienili na dole.
- Jak to zmienili? O czym ty gadasz? - spytałem zdziwiony.
- Grałeś w Left for Dead? - spytał Homer.
Kiwnąłem głową, że tak.
- Kojarzysz tego grubasa co bełtał? - spytał - Oni chłepatlii wodę z gównem tam na dole, chyba nie toną. Kurwa ich ciała się porozciągały, wypełnili się wodą, jak worki! Są potężni. Strzelaliśmy do nich z automatów. Z bebechów szła im woda, nie dało się ich zabić. Poruszali się bardzo wolno, ale tylko strzał w łeb... Zaskoczyli nas z obu stron jednocześnie. W ostatniej chwili z jednej strony rozkurwiliśmy mu głowę i padł. Uciekliśmy.
- Słyszałem jak Vi krzyczał przez radio - powiedziałem - To chyba wtedy było.
- Myślałem, że się zesram w gacie ze strachu - powiedział - Vi mnie popchnął i poleciałem przed siebie. Gdyby nie on, to ten spaślak by mnie ogryzł. Potem za każdym rogiem bałem się, że zobaczę kolejnego. Sztywni rozeszli się po kanale. Beny z Szybkim strzelali?
- Tak - odpowiedziałem.
- Musieli też na nich trafić - dodał Homer - Dalej już ich nie ma wcale. Tylko tu z początku. Muszę poćwiczyć zmianę magazynków. Jeden mi upadł na ziemię pod Bastionem… - dodał i zaczął płakać. Położyłem mu rękę na ramieniu i podałem info Czarnej. Mówiła, że jest nieco bardziej wzmożony ruch na Zamkowej, ale spokojnie jest. Czekaliśmy dalej na kontakt.
- Gdzie wyszedłeś na powierzchnię? - spytałem.
- Koło PKS-u. 20 minut nic nie widziałem. Tak palił mnie w oczy dzień. Potem gazem i po krzakach, między budynkami i jakoś tu dotarłem. Masa sztywnych na mieście. Po kilka sztuk. Nie było stad. Udało mi się przejść nie zauważonym, ale ciężko było - powiedział i po chwili dodał - Ja pierdolę, te grubasy na dole… nie wiem jak to określić. Takich mord jeszcze nie widziałem, rozciągnięta skóra… Nie było krwi czaisz? Nie było!
- Spokojnie ziom - powiedziałem - Beny z Szybkim za wszelką cenę mają się nie rozdzielać. Niedługo wszyscy wrócą.
- Oby - powiedział - Stary obawiam się, że powinniśmy tam zejść.
- Nie wiem sam -dodałem - Szybki z Benym mieli zaznaczać drogę kredą. Może pójdziemy ich śladem?
- Dawaj, musimy ich stamtąd wyciągnąć - odpowiedział Homer.
Zacząłem zbierać sprzęt. Homer powiedział, że przyda się nam jeszcze woda, bo na dole się strasznie męczy i jeszcze lżejsze ubranie.
- Dobra jestem gotowy, a ty nie potrzebujesz jeszcze trochę amunicji? - spytałem.
- Mam dwa magazynki jeszcze - odpowiedział - Dawaj szybko na dół bo szkoda czasu.
            Po kilku minutach ściągaliśmy pokrywę.
            Na dole czuć było ostry zapach krwi, mięsa i prochu strzelniczego. Niesamowity smród. Błota nie było czuć. W ogóle to myślałem, że będzie pełno gówna, ale już chyba od dłuższego czasu cały ten syf się spłukał z wodą z opadów.
- Stój! - powiedział nagle Homer - Tu są znaki. Ostrożnie za każdym rogiem. Idę pierwszy.
- Spoko - powiedziałem - Chyba poszli w kierunku ronda i gdzieś dalej pod Biedę.
            Ruszyliśmy wolnym krokiem pomiędzy ciałami sztywnych. Nie było nic przed nami. Jakieś 30 minut później był koniec śladów.
- Nie ma śladów Homer - powiedziałem gdzie oni mogą być.
- Nie wiem, pójdźmy kawałek w tę i w tę stronę - powiedział na krzyżówce.
            Ruszyliśmy w prawo. Nic. Na końcu korytarza nie było żadnych znaków. Zaczęliśmy się cofać do skrzyżowania.
- Stój bo strzelam kurwa! - krzyknął głos i poszło echo po kanale.
Szybko schowaliśmy się za zakrętem.
- JJ i Homer! - krzyknąłem
- Beny! - odkrzyknął głos.
            Chłopaki doskoczyli do nas.
- Szybki, kryj tamten róg - powiedział Beny - Homer widziałeś to?
- Mówisz o spaślaku? - spytał Homer.
- Tak - odpowiedział Beny - Naszatkowaliśmy jednego. Woda z nich schodzi jak dostaną, ale ciężej ich zabić. Masakra jakaś. Puchną jak gąbki. Vi wrócił?
- Nie, jeszcze nie - odpowiedział Homer.
- Wracamy do Bastionu? - spytał Beny.
- Spadajmy stąd - powiedziałem - Będziemy czatować na resztę na dziedzińcu i w razie czego awaryjnie zejdziemy następny raz.
- Idziemy - powiedział Beny i ruszył w drogę powrotną.
            Gdzieś bardzo blisko Bastionu na skrzyżowaniu Beny nagle się zatrzymał i dał nam znać, że mamy zamknąć mordy. Zatrzymaliśmy się pełni koncentracji. Beny szeptem powiedział, że za rogiem stoi odwrócony do nas plecami spaślak, że mamy go minąć. Przeszedł bezgłośnie, za nim Homer, ja i Szybki. Właz był bardzo blisko.
Beny doskoczył do drabinki i zaczął ładować się na górę. Homer osłaniał jedną stronę, Szybki drugą, a ja już zacząłem się gramolić na górę.
Nagle pode mną popłoch.
- Idzie!!! Kurwa idzie!!! - krzyknął Szybki i wystrzelił kilka razy. Przyspieszyłem i już wskoczyłem na dziedziniec. Schyliłem się i podałem rękę Szybkiemu.
- Homer! - krzyknąłem i zobaczyłem pod sobą łeb spaślaka… takiej mordy jeszcze nie widziałem nigdy w życiu. Homer nie zdążył wejść na drabinę i chyba się wycofał. Sztywny był zbyt duży, żeby wejść na górę do nas. Spojrzał na nas i ruszył za Homerem.
Padło kilka strzałów.
- Schodzę! - krzyknąłem do chłopaków i wskoczyłem do środka. Wycelowałem karabin w kierunku, w którym poszedł spaślak. Zrobiłem kilka kroków i już za mną wylądował Beny.
- Trzymam ci dupę! - krzyknął i ruszyliśmy za sztywnym.
Znowu padło kilka strzałów. Homer walił do niego. Bałem się bardzo, żebym ja czasem nie trafił Homera, a Homer nas.
- HOMER!!! - ryknąłem.
- UPUŚCIŁEM MAGAZYNEK!!! - odkrzyknął.
- UCIEKAJ MY GO ROZWALIMY, MASZ TRZY SEKUNDY!!! - odpowiedziałem mu i przełączyłem selektor ognia na automat. Z tyłu usłyszałem kliknięcie i Beny już stał koło mnie.
- JUŻ!!! - krzyknął Homer.
Nie minęły może nawet te trzy sekundy i z palcem na spuście wyskoczyłem na ścieżkę w kanale. Przed nami ukazała się monstrualna postać sztywnego wypełnionego wodą.
- JJ walimy!!! - krzyknął Beny i przerażająca postać zatrzymała się.
Poszła seria, za nią druga. Wywaliłem w jego plecy cały magazynek, a ten bydlak dalej stał. Z ran poszła gęsta woda zmieszana z błotem i krwią. Był od nas jakieś pięć metrów.
- Zgubiłem magazynek! - krzyknął Beny, nieco nas ogłuszyło.
Wyjąłem z kieszeni jeden i podałem mu. Sztywny w tym czasie zaczął się obracać. Szło mu wolno, bo było ciasno. Beny w pośpiechu podpiął mag i przeładował zamek. Ja zrobiłem to samo i znowu poszła seria. Głowa sztywnego eksplodowała i zbryzgała czerwonym szlamem ściany wokół. Uderzył nas przerażający smród wnętrza sztywnego zmieszany ze smrodem wnętrza kanału. Zemdliło mnie. Słabo słyszałem.
- HOMER!!! - krzyknął Beny i ruszył deptając ścierwo - Co z tobą!?
- Kurwa nie mam światła, zajebałem się w łeb po omacku! - odkrzyknął.
- Idziemy po ciebie! - krzyknął Beny i kolejny raz ruszyliśmy po niego.
            Siedział pod ścianą w szlamie i trzymał się za głowę. Mocno się uderzył i zamroczyło go nieco. Zaczęliśmy go zbierać z ziemi.
Ktoś nagle zaświecił na nas latarką.
- Kto tu jest? - spytał Beny bo nie widzieliśmy przybysza. Serce pizdnęło mi ostro. Szok…
- Szybki! - krzyknął nasz ziomek i pomógł nam eskortować rannego do włazu.
Beny wszedł pierwszy i wciągnął Homera na górę, potem ja i Szybki bardzo zwinnie i szybko doskoczył do nas.
Zasunęliśmy pokrywę i potem przycisnęliśmy ją jakimś worem z gruzem.
Padliśmy na dziedzińcu obok kanału. Cali zesrani i spompowani. Adrenalina uderzyła do głów.
- Jak akcja, ja pierdolę - powiedział Beny - widziałeś tego mutanta?
-Kolos - powiedziałem - cztery magazynki na jednego.
- Za nisko celowałeś dupo - powiedział z uśmiechem Beny i siadło sobie na ziemi.
- Palą mnie oczy - dodał Szybki.
- Nie ma dalej Viego - powiedział Homer - Zupełnie nie wiem gdzie może być.
- Jesteście tam na dole? - spytała Czarna przez radio.
- Jesteśmy - odpowiedziałem.
- To przestańcie się tam tak głośno kołatać w dupę, bo nadchodzi horda - powiedziała.
- Ilu? - spytałem.
- Tylu co wczoraj - odpowiedziała - Było głośno jak strzelaliście.
- Wzmocnimy barykadę - powiedziałem i zacząłem dorzucać worki z piachem i gruzem na kontenery.
            Sztywni doszli do naszej bramy. Bardzo dziwnie się zachowywali. Jakby pamiętali, że tu jest miejsce, w którym wczoraj byli.
- Dziedziniec obok pełny chodzącego ścierwa - powiedziała przez radio Czarna.
- Dzięki - odpowiedziałem i w tym momencie brama wjazdowa ostro zaczęła się wybrzuszać, a kontenery drgnęły znacząco.
-Kurwa mać! - krzyknął Beny - Więcej worów!
            Byliśmy przygotowani na taką ewentualność i mieliśmy dużo dociążenia w razie napierania przez sztywnych na bramę i gruz z piachem wpakowaliśmy do worków. Teraz wszystko dorzucaliśmy na kontenery i wzmacnialiśmy obronę.
Wszystko przestało drgać, mimo że sztywni dalej napierali. Dociążenie zadziałało. Byliśmy już nieco spokojniejsi.
            Cofnęliśmy się na środek dziedzińca. Byliśmy zasapani tym wysiłkiem, najpierw na dole, potem na górze. Homer siadł sobie na worze, który dociskał pokrywę od kanału. Wyciągnął z kieszeni paczkę fajek i włożył do niej palce, żeby wyciągnąć malboraska, ale była cała mokra. Rzucił ją na ziemię zdenerwowany. Wyjąłem swoją paczkę i dałem chłopakom po jednym. Zapaliliśmy.
- O ja - powiedziałem - kawał dobrej roboty. Znaleźliśmy się prawie wszyscy, Bastion oczyszczony, brama wzmocniona…
- No tylko Vi i Misiek nie wiadomo gdzie - powiedział Homer.
- Chyba musimy poczekać troszkę, na jakiś kontakt - powiedziałem - Co myślicie o tym?
- Mogli jeszcze jacyś spaślacy i inni zostać na dole czy wszystkich wykosiliśmy? - spytał Szybki.
- Nie wiem - powiedział Beny - Raz już byłem pewien, że jest czysto, a z rogiem mało co, a zesrałbym się pod siebie ze strachu.
- Nie ma to jak brodzić między ciałami po ciemnym kanale - powiedziałem.
- Nikt z was nie widział śladów Miśka? - spytał Szybki.
- Przyglądałem się każdemu ścierwu tam na dole - nie ma takiej opcji - powiedział Homer.
- Też tak uważam - dodałem.
- Skurczybyk chyba uszedł - powiedział Beny - tylko gdzie teraz się zaszył.
- Idziemy na górę co? - spytałem i tam pokminimy co dalej robimy.
            Chłopaki zaczęli się zbierać, bardzo ociężale bo byliśmy zmęczeni okrutnie.
Nagle BUM BUM!!! W pokrywę kanału od spodu. Homer odskoczył i przewrócił się. Odruchowo z Benym złapaliśmy za broń i wycelowaliśmy we właz.
Staliśmy tak kilka sekund.
- Sztywni? - spytał Szybki.
BUM BUM!!! Powtórzyło się uderzenie.
- Co robimy? - spytał Szybki.
- Weź łom - powiedziałem do Szybkiego - podniesiesz pokrywę, a my walimy cokolwiek tam jest na dole.
- Dawajcie! - krzyknął Szybki jak już wsadził zakręconą część łomu do oczka włazu - na trzy… raz, dwa, trzy!!! - krzyknął na koniec.
Szarpnął mocno pokrywę i poleciał z nią do tyłu. Przycisnąłem karabin do ramienia i już miałem strzelać, kiedy nagle Beny, podbił mi ręką lufę do góry i strzeliłem w szybę naprzeciwko mnie.
- Bierz go! - krzyknął Beny do chłopaków i wciągnęli umorusane ciało na dziedziniec i szybko zasunęli właz.
- Kto to jest?! - krzyczał Homer.
- Polej go wodą - powiedział Beny i obmył kanalarzowi twarz.
To był Vi. Cały wyświniony i wyczerpany. U skraju wytrzymałości. Nad ranem zszedł do kanału. Która mogła być? Jakoś maksymalnie kolo 5 rano. Nie pamiętam już dokładnie, zaczynało się rozjaśniać. Może nieco później było. Spędził tam jakieś dwanaście godzin. Był bez niczego. Bez żadnej broni. Stracił wszystko, zaczynając od Onyksa, a kończąc na radiu.
- Kurwa nie widzę - powiedział Vi półprzytomny.
- Jesteś już w Bastionie bracie! - powiedziałem do niego.
- Wody - odpowiedział Vi.
Któryś z chłopaków podał mu butelkę do ręki. Kiedy Vi ją podnosił do ust wypadła mu i potoczyła się po dziedzińcu. Homer ją podniósł i pomógł mu się napić.
- Gonili mnie pod ziemią - powiedział Vi z zamkniętymi oczami - kurwa ledwo im uciekłem. Mieli nie widzieć w nocy. Kurwa zmutowali tam na dole niektórzy.
- Widzieliśmy - powiedział Homer - wszyscy dziś byli na dole.
- Ta - powiedział umęczony Vi - wszyscy? Macie Miśka?
- Niestety nie - odpowiedział mu Homer - Przeczesaliśmy chyba całe kanały Kluczborka.
- Nie jestem pewien - powiedział zmęczony Vi - jak mnie gonili nie mogłem się przyjrzeć jednemu ciału… to mógł być Misiek. Nie wiem, nie mam pewności… Widziałem jakieś znaki w kanale, tutaj w okolicy. Dzięki nim udało mi się wrócić. To wasza robota? - powiedział Vi
- Tak, ja z Szybkim oznaczyliśmy sobie tyły - powiedział Beny.
- Dziękówa panowie - odpowiedział Vi - Ostatnie metry szedłem już bez latarki bo mi się chyba zepsuła to ją wywaliłem i trafiłem na ten właz przypadkowo. Już miałem się poddać.
- Dobrze, ze byliśmy na dole - powiedział Homer.
- Kto wypłoszył sztywnych? - spytał Vi.
- Sami odeszli jak się zrobiło jasno - powiedział Szybki - ale jak strzelaliśmy teraz niedawno w kanale to do huku się zeszli z powrotem i ostro napierali na bramę, ale ją wzmocniliśmy i teraz już działa wszystko jak dawniej.
- No to zajebiście - powiedział Vi i zaczął wolno otwierać oczy, ale paliły go bardzo i wolał mieć zamknięte.
- Jesteście tam na dole? - spytała Czarna przez radio - Mamy problem.
- Co jest? - spytałem.
- Na Opolskiej zatrzymało się czarne BMW, kolesie mają broń. - zaczęła relacjonować Czarna - Wysiadają z auta. Sztywni z Krakowskiej ich zobaczyli i ruszyli na nich. Nie odjeżdżają. Czekają na coś. Kurwa, jest z nimi ta szmata Mała Mi… Chyba macha do mnie! Kurwa koleś ma mnie na celo… - Czarna urwała w połowie zdania.
W tym momencie padł pojedynczy strzał…